Gdy warkot silnika Mercedesa zniknął między drzewami, cisza spadła na mnie jak ciężki koc

polregion.pl 3 dni temu

Gdy warkot silnika Mercedesa zniknął wśród drzew, cisza opadła na mnie jak ciężki koc. Stałam tam z torbą w dłoni, kolana trzęsły się, a każdy oddech bolał. Powietrze pachniało wilgotną ziemią, mchem i gnijącymi liśćmi. Ptaki umilkły. Jakby samo las wiedziało coś tu jest bardzo nie tak.

Nie krzyczałam już. Łzy, które nie przyszły na pogrzebie, teraz same wypłynęły. Nie z żalu. Z upokorzenia. Zrozumiałam, iż moja własna krew mój syn wyrzucił mnie jak stary mebel.

Usiadłam na powalonym pniu, próbując zebrać myśli. Słońce już się chyliło, światło zżółkło, cienie się wydłużyły. W ciszy słyszałam tylko bicie serca. Wiedziałam: jeżeli tu zostanę, umrę. Ale nie zamierzałam mu tego darować.

Wyjęłam z torby zdjęcie męża. Jego twarz, dawny, dobry uśmiech patrzył na mnie.

Widzisz, Władku szepnęłam. Na to wychowałeś. Na tego dobrego chłopca byłeś dumny.

Łza spadła na fotografię. W tej chwili coś we mnie przeskoczyło. Nie strach przejął nade mną władzę, ale upór. Ten uparty, wiejski kobiecy upór, który trzymał mnie przy życiu przez całe lata.

Wstałam. jeżeli myślał, iż tu cicho zgniję, to mnie źle znał. Przeżyłam wojnę, PGR-y, inflację, szpitale. Przeżyję i to.

Szłam. Nie wiem, jak długo. Las był gęsty, gałęzie chrupały pod nogami. Buty pełne błota, serce w gardle. W oddali szelest, potem zarys małej chaty. Opuszczona gajówka. Dachy nierówne, okna zabite deskami, ale wewnątrz sucho. Znalazłam stary koc. Położyłam się na ławce i w środku nocy, przy pohukiwaniu sowy, zasnęłam.

Obudziłam się o świcie. Każdy mięsień bolał, ale umysł był jasny. Wiedziałam, co robić: wracać do miasta. Nie z zemsty. Dla sprawiedliwości. Bo ten chłopak, który potrafił zostawić matkę w lesie, przestał być człowiekiem. A tacy muszą wiedzieć, iż życie nie pozostaje dłużne.

Błądziłam godzinami, aż w końcu usłyszałam warkot samochodów. Wyszłam na szosę. Ciężarówka zwolniła. Kierowca, około sześćdziesiątki, wąsaty, patrzył na mnie zdumiony:

Jezu Maria, kobieto, co ty tu robisz?

Wracam do domu odparłam cicho. Tylko syn zapomniał mnie zabrać.

Nie pytał więcej. Wsadził mnie do kabiny i zawiózł do miasta. Poszłam na policję. Młody sierżant patrzył na mnie niedowierzająco.

Proszę pani, to na serio? Twierdzi pani, iż syn zostawił panią w lesie? Na pewno nie pomyłka?

Wyjęłam telefon stary, z przyciskami. Pokazałam mu jedyne zdjęcie, jakie zrobiłam w aucie: czarny Mercedes, znikający między drzewami.

Chyba to nie pomyłka, młody powiedziałam.

Historia gwałtownie się rozeszła. W gazetach moje zdjęcie: Syn bogatego biznesmena porzucił matkę w lesie. Sąsiedzi, znajomi, babcie spod kościoła wszyscy o tym gadali. Zdjęcie Andrzeja z pogrzebu, w czarnym garniturze, nabrało nowego znaczenia: chłodu, wstydu.

Gdy w końcu wezwali go na komendę, był blady, spięty. Spotkaliśmy się na korytarzu.

Mamo dlaczego mi to zrobiłaś? To koniec wszystkiego. Firmie, reputacji wszystkiemu!

Spojrzałam. W jego oczach nie było winy, tylko strach.

Mnie też był koniec, synu szepnęłam. Tylko ja postanowiłam żyć.

Śledztwo trwało tygodnie. On wynajął adwokata, tłumaczył, iż to nieporozumienie, iż spanikował. choćby przeprosił, ale wiedziałam: nie mnie, tylko swoją hańbę chciał zmyć.

Sąd uznał go winnym. Narażenie na utratę życia, porzucenie osoby starszej. Półtora roku w zawieszeniu, grzywna, praca społeczna. Prawo uznało to za łagodne. Ale prawdziwa kara przyszła gdzie indziej.

Gdy wychodziliśmy z sali, zatrzymał się na schodach. Spojrzał na mnie pustym wzrokiem.

Zniszczyłaś mi życie powiedział ledwo słyszalnie.

Nie, synu odparłam. Ty je zniszczyłeś. Ja tylko wyszłam z tego lasu.

Więcej go nie widziałam. Sprzedał mieszkanie, wyjechał za granicę. Mówią, iż żyje gdzieś w Niemczech.

Ja zostałam. W tym samym mieszkaniu, które kiedyś chciał mi zabrać. Wyremontowałam je.

Ściany pomalowałam na nowo, w oknach pelargonie. Każdego ranka parzę kawę mocną, z mlekiem, bez cukru. I zawsze stawiam dwie filiżanki. Jedną dla męża.

Na parapecie leży mały, biały kamyk. Ten sam, o który uderzyłam kolanem, gdy upadłam na leśnej drodze. Pamiątka. Nie o bólu o sile.

Bo starość nie zaczyna się wtedy, gdy cię wyrzucą. Tylko gdy sam uwierzysz, iż w tobie już nie ma życia.

Ja nie uwierzyłam.

I dlatego wciąż żyję.

Idź do oryginalnego materiału