Sobotni poranek, auto zaparkowane tuż za Śniadowem. W koszyku pusto, ale w głowie nadzieja na dwie, trzy godziny świętego spokoju. Plan był prosty: iść kilka kilometrów w stronę Głębocza Wielkiego, poczuć zapach igliwia, trafić na parę ładnych prawdziwków albo podgrzybków i po prostu zresetować głowę po ciężkim tygodniu. Życie napisało jednak zupełnie inny scenariusz.
Zamiast cichego lasu i kojącego szumu drzew nasza Czytelniczka zastała pobojowisko. Zamiast obniżenia poziomu stresu - leśną frustrację i tętno, które skoczyło tak wysoko, iż – jak sama pisze - bała się o własne serce.
Tuż po powrocie do domu napisała do naszej redakcji. Nie ukrywała emocji. Wklejamy ten list w całości, bez skrótów, bo pod każdym z tych słów mogłoby się pewnie podpisać wielu z nas.
„Szanowna Redakcjo,
Piszę do Państwa, ponieważ po minionej sobocie wciąż nie mogę dojść do siebie. Liczyłam na to, iż 2-3 godziny spędzone wśród drzew drastycznie zred






