Jak chomiczyca w kołowrotku - tradycyjnie

2 tygodni temu

Wielkimi krokami zbliża się wyjazd mła i oczywiście wszystko w terminie młowego wyjazdu się wali. Ruły łazienkowe u Cio Mary do wymiany, okna trzy w kamienicy do wymiany, zakup cegieł do remontu, dokumenty, użeranie się ze współwłaścielstwem, które ma wizję, tylko jeszcze nie wie iż to halucynacja i moje dziefczynki, które złośliwie mało jedzą oraz Mrutek, który żre jak stara lodówka prund. Muszę jutro pojechać na rynek i zrobić troszki zakupów, bo śniadanka i kolacyjki to planujemy robić w bookingowym domu, kupić jedzonko dla kotów, schować te roślinki co je do paczkowania przeznaczyłam, znaczy porozsadzałam, bo choćbym się skichała, tych cholernych paczek przed wyjazdem rozesłać nie zdołam. Doba ma za mało godzin a ja połowę spraw mam nieogarniętych.

Nie dałam rady wcisnąć się do fryzjera, na dziś mam jeszcze do odebrania buty i muszę umyć te ućwachane podłogi. Przed mła perspektywa upalnego Wiednia, Gosia sprawdziwszy prognozę i zapodała iż lekko nie będzie. No dobra, zniosłam 36 w Dolinie Loary, to powinnam przeżyć te około 30 w Wiedniu. Tym bardziej iż to ma być taki pogodowy eksces jednodniowy. Generalnie mam nerw na wszystko a najbardziej na te niezapowiedziane ruły u Cio Mary. Wicie rozumicie, Cio ma koty pod opieką a po moim powrocie chciała jeszcze na troszki pojechać nad morze. No a tu siurprajz, zjawia się radosna administracja, znienacka. Takie sprawy się planuje i ludzi uprzedza, bo każdy ma jakieś swoje sprawy. Cio Mary w tej chwili zieje ogniem i mła się jej wcale nie dziwi. Tyle tego krótkiego meldunku, nie wiem czy zdążę cóś skrobnąć jeszcze przed wyjazdem.

Fotki są stołowe i takie z dogadzania sobie, do ogrodu nie zaglądam za wiele, to i fotek nie ma. W Muzyczniku walc wiedeński.

Idź do oryginalnego materiału