– Rozmowę o historii Chmielowic, zacznę od pytania o etymologię nazwy. Czyżby w tej okolicy były kiedyś – lub są w tej chwili – uprawy chmielu i od nich wzięła nazwę miejscowość?
– Geneza nazwy jest podobna jak wielu okolicznych miejscowości. I jest związana z imieniem. Szczepanowice pochodzą od Szczepana, Boguszyce od Bogusza. Chmiel był właścicielem wsi. A nazwa pochodzi od niego. I mamy na to dowód. Na początku XIV wieku pojawia się w źródłach człowiek o imieniu Jakusz z przydomkiem Chmielov, czyli Jakub syn Chmiela. Natomiast ta świadomość zupełnie się zatarła.
W herbie Chmielowic, który jakiś czas temu zaproponowała gmina Komprachcice, gdy byliśmy jeszcze jej częścią, znalazła się gałązka chmielu. Myślę, iż większość mieszkańców jest dziś zdania, iż nazwa pochodzi od jego uprawy, choć nie ma żadnych dowodów, by w bliskiej okolicy chmiel był uprawiany. Ale z drugiej strony, wiadomo, iż od czasów średniowiecza na Śląsku Opolskim uprawy chmielu były czymś powszechnym.
– Ile jest prawdy w tym, iż Chmielowice ucierpiały w czasie najazdu Mongołów w 1241, czyli w kontekście słynnej bitwy pod Legnicą.
– Taka tradycja funkcjonowała przed II wojną światową. Najstarsi mieszkańcy Chmielowic, którzy chodzili wówczas do szkoły, opowiadali – gdy pisałam pierwszą wersję książki o naszej miejscowości w 1995 roku, z okazji rzekomego 700-lecia, którego w rzeczywistości wtedy nie było – iż w ramach ścieżki regionalnej, która była bardzo w tamtej edukacji ważna, uczono, iż w czasach najazdu mongolskiego gdzieś w okolicach Chmielowiec lub Żerkowic, albo między nimi miała się odbyć potyczka księcia Mieszka II Otyłego z Mongołami. I wówczas osada Chmielowice ucierpiała. A odrodziła się dzięki wstawiennictwu św. Jadwigi Śląskiej.
To był sens tej opowieści, iż po najeździe Śląsk odrodził się dzięki władczyni pochodzącej z Bawarii. Była w tym ideologiczna teza, iż dobrobyt i bezpieczeństwo tej ziemi były skutkiem niemieckiej kolonizacji. Pomijano w tej opowieści fakt, iż Jadwiga zmarła w Trzebnicy w 1243 roku, czyli raptem dwa lata po najeździe. Miała małe szanse, by wtedy wpływać na rozwój Śląska. Mogła oddziaływać na trzebnicki klasztor i w ogóle na Trzebnicę, ale trudno sobie wyobrazić, iż zajmowała się tak niewielką wsią, jaką wówczas były Chmielowice.
– Pierwszą książkę o Chmielowicach „Chmielowice. Siedem wieków istnienia” pani profesor napisała w 1995 roku. Pretekstem było 700-lecie miejscowości. Bardziej domniemane niż rzeczywiste…
– Cała sprawa wiąże się ze słynnym dokumentem biskupa wrocławskiego Jana Romki z 17 listopada 1295 roku. Dokument ten formalnie powoływał parafię Świętego Krzyża w Opolu i wyznaczał jej granicę. Tym samym rozdzielał miejscowości należące do parafii św. Stanisława w Chrząszczycach od opolskiej kolegiaty. Znajdujemy tam kilkanaście nazw miejscowości, z których większość aż do XX wieku do parafii Świętego Krzyża należała. Były wśród nich: Półwieś, Szczepanowice, Źlinice, Boguszyce. Ochodze, Złotniki, Chrząszczyce, także wymienione już 20 lat wcześniej w innym dokumencie Żerkowice.
– Chmielowic biskup Romka nie wymienił?
– Niestety nie. Znalazły się w nim natomiast niemal wszystkie miejscowości sąsiadujące z Chmielowicami. Pod koniec 1994 roku zadzwonił do mnie ówczesny proboszcz, ks. Alfred Michalik. Pytał mnie, jak to możliwe, iż wszystkie okoliczne miejscowości szykują się do 700-lecia, a my nie. Prosił, bym to wnikliwie zbadała. Poobracałam ten dokument na wszystkie możliwe strony. Czytałam go po łacinie i w przekładzie na język polski. Ale Chmielowic nie było i już. Proboszcz nie bardzo mógł się z tym pogodzić. Ponieważ w dokumencie była wzmianka o „alodiach, (czyli niewielkich majątkach należących do rycerzy), i o ogrodach znajdujących się koło Opola”, zasugerowałam ks. proboszczowi, iż owe alodia i ogrody to my, czyli Chmielowice.
– Jaka była geneza drugiej, rozszerzonej edycji książki?
– Dwa lata temu przedstawiciele Rady Parafialnej zaproponowali mi jej napisanie. Kontekstem była przypadająca w 2025 roku 80. rocznica obecności w Chmielowicach figurki św. Anny, 45. rocznica erygowania parafii i 35-lecie konsekrowania kościoła. Ważnym adresatem nowej książki są nowi mieszkańcy Chmielowic. Sprawdziłam, iż od pierwszej edycji liczba ludności się podwoiła. A nakład tamtego tomu z 1995 roku rozszedł się w ciągu dwóch tygodni. Nowa wersja książki powstała – przy wsparciu miasta – w ramach tzw. inicjatywy lokalnej. I miała na celu podkreślenie parafialnych jubileuszy, którym poświęciłam specjalny rozdział. 750-lecie traktujemy tu tylko umownie.
– Chmielowice miały w swych dziejach wielu właścicieli. W ich mnogości łatwo utonąć: Mikołaj Kitczka, Joachim Buchta, Jan Larisch, rody von Ziegler i Klipphausen, von Donat itd.
– Obawiam się, iż i tak nie wszystkich właścicieli na przestrzeni ponad 700 lat udało mi się wymienić. To było charakterystyczne nie tylko dla tak niewielkiej miejscowości jak Chmielowice, ale dla wielu wsi na Śląsku. One bardzo często zmieniały właścicieli. Czasem w jednym roku przechodziły z rąk do rąk kilka razy. Wystarczy, iż córka właściciela wyszła za mąż, by majątek przejmowała rodzina męża.
Ale chcę zwrócić uwagę, iż Chmielowice były od początku wsią rycerską. Średniowieczni właściciele – począwszy od Jakusza Chmielova przez Bischofsheima, Gaszowca itd. – należeli do śląskich rodów rycerskich, współpracowników książąt opolskich. Potem były wsią szlachecką. Miały prywatnych właścicieli. To byli od pewnego momentu także właściciele okolicznych dóbr, zwłaszcza Dąbrowy Niemodlińskiej i Niemodlina. Noszą oni nazwiska znane każdemu, kto się zajmuje historią Śląska. Myślę m.in. o Larischach, Donatach
i Prittwitzach.
– Udało się pani profesor ustalić – przy pracy nad nową książką – także nieznanego dotąd właściciela…
– Przyczynił się do tego znany pasjonat historii Sebastian Ruszała. Zainteresował się losem dwóch braci. Jeden z nich okazał się znanym lekarzem ginekologiem i zawędrował aż do USA. Drugi był historykiem i tajnym archiwistą cesarza niemieckiego. Idąc ich tropem, po nitce do kłębka, ustalił, iż byli oni synami jednego z właścicieli Chmielowic noszącego nazwisko Grossmann. Po nim Chmielowice przejęli Donatowie. Najbardziej znani przedstawiciele tego rodu to Richard von Donat i jego syn Franz. Władali Chmielowicami aż do końca lat 20. dwudziestego wieku.
– Donatowie byli spokrewnieni m.in. z właścicielami Kamienia Śląskiego, rodziną Strachwitz. Inni właściciele Kamienia, Larischowie, też byli z Chmielowicami blisko związani.
– Podobnie jak Buchtowie. Ale najbardziej dla Chmielowic zasłużył się Richard Donat. Między innymi zbudował tam szkołę. Ten budynek do dzisiaj istnieje i służy uczniom. Został w ciągu lat rozbudowany. Zawdzięczamy mu także powołanie miejscowej straży pożarnej. W jego folwarku niemal wszyscy mieszkańcy Chmielowic zyskali zatrudnienie. Miał także zasługi dla parafii Świętego Krzyża.
W książce cytuję, co pisała o Richardzie Donacie po jego śmierci „Gazeta Opolska” wydawana przez Bronisława Koraszewskiego. Bezstronność tej polskiej gazety można by stawiać za wzór dzisiejszym politykom. Autor tekstu nie ukrywa, iż Donat nie był – jako Niemiec – przychylny Polakom, a zwłaszcza ruchowi polskiemu, ale jednocześnie obiektywnie przyznaje, iż bardzo zasłużył się dla Kościoła i – także ze względu na działalność charytatywną – dla miejscowej ludności.
– Śladem po dawnych Chmielowicach jest także budynek Domu Dziecka?
– Został zbudowany prawdopodobnie za czasów Zieglera-Klipphausena. Ten sam właściciel założył ogród. Niektóre drzewa zasadzone w XIX wieku rosną do dziś i są pomnikami przyrody. Miejscowi nazywają ten budynek zamkiem. Od 1945 roku miejsce to służy dzieciom. Najpierw było tam pogotowie opiekuńcze, a teraz jest Dom Dziecka. Nam jako Towarzystwu Przyjaciół Chmielowic udało się doprowadzić do wpisania ogrodu do rejestru zabytków. Był choćby taki pomysł, by drzewa zostały zinwentaryzowane, a park otwarty dla ogółu. Ostatecznie się to nie udało.
W dawnym dworze ma siedzibę Dom Dziecka. / Fot. Wikipedia– Historia Chmielowic wiąże się ściśle z dziejami słynącej łaskami figury pochodzącej z bazyliki na Górze św. Anny…
– Do tej historii należy bardzo ściśle o. Feliks Kos. Był franciszkaninem na Górze św. Anny, a jego rodzina mieszkała i mieszka do dziś w Chmielowicach. Był z naszą miejscowością bardzo związany. Przebywał tu bardzo często. Zarówno przed wojna, jak i po niej. Bracia z Góry św. Anny trochę żartobliwie, a trochę zgryźliwie nazywali Chmielowice Felix Dorf (wieś Feliksa). Na czas wojny figura z bazyliki została zastąpiona kopią, a oryginał przemieszczał się w różne miejsca.
Według zapewnień krewnych ojca Feliksa, przez jakiś czas rzeźba przechowywana była w ich domu, a potem w znajdującym się przy tej samej ulicy, ledwo kilkadziesiąt metrów dalej klasztorze sióstr. w tej chwili w tym budynku ma siedzibę przedszkole. W ubiegłym roku pojawił się pomysł, by na budynku przedszkola umieścić okolicznościową tablicę pamiątkową. Niestety, nie dostaliśmy na ten cel z miasta pieniędzy i projekt upadł.
– Po wojnie autentyczna figura wróciła do ołtarza w bazylice…
– Natomiast ojciec Feliks Kos, który zresztą został w chmielowickiej szkole katechetą, przywiózł do nas kopię, która w czasie wojny zastępowała w bazylice oryginał. Od tego czasu upłynęło 80 lat, a owa kopia znajduje się do dzisiaj w ołtarzu chmielowickiego kościoła. Nosi on zresztą wezwanie św. Anny.
– Ale Chmielowice nie od razu miały swój kościół…
– Od średniowiecza należały do kolegiaty Krzyża Świętego. Aż do roku 1929, gdy konsekrowano w Szczepanowicach świątynię zbudowaną przez ks. Józefa Kubisa i utworzono tam odrębną parafię. Zaraz po wojnie w Chmielowicach uruchomiono kaplicę i księża ze Szczepanowic – zanotował to we wspomnieniach szczepanowicki proboszcz, ks. Hubert Skomudek – przyjeżdżali do tej kaplicy, by na miejscu prowadzić nabożeństwa majowe, różańcowe itd. Niedzielne msze celebrowano przez cały czas w Szczepanowicach, ale o. Kos był gorącym orędownikiem utworzenia w Chmielowicach odrębnej jednostki duszpasterskiej.
Kościół pod wezwaniem św. Anny. / Fot. Wikipedia– Pierwszym punktem, gdzie na miejscu odprawiano msze św., była miejscowa – jak można przeczytać w sieci – sala taneczna. A tak naprawdę karczma, gospoda.
– Jest – reprodukuję ją w książce – przedwojenna pocztówka tej gospody wykonana przez Maxa Glauera. Karczma, która była lokalnym centrum spotkań społeczności, należała do rodziny Eliasów. Owi Eliasowie oddali w pewnym momencie ten budynek z przeznaczeniem na kaplicę. Dawni mieszkańcy opowiadali, iż wprawdzie karczma została zlikwidowana, a kaplica stworzona, ale ludzie nie od razu chcieli na mszę do dawnej gospody chodzić. Opór był bardzo duży. Dopiero pod koniec lat 70. został delegowany do Chmielowic ówczesny wikary z parafii Szczepanowice, wspomniany ks. Alfred Michalik. Jego zadaniem było stworzenie warunków do utworzenia w przyszłości w Chmielowicach samodzielnej parafii. Erygowano ją dekretem biskupa Alfonsa Nossola w 1980 roku. Obok Chmielowic włączono do niej Żerkowice i Dziekaństwo.
– Chmielowice mają już wtedy parafię, ale jeszcze nie mają własnego kościoła?
– Kiedy w 1988 przyprowadziłam się do Chmielowic, świątynia była przez cały czas w budowie. Msze odbywały się jeszcze w dawnej karczmie Eliasów, obok której stanęła plebania. Stoi tam do dzisiaj. Ks. Alfred Michalik wspominał – anegdotycznie – jak chodząc po kolędzie nieco żartobliwie i oryginalnie prosił parafian o wsparcie budowy kościoła. „Jak ktoś do was przychodzi w gości, stawiacie ćwiartkę wódki na stół – mówił – ja pić nie chcę. Ale dajcie mi równowartość tej ćwiartki na budowę”. A mówiąc zupełnie serio, kościół został w czasie jednej dekady zbudowany w całości rękami Chmielowiczan.
W 1990 roku świątynię konsekrował bp Jan Bagiński. Ks. Alfred Michalik został pierwszym proboszczem i pełnił tę funkcję do 2018 roku, czyli do przejścia na emeryturę. Zastąpił go ks. Jacek Biernat. Rok wcześniej Chmielowice zostały włączone do Opola. A wracając do samej świątyni, proszę zwrócić uwagę, iż ołtarz główny nawiązuje wystrojem do ołtarza „macierzystego” kościoła w Opolu-Szczepanowicach. Podobne są krucyfiksy i figury w obu ołtarzach, podobne tabernakulum. Przesłanie mówiące, iż w Chmielowicach jest świątynia-córka szczepanowickiego kościoła-matki jest bardzo wyraźne.
– Proszę na koniec pozwolić na pytanie ogólniejsze. Mamy w ostatnich latach wręcz modę na książki o historii różnych miejscowości, na ich monografie. Jak pani patrzy na tę modę. Pytam, bo autorami nie zawsze przecież są profesorowie historii.
– To jest fantastyczne. Zawsze historię regionalną wspierałam i namawiałam studentów, by na etapie czy to licencjatu, czy prac magisterskich prace o historii swoich parafii lub miejscowości pisali. Pod moją opieką powstało ponad 70 takich prac. Warunek był jeden parafia musiała mieć co najmniej 100 lat historii. Dobrze, iż ludzie się tym interesują. Z jednej strony mieszkańcy z dziada pradziada dojrzewają, by spisać to, co słyszeli od dziadków i pradziadków. Z drugiej strony ma miejsce to, o czym pisze choćby Zbigniew Rokita – oswajanie niemieckości.
Ciekawość, która pozwala interesować się, kim byli dawni mieszkańcy, w czyim domu mieszkam itd. Ubolewam, iż ścieżka historii lokalnej z nowej podstawy programowej została kilka lat temu usunięta. Jest też z tymi historiami pewien problem. Jest nim nieznajomość tego, jak współczesne miejscowości funkcjonowały w średniowieczu. To często prowadzi do nieporozumień i błędów. Kiedy tłumaczymy dokumenty z pomocą sztucznej inteligencji, a bez znajomości historii, łatwo o błędy. Przykład: wójt w łacińskich dokumentach nazywany jest advocatus. Badacze to wiedzą. Autorzy nie zawsze. I potem czytam, iż już w średniowieczu w śląskich wioskach istniały rady adwokackie. Szczęście, jeżeli piszący szukają pomocy u specjalistów. jeżeli nie, to nie unikną pomyłek. Dobre chęci to za mało.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

3 godzin temu





