Zuza, czy ty oszalałaś? Przecież mówiłam Krystynie, iż przyjdziesz! Specjalnie się z nią umówiłam, żeby odłożyła ci najlepszy kawałek!
Klara zastygła z torbą w rękach. Teściowa stała w drzwiach kuchni z założonymi rękami, patrząc na nią takim wzrokiem, jakby nie kupiła mięsa, tylko okradła bank.
Pani Barbaro, po prostu nie zdążyłam na targ Klara próbowała mówić spokojnie. Po pracy skoczyłam jeszcze do pralni po pańskiej sukience, potem do apteki…
A zadzwonić nie można było? Uprzedzić? Krystyna czekała na ciebie do zamknięcia! Godzinę później do mnie płakała przez telefon, żebym ją nie zawiodła!
Klara położyła torbę na stole, poczuła dziwne ściśnięcie w żołądku.
Mięso jest świeże, dobre wyciągnęła paczkę, pokazując teściowej. Proszę zobaczyć, polędwica, schłodzona, od sprawdzonego masarza…
Pani Barbara choćby nie spojrzała. Podeszła, z niesmakiem odsunęła torbę palcami.
Sklepowe świństwo, nafaszerowane chemią. Paweł tego nie ruszy, żołądek delikatny.
Przecież Paweł sam kupował to mięso tydzień temu wyrwało się Klarze.
Błąd. Teściowa poczerwieniała.
Właśnie! Mąż sam lata po zakupy, a żona nie wiadomo czym się zajmuje! Trzy lata, Klara. Trzy lata w tej rodzinie i nic z ciebie nie ma. Gotować nie potrafisz, w domu nic nie robisz, dzieci ci się nie spieszą…
Pani Barbaro, to już przesada.
Przesada? Teściowa prychnęła. Ja swojej teściowej nogi całowałam, słowa krzywego nie powiedziałam. A ty? Rzucasz fochy, polecenia ignorujesz, robisz jak ci wygodnie…
Barbara poszła do przedpokoju, zsunęła z wieszaka torebkę. Każdy jej ruch działał na nerwy.
Pawłowi mówię od dawna: rozwiedź się, póki czas. Znajdziesz porządną dziewczynę, co męża będzie szanować, a nie…
Machnęła ręką, nie kończąc. Wcisnęła stopy w buty, choćby nie poprawiając zapiętków.
Klara stała w drzwiach kuchni, zaciskając palce na framudze.
Do widzenia, pani Barbaro.
Teściowa nie odpowiedziała. Drzwi się zamknęły i zapadła cisza. Klara osunęła się po ścianie, usiadła na zimnej podłodze. Polędwica tkwiła osamotniona na stole. Nie chciała choćby na nią patrzeć. Ani na wypucowaną kuchnię, ani na wiszące zdjęcia ze ślubu, na których Barbara uśmiechała się tak sztucznie, jakby ktoś wrzucił jej pinezkę do buta.
Trzy lata. Trzy lata starań. Uczyła się przepisów, które Paweł pamiętał z domu rodzinnego. Przeżyła niedzielne obiady u teściowej, gdy każde danie kwitowano: A Pawłuś lubi ziemniaki krojone w kostkę, nie w słupki. Uśmiechała się, kiwała głową, przepraszała za rzeczy, których choćby nie zawiniła.
A i tak nic. A i tak: lepiej byś się rozwiódł.
Klara oparła głowę o ścianę. Sufit wymagał odświeżenia. Trzeba wspomnieć Pawłowi. Chociaż… jaka teraz różnica.
Przez dwa tygodnie Klara żyła jak partyzant. Na telefony teściowej odpowiadał Paweł, obiady w niedziele znikały pod pretekstem nagłych spraw, a przypadkowe spotkanie kończyło się szybkim dzień dobry i ucieczką.
I wtedy zadzwonił notariusz.
Dziadek Klary, którego widziała w życiu może z pięć razy, zmarł, zostawiając jej działkę letniskową czterdzieści kilometrów od Poznania. Mały ogródek w Rodzinnych Ogrodach Działkowych Promień.
Trzeba chociaż zajrzeć, zobaczyć, co tam jest Paweł obracał w rękach klucze z breloczkiem w kształcie nadgryzionej truskawki. Skoczymy w sobotę?
Klara przytaknęła. Sobota jak sobota.
Ale nie przewidziała jednego.
Pawłusiu, jadę z wami! Barbara pojawiła się w progu o wpół do ósmej rano, w kaloszach i z wiklinowym koszykiem. Są tam ponoć świetne miejsca na grzyby. Krystyna mówiła.
Klara w milczeniu parzyła herbatę do termosu. Wiedziała, iż czeka ją wspaniały (w cudzysłowie!) dzień.
A działka była dokładnie taka, jak się spodziewała.
Chylący się domek, zarośnięty ogród, płot oparty o dwa zardzewiałe gwoździe. W środku wilgoć i zapach starych Przekrojów.
Paweł Klara szepnęła do męża. Sprzedajmy to. Po co nam to? Co weekend jeździć? Chwasty wyrywać? To nie dla nas.
Paweł chciał odpowiedzieć, ale…
Sprzedawać?! Barbara wyrosła za nimi, jakby spod ziemi. Oszaleliście? Przecież to ziemia! Własny kawałek! Oddajcie mi klucze. Ja tu wszystko ogarnę, kwiaty zasadzę, domek naprawię. Podziękujecie mi za rok!
Klara spojrzała na teściową z niedowierzaniem. Stała pośród chwastów, wtopiona w liście po kolana, a oczy jej aż błyszczały.
Pani Barbaro, tu roboty na…
Klaro Paweł ściszył jej łokieć. Niech mama ma zajęcie. Daj spokój. Przecież nie żałujesz?
Nie żałowała. Chociaż było to dziwne. Ale kłócić się nie chciała jeszcze bardziej.
Klara wręczyła klucze z nadgryzioną truskawką.
Dwa miesiące minęły jak we śnie. Barbara dzwoniła tylko w sprawach technicznych, nie wchodziła bez zaproszenia, i co niebywałe ani razu nie wspomniała o markecie, wnukach, czy źle pokrojonych ziemniakach. Przez telefon brzmiała żywo, wesoło: Pawełku, wszystko gra! Roboty masa, jeszcze się odezwę!
Klara nie była w stanie pojąć tego spokoju. Coś tu nie gra? Cisza przed burzą? Może teściowa ciężko chora?
Pawle zapytała kiedyś wieczorem. Z twoją mamą wszystko dobrze?
Oczywiście Paweł wzruszył ramionami. Działkę robi. Mówi, iż roboty tyle, iż spać nie ma kiedy.
W piątek zadzwoniła sama Barbara.
Jutro zapraszam na działkę! Zrobimy grilla, pokażę wam wszystko! Tyle zdziałałam! Przyjedziecie, zobaczycie!
Paweł, nie chcę Klara pokręciła głową. Dwa miesiące ciszy, a teraz znowu to samo…
Klaro, mama się napracowała. Będzie jej przykro, jeżeli nie przyjedziemy.
Zawsze jej przykro.
Proszę Paweł spojrzał tak błagalnie, iż Klara ustąpiła.
No dobrze, sobota…
W sobotę Klara nie poznała teściowej.
Barbara stała przy furtce w lnianej sukience, ręce miała opalone, policzki czerwone. Uśmiech nie wymuszony, a prawdziwy wygładził jej zmarszczki wokół oczu i odmłodził ją co najmniej o dekadę.
Przyjechaliście! Wreszcie! Teściowa wyciągnęła ręce, Klara niechcący pozwoliła się objąć. Barbara pachniała ziemią, koperkiem i dziwnie miodem.
Ogródek nie do poznania. Równe grządki, solidny płot, młode krzaki porzeczki. Pod oknami nagietki, a truskawki w czerwcu już będą.
Chodźcie, wszystko wam pokażę! Barbara prowadziła ich z dumą. Tu truskawka, świetna odmiana, sąsiadka dała sadzonki, tu będą pomidory i ogórki. Na jesień zrobię przetwory wszystko dla was, sobie tylko parę słoików.
Klara spojrzała na Pawła. On był równie oszołomiony.
Mamo, ty sama to zrobiłaś? zapytał.
A kto inny? Barbara roześmiała się lekko, młodo. Mam ręce, mam głowę. Sąsiadki podpowiadają, tu wszyscy przyjaźni! Nie to co w mieście
Zaprosiła ich do domku. W środku odnowione zasłony, wyczyszczone okna, na stole haftowany obrus. Wilgoć się rozpłynęła, pachniało ciastem i ziołem.
Mam świeże mleko od pani Zofii z sąsiedztwa, domowy twaróg, mięso od jej syna. Zabierzecie do domu mam jeszcze śmietanę i jajka.
Klara patrzyła na pakunek milcząc. Mięso domowe, od sąsiadki. Żadnych wyrzutów o Krystynę z targu.
Pani Barbaro wyrwało się jej, dobrze się pani tutaj mieszka?
Teściowa usiadła na stołku, w oczach pojawiło się coś łagodnego, nowego.
Klarciu pierwszy raz powiedziała tak miękko, całe życie o tym marzyłam. Własny dom, ogródek, ziemia pod paznokciami, głowa wolna. W mieście się dusiłam, nie wiedząc dlaczego. Tutaj tutaj żyję.
W drodze powrotnej zapadła cisza. Paweł prowadził, z tyłu brzęczały słoiki z mlekiem i twarogiem.
Myślisz odezwał się wreszcie, iż można już myśleć o dzieciach? Będą mieli gdzie jeździć na wakacje.
Klara parsknęła, ale się uśmiechnęła.
Wiesz, chciałam tę działkę sprzedać. Na początku. Myślałam: po co nam taki złom?
Pamiętam.
A ona, ta działka Klara zamilkła na moment. Naprawiła wszystko. Między mną a twoją mamą. W dwa miesiące zrobiła to, czego nie potrafiłam przez trzy lata.
Paweł przystanął na światłach, spojrzał na nią.
Mama była po prostu nieszczęśliwa. A teraz już nie jest.
Klara pokiwała głową. Za oknem rozbłysły światła Poznania. W mieszkaniu czekały zdjęcia ze ślubu, ale pierwszy raz od trzech lat wracało się do domu tak lekko.
Trzeba będzie częściej do niej zaglądać powiedziała cicho.
Ba, sama była zdziwiona, iż powiedziała to całkiem szczerze.





