Nazywam się Jan Kowalski i urodziłem się w małej wiosce w Beskidach. Od zawsze dziadek opowiadał mi historie o tym, jak kiedyś góra, która wznosiła się przed naszym domem, była pokryta lasami, czystymi potokami i ptakami śpiewającymi od świtu.
Gdy miałem osiem lat, ta góra była goła, zerodowana, z popękaną ziemią i ciszą, która bolała.
Pewnego dnia zapytałem dziadka:
Dlaczego już nie ma tu drzew?
Bo wycięli je, by sprzedać drewno, a ziemia się zmęczyła odpowiedział.
A kto je znów posadzi?
Ktoś, kto bardziej pokocha przyszłość niż swoją wygodę dziś.
Tej nocy nie mogłem zasnąć. Czułem, jakby dziadek powierzył mi zadanie.
Następnego dnia wziąłem zardzewiałą puszkę i napełniłem ją ziemią. Znalazłem kilka nasion olszy leżących przy drodze i je posadziłem. Nie wiedziałem, czy wyrosną, ale codziennie podlewałem je wodą noszoną z pobliskiego strumyka. Gdy zobaczyłem pierwszy kiełek, poczułem coś nie do opisania jakby maleńka iskra nadziei postanowiła ze mną zostać.
Zbierałem kolejne nasiona i sadziłem więcej najpierw w ogrodzie, potem na pobliskich zboczach. Sąsiedzi patrzyli i śmiali się:
Janek, to, co robisz, do niczego się nie przyda.
Ale ja pamiętałem słowa dziadka.
Z czasem dołączyły do mnie inne dzieci. W każdą sobotę szliśmy w góry z butelkami wody, nasionami i małymi łopatkami zrobionymi z puszek. Czasem rośliny nie przeżywały, czasem tak. Nauczyliśmy się, iż trzeba je ogrodzić, by kozy ich nie zjadły, i układać kamienie, by zatrzymać wilgoć.
Gdy skończyłem piętnaście lat, na górze rosło już ponad trzy tysiące drzew. Zmiana była widoczna: wróciły ptaki, ziemia lepiej trzymała wodę, a w porze deszczowej znów pojawiały się małe strumyki.
Wieść dotarła do lokalnego radia, a potem do gazety w Krakowie. Pewnego dnia przyszedł do mnie mężczyzna z fundacji ekologicznej.
Janek, chcesz pomóc w sadzeniu kolejnych drzew? zapytał.
Nie wahałem się.
Dzięki ich wsparciu zdobyliśmy narzędzia, rękawice, a przede wszystkim więcej nasion i sadzonek rodzimych gatunków. Dostaliśmy też szkolenia, jak odtwarzać ekosystem. Dziadek, już bardzo stary, przytulił mnie i powiedział:
Teraz naprawdę widzisz przyszłość, wnuczku.
Dziś mam dwadzieścia cztery lata i studiuję inżynierię środowiska. Na górze, gdzie kiedyś nie było nic, rośnie młody las z ponad dwudziestoma pięcioma tysiącami drzew. Nie jest idealny ani skończony, ale stał się domem dla dzięciołów, wiewiórek, lisów i ludzi, którzy kochają spacery w cieniu.
Za każdym razem, gdy tam wchodzę, dotykam pni i myślę, iż te drzewa będą tu długo po mnie. Lubię sobie wyobrażać, iż za pięćdziesiąt lat jakieś dziecko zapyta swojego dziadka:
Kto to wszystko posadził?
A on odpowie:
Chłopiec, który bardziej kochał przyszłość niż swoją wygodę.







