Dwie Deski i Ziarno od Haliny

polregion.pl 1 tydzień temu

Halina przyszła do mnie w środę po południu, z torbą jabłek i twarzą tak zmienioną, iż przez chwilę nie wiedziałam, czy to ona, czy ktoś, kto przyszedł po trumnę. Pracuję w zakładzie pogrzebowym w Przemyślu dwanaście lat i wiem jedno: ludzie, którzy nagle tracą kogoś bliskiego, wyglądają właśnie tak. Mniej chodzi o łzy, bardziej o to, iż oczy robią się puste, jakby ktoś wyjął z nich szybę.

Stanęłam za ladą, odłożyłam katalog z czarnymi wstążkami na miejsce.

— Co u ciebie, Halina? — zapytałam, choć po jabłkach poznałam, iż nie przyszła z niczym prostym. Zawsze tak robi: najpierw przynosi coś z sadu, potem dopiero mówi, o co chodzi.

Postawiła torbę na podłodze, obok szafki z formularzami. Pachniało od nich mokrą trawą i jeszcze czymś kwaśnym, jesiennym.

— Wiesz, co mi się dzisiaj przyśniło? — odezwała się. — Sklep.

— Sklep?

— Mały, z desek. Za ladą stał Pan Bóg. Nie wierzyłam. Podeszłam bliżej, a On się uśmiechnął. Mówi: „Prosiłaś, żeby Mnie zobaczyć”.

Słuchałam, ale jednocześnie zerkałam na zegar. Zostało mi czterdzieści minut do zamknięcia, a musiałam jeszcze sprawdzić zamówienie z krematorium, bo z rana dzwonił kierowca, iż pomylił formularze.

— I co było dalej? — spytałam, żeby nie wyjść na obojętną.

Halina wyjęła chusteczkę z rękawa, zmięła ją w palcach.

— Pozwolił mi wybrać, co chcę. Więc powiedziałam: szczęście, spokój, zdrowie dla córki, miłość, trochę pieniędzy, żeby starczyło do pierwszego. Poszedł na zaplecze. Wrócił z takim malutkim pudełeczkiem. Białym, kartonowym. Jak na leki. Pytam: „Jak to? Wszystko w tym?”. A On na to: „Ja nie sprzedaję gotowych rzeczy. Daję ziarna. Co z nich urośnie, zależy od ciebie”.

Zamilkła. Za oknem przejechał autobus linii 8, zabrzęczały szyby w drzwiach. W naszej kamienicy przy ulicy Jagiellońskiej tak jest zawsze, jak autobus bierze zakręt.

Chciałam jej powiedzieć, iż to tylko sen, iż każdemu potrafi się coś przyśnić przed Wszystkimi Świętymi. Ale Halina nie jest kobietą, która opowiada sny dla zabicia czasu. Ona dwa lata temu przeszła operację kręgosłupa i lekarz powiedział, iż nie będzie już chodzić po schodach. A ona codziennie wchodzi na trzecie piętro do swojej siostry, bo siostra nie wstaje z łóżka.

— I co tam było w tym pudełku? — zapytałam, chociaż to nie było pytanie z katalogu, ale jakoś samo mi wyszło.

Halina wysypała na ladę zawartość. Spodziewałam się czegokolwiek: medalika, różańca, może zdjęcia męża, który jej zmarł jedenaście lat temu. A tam leżały nasiona. Zwykłe, żółte, jak z torebki po pomidorach. I dwa rachunki. Jeden z miejskiego wodociągów, drugi ze szpitala, na czterysta osiemdziesiąt złotych. Do zapłaty do piątku, inaczej odetną wodę i wezwą windykację.

— Skąd to masz? — spytałam.

— Przyszło do skrzynki. Ale to nie moje. To sąsiadki spod dziesiątki. Tej, co ją zabrali do hospicjum.

Popatrzyłam na nią uważnie. Halina nie miała w sobie ani krzty rozbawienia.

— Sen był taki prawdziwy. Jakbym tam stała boso na deskach, a w sklepie pachniało kurzem i woskiem. I cały czas słyszałam, jak obok lady chodzi zegar. Taki stary, z wagą. Mój ojciec taki miał, jak byłam mała. Lało z niego.

Wtedy zrozumiałam, iż ona nie przyszła opowiadać snu. Ona przyszła po to, żeby ktoś jej powiedział, co ma zrobić z tymi dwoma rachunkami. Bo Halina sama ledwo dawała radę. Córka w Anglii, telefon z Warszawy rzadko, a na koncie trzy tysiące dwieście osiemnaście złotych oszczędności. Wiedziałam to, bo sama jej kiedyś pomagałam spisać wniosek do opieki społecznej.

— To weź te rachunki — powiedziałam. — Zapłać. Masz.

— A skąd wiesz?

— Bo inaczej nie przyszłabyś tu z jabłkami — odparłam. — Sama nie wiesz, co z tym zrobić.

Zaczęła się śmiać, ale tak krótko, iż bardziej to było jak kaszel. Potem złożyła papiery na pół, wsunęła do torby. Przed wyjściem zatrzymała się przy drzwiach. Poczułam od niej mydło z rumianku, to samo, które sprzedają w osiedlowym sklepiku za dziewięć złotych pięćdziesiąt.

— Wiesz co jest najgorsze? — zapytała. — Te ziarna. Nie wiem, gdzie je posadzić. U mnie nie ma choćby balkonu.

Wyszła, a ja zostałam z katalogiem i z tym uczuciem, iż sen Haliny jeszcze przez długo nie da mi spać.

Tydzień później widziałam ją znowu. Tym razem nie w zakładzie, ale na targu. Sprzedawała sadzonki. Stała przy stoliku z żoną weterynarza, obok nich leżały doniczki z małymi zielonymi roślinkami. Zapytałam, skąd jej to. Odpowiedziała, iż wzięła od siostry kawałek ogródka. Ten przy szpitalu, co go opuszczonego zostawili. Wystarczyło podpisać zgodę u zarządcy, za darmoszkę.

— A co z tymi rachunkami? — spytałam.

— Zapłacone. Dobrze, iż mi powiedziałaś. Bo pani z hospicjum powiedziała, iż sąsiadka tak się bała tego odcięcia wody, iż choćby pod koniec o tym mówiła. A teraz ma spokój.

— A twoje ziarna? — spytałam, bo czułam, iż to dla niej ważne.

Halina wyjęła z kieszeni fartucha zeszyt w kratkę. Otworzyła na stronie, gdzie przykleiła taśmą klejącą puste opakowanie po nasionach.

— Tu zapisuję, co sieję — powiedziała. — Pierwsze wzeszły w czwartek. Człowiek patrzy na takie maleństwo i sam nie wie, jak się cieszy.

I wtedy zrobiłam coś, czego nie robiłam od dawna. Kupiłam od niej dwie sadzonki pomidorów. Za dwanaście złotych. Chociaż nie mam ani ogródka, ani balkonu. Włożyłam je do torby obok akt zgonu pana Mariana, którego rodzina odebrała tego dnia o trzynastej.

Nasiona Haliny stoją teraz na moim oknie w zakładzie, w plastikowym kubku po kefirze, z którego wcześniej wyjęłam kremacyjne dokumenty pani Kazimiery — leżą teraz osobno, w segregatorze. Podlewam je co rano, zanim przyjdzie ktoś po formularze albo po ciało. Wczoraj, między jedną a drugą wizytą księdza, zauważyłam, iż wyrosły im dwa maleńkie listki, zielone i wilgotne, pochylone w stronę szyby. Dotknęłam ich palcem, ostrożnie, tak jak się dotyka czegoś, co jeszcze może się nie udać. Zostawiłam kubek dokładnie tam, gdzie stał, między katalogiem z czarnymi wstążkami a telefonem, który zaraz miał zadzwonić.

Idź do oryginalnego materiału