Gdy warkot silnika Mercedesa na dobre zniknął między drzewami, cisza spadła na mnie jak ciężki koc

4 dni temu

Gdy warkot silnika Mercedesa wreszcie zniknął między drzewami, cisza spadła na mnie jak ciężki koc. Stałam tak z torbą w ręce, kolana drżały, a każdy oddech bolał. Powietrze pachniało wilgotną ziemią, mchem i gnijącymi liśćmi. Ptaki umilkły. Jakby samo las wiedziało, iż coś jest bardzo nie tak.

Nie krzyczałam już więcej. Łzy, które nie przyszły choćby na pogrzeb, teraz same popłynęły. Nie z żalu. Z upokorzenia. Zrozumiałam, iż moja własna krew mój syn właśnie wyrzucił mnie jak stary grat.

Usiadłam na zwalonym pniu, próbując zebrać myśli. Słońce chyliło się ku zachodowi, światło zżółkło, cienie się wydłużyły. W ciszy słyszałam tylko bicie serca. Wiedziałam: jeżeli tu zostanę, umrę. Ale nie zamierzałam mu tego ułatwić.

Wyjęłam z torby zdjęcie męża. Jego twarz, znajomy, ciepły uśmiech patrzył na mnie prosto w oczy.

Widzisz, Janek szepnęłam. Na to go wychowałeś. Na tego dobrego chłopca byłeś taki dumny.

Łza spadła na fotografię. I w tej chwili coś we mnie przeskoczyło. Nie strach wziął górę, ale upór. Ten uparty, wiejski charakter, który trzymał mnie przy życiu przez całe lata.

Wstałam. jeżeli myślał, iż umrę tu w ciszy, to mnie nie znał. Przetrwałam wojnę, PGR-y, inflację, szpitale. Przetrwam i to.

Szłam. Nie wiem, jak długo. Las był gęsty, gałęzie łamały się pod nogami. Buty oblepione błotem, serce w gardle. Wreszcie w oddali szelest, potem zarys małej chaty. Opuszczona gajówka. Dach nierówny, okna zabite deskami, ale w środku sucho. Znalazłam stary koc. Położyłam się na ławie i zasnęłam przy pohukiwaniu sowy.

Obudziłam się o świcie. Każdy staw bolał, ale umysł był jasny. Wiedziałam, co robić: wracać do miasta. Nie po zemstę. Po sprawiedliwość. Bo chłopak, który zostawił matkę w lesie, przestał być człowiekiem. A tacy muszą wiedzieć, iż życie długu nie pozostawia.

Błądziłam godzinami, aż w oddali usłyszałam warkot samochodów. Wyszłam na szosę. Zatrzymała się ciężarówka. Kierowca, około sześćdziesiątki, z sumiastym wąsem, spojrzał na mnie z przerażeniem:

Jezu Maria, kobieto, co ty tu robisz?

Wracam do domu odparłam cicho. Tylko syn zapomniał mnie zabrać.

Nie pytał więcej. Wsadził mnie do kabiny i zawiózł do miasta. Poszłam na policję. Młody sierżant patrzył na mnie niedowierzająco.

Proszę pani, to na serio? Twierdzi pani, iż syn zostawił panią w lesie? Na pewno nie pomyłka?

Wyjęłam telefon stary, z przyciskami. Pokazałam mu jedyne zdjęcie, które zrobiłam wtedy z samochodu: czarny Mercedes znikający między drzewami.

To chyba nie pomyłka, młody powiedziałam.

Historia rozeszła się szybko. Moja twarz trafiła na pierwsze strony gazet: Syn bogatego biznesmena porzucił matkę w lesie. Sąsiedzi, znajomi, panie z kościoła wszyscy o tym mówili. Zdjęcie Andrzeja z pogrzebu, w czarnym garniturze, teraz znaczyło co innego: chłód i wstyd.

Kiedy wezwano go na komendę, był blady, spięty. Spotkaliśmy się na korytarzu.

Mamo po co to zrobiłaś? Teraz już po wszystkim. Po firmie, reputacji

Spojrzałam mu w oczy. Nie było w nich winy, tylko strach.

Dla mnie też był koniec, synu szepnęłam. Tylko ja postanowiłam przeżyć.

Śledztwo ciągnęło się tygodniami. Wynajął adwokata, tłumaczył, iż to nieporozumienie, iż spanikował. choćby przeprosił, ale wiedziałam: nie o mnie chodziło, tylko o jego wizerunek.

Sąd uznał go winnym. Narażenie na utratę życia, porzucenie osoby starszej. Półtora roku w zawieszeniu, grzywna, prace społeczne. Prawo uznało to za łagodny wyrok. Ale prawdziwa kara przyszła później.

Gdy wychodziliśmy z sali, zatrzymał się na schodach. Spojrzał na mnie pustym wzrokiem.

Zrujnowałaś mi życie powiedział ledwo słyszalnie.

Nie, synu odparłam. Sam je zrujnowałeś. Ja tylko wyszłam z tego lasu.

Więcej go nie widziałam. Sprzedał mieszkanie, wyjechał za granicę. Mówią, iż żyje gdzieś w Niemczech.

Ja zostałam. W tym samym mieszkaniu, które kiedyś chciał mi zabrać. Wyremontowałam je.

Ściany mają nowy kolor, w oknach pelargonie. Codziennie rano parzę kawę mocną, z mlekiem, bez cukru. I zawsze stawiam dwie filiżanki. Jedną dla męża.

Na parapecie leży mały, biały kamyk. Ten sam, o który uderzyłam kolanem, gdy upadłam na leśnej ścieżce. Pamiątka. Nie o bólu o sile.

Bo starość nie zaczyna się wtedy, gdy cię porzucą. Tylko gdy uwierzysz, iż w tobie już nie ma życia.

Ja nie uwierzyłam.

I dlatego wciąż żyję.

Idź do oryginalnego materiału