Dziecko natury i nauki
Juliane Koepcke przyszła na świat 10 października 1954 r. w Limie, jako jedyne dziecko niemieckich biologów, Marii i Hansa-Wilhelma Koepcke. Była prawnuczką niemiecko-polskiego chirurga Jana Mikulicza-Radeckiego.
Jej rodzice zamieszkali w Peru, ponieważ prowadzili naukowe badania nad bioróżnorodnością tego obszaru Amazonii. Ich praca skupiała się na analizie lasów deszczowych, ochronie przyrody oraz zachowaniu bogactwa gatunków na zachodnich zboczach gór El Sira. Juliane miała niezwykłe dzieciństwo, upływało pomiędzy stolicą Peru, Limą, a stacją terenową, gdzie rodzice – naukowcy, prowadzili swoje obserwacje. Tę placówkę w lasach deszczowych Maria i Hans-Wilhelm Koepcke założyli w 1968 roku i ochrzcili „Panguana”, nazwą lokalnego ptaka, który przypomina kuropatwę. Naukowcy od najmłodszych lat uczyli dziecko, nie tylko wiedzy teoretycznej, ale również praktycznych umiejętności, dzięki którym można przeżyć w nieprzebytej dżungli. Juliane znakomicie sobie radziła w rozpoznawaniu wielu gatunków roślin, wiedziała co może bezpiecznie zjeść, a co jest trujące. Znała groźne owady, umiała znaleźć źródła wody oraz wiedziała, jak się ukryć w gąszczu, w razie groźnych niebezpieczeństwa. W tamtych latach dla dziewczynki te życiowe nauki wydawały się zabawą. Gdy Juliane przebywała w stolicy, wówczas żyła jak miejskie dzieci, chodziła do szkoły i też świetnie sobie radziła. Wszechstronna nauka i różne środowiska, w których dorastała, ukształtowały jej charakter oraz sposób myślenia. Była odważna, silna psychicznie, sprawna fizycznie, potrafiła nieszablonowo myśleć i szukać kreatywnych rozwiązań w nieprzewidywalnych sytuacjach. Przez 17 lat Juliane wiodła bardzo beztroskie i szczęśliwe życie u boku kochających rodziców. Niestety, to miało się niedługo zmienić.
Gorzki, wigilijny cud
Była wigilia 1971 roku. Juliane wraz z matką, Marią były w Limie, chciały dotrzeć do taty dziewczyny, by wspólnie spędzić święta. Mężczyzna przebywał w stacji badawczej w dżungli i z niecierpliwością wyczekiwał na przybycie córki i żony. To nie był daleki lot, miał trwać zaledwie ponad godzinę. Obie kobiety wsiadły na pokład samolotu linii LANSA z Limy do Pucallpy. Niestety, mimo fatalnych warunków pogodowych, maszyna wzbiła się w powietrze. Samolot wpadł w centrum tropikalnej burzy, pech chciał, iż wówczas nastąpiło wyładowanie atmosferyczne. Na wysokości 6400 metrów piorun uderzył w skrzydło maszyny. Konstrukcja samolotu nie wytrzymała i rozpadła się na kawałki na wysokości około trzech kilometrów. Wszyscy ludzie na pokładzie, czyli 92 osoby runęły w dół. Opadając z zawrotną prędkością, maszyna wyrzucała w przestworza przerażonych pasażerów i załogę. Juliane Koepcke była przypięta do jednego z foteli z trzech w rzędzie. Razem z siedziskami leciała na spotkanie z ziemią. Teoretycznie nie miała prawa przeżyć. Życie ocaliły jej prawa fizyki, czyli opór bloku trzech foteli, amortyzacja konarów drzew, które zwolniły gwałtowny spadek oraz to, iż zemdlała. Brak przytomności sprawił, iż jej ciało stało się niezwykle giętkie, nie stawiało oporu grawitacji. Po upadku Juliane była przez dłuższy czas nieprzytomna. Gdy wróciła do żywych, przypomniała sobie dramat, który rozegrał się w przestworzach. Zobaczyła, iż miała złamany obojczyk, uszkodzoną rękę z otwartą, krwawiącą raną, dotkliwe obrażenia nóg i mocne stłuczenia na całym ciele. Miała też uraz oka. No i była sama w środku dziewiczego, deszczowego lasu. Wokół niej, były jedynie rozrzucone szczątki samolotu oraz zwłoki wielu współtowarzyszy jej lotu. Nikt nie wykazywał oznak życia.
Przez kilka pierwszych dni dziewczyna tyko leżała w miejscu upadku, nie potrafiła się poruszyć, odzyskiwała siły. Jakimś cudem, żadne drapieżne zwierzę jej nie zaatakowało. Nastolatka, gdy już potrafiła zrobić kilka kroków, znalazła w resztkach wraku jedynie trochę cukierków, żadnej wody, żadnych leków czy opatrunków. Dzięki słodyczom Juliane nabierała sił, czekała w nadziei, iż odnajdzie ją jakaś ekipa ratunkowa. W końcu zrozumiała, iż to złudna nadzieja. Tylko od niej zależało, czy spróbuje z tego wyjść, czy podda się losowi. Wtedy przypomniała sobie nauki ojca. Musiała znaleźć strumień i iść wzdłuż jego nurtu, ponieważ doprowadzi do większej rzeki, a przy rzece są największe szanse na spotkanie ludzi. Ciężko ranna nastolatka zebrała wszystkie siły jakie miała w sobie i boso (straciła obuwie w czasie upadku) ruszyła w gęstą dżunglę amazońską. Oprócz woli przetrwania, posiadała jedynie wiedzę, zdobytą w ośrodku „Panguana”.
Chęć życia była silniejsza
Przedzierała się przez bagna, zarośla, wilgotne i oślizgłe korzenie roślin i drzew. Jej niczym nie chronione ciało, stało się celem stad krwiopijnych owadów. Była cała pokąsana, a rany zostały gwałtownie zainfekowane. niedługo zalęgły się w nich larwy, czuła ich ruchy w swoim ciele. Mimo tego Juliane nie poddawała się. Szła dalej, krok za krokiem. Żywiła się jadalnymi roślinami, szukała miejsc gdzie mogła znaleźć, choćby kilka kropel wody, unikała ścieżek gdzie widziała ślady drapieżników. Tak wspominała tamte chwile:” Widziałam krokodyle na brzegu rzeki, ale byłam spokojna. Dzięki lekcjom ojca wiedziałam, iż one nie atakują ludzi. Czwartego dnia usłyszałam odgłos lądującego sępa królewskiego. Bałam się, bo wiedziałam, iż lądują tylko wtedy, gdy jest dużo padliny. Wiedziałam, iż to kolejne ciała z katastrofy”. – opowiadała.
Juliane zobaczyła zwłoki trzech kobiet, przez cały czas były przypięte pasami bezpieczeństwa do foteli. Ruszyła dalej, w końcu znalazła potok. Poszła z jego biegiem. Po 9 dniach od momentu katastrofy, 17 latka dotarła do większej rzeki. Później na brzegu natrafiła na zacumowaną, drewnianą łódź i chatę. Wokół było pusto, ale i tak to był mały cud. Dziewczyna przeszukała miejsce, znalazła opatrunki i sama udzieliła sobie pierwszej pomocy. Gdy odpoczywała, w chacie pojawili się drwale i zobaczyli zmasakrowaną dziewczynę. Nastolatka potrafiła mówić po hiszpańsku, wyjaśniła zszokowanym mężczyznom, co się stało. Ci natychmiast zaczęli ją pielęgnować, a z samego rana drugiego dnia, przetransportowali ranną do miasta. Po 11 dniach od tragedii Juliane była bezpieczna. Na tym nie koniec, dziewczyna mimo odniesionych ran, zaofiarowała pomoc w szukaniu innych członków lotu. Miała jeszcze nadzieję na znalezienie matki. Pomogła ekipie ratunkowej dotrzeć do obszaru gdzie upadły szczątki wraku samolotu i pasażerowie. Niestety, spośród 92 osób lotu, nikt już nie żył. Ratownicy potwierdzili, iż aż 14 pasażerów przeżyło upadek, ale pomoc nie nadeszła w porę. Juliane szukała matki: „12 stycznia znaleźli jej ciało. Później dowiedziałam się, iż ona również przeżyła wypadek, ale została ciężko ranna i nie mogła się poruszać. Zmarła kilka dni później. Strach pomyśleć, jak wyglądały jej ostatnie dni.” - mówiła wstrząśnięta córka.
Niezłomna kobieta
Historia Juliane stała się sensacją, obiegła czołówki mediów całego świata. Powstały filmy i książki opowiadające o tej niezwykłej bohaterce, która w beznadziejnej sytuacji, w strasznym stanie fizycznym, zachowała zimną logikę, determinację, ruszyła w dżunglę, mimo praktycznie żadnych szans na przeżycie.

Po dramacie dziewczyna również nie poddała się, ukończyła studia w Niemczech, została biologiem. Obroniła doktorat i wróciła do Peru. Specjalizowała się w badaniach nad nietoperzami w lasach deszczowych. Jej autobiografia pt. „Kiedy spadłam z nieba” z 2011 roku, otrzymała międzynarodową nagrodę literacką „Corine”. W 2021 Juliane Koepcke została odznaczona Krzyżem Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec. w tej chwili mieszka w Monachium, pracuje w bibliotece Państwowego Muzeum Zoologicznego.
Źródła:
https://www.youtube.com/shorts/dK7VQppLDGw
https://www.youtube.com/embed/NSYqkQ4lLUQ
https://www.youtube.com/embed/LTT3wr9ayHk
https://www.national-geographic.pl/historia/juliane-koepcke-przezyla-katastrofe-samolotu-i-upadek-z-3000-metrow-10-dni-spedzila-w-dzungli/
https://www.youtube.com/embed/A4clXu8VzGo
https://pl.wikipedia.org/wiki/Juliane_Koepcke
https://www.tvp.info/90689580/katastrofa-lotu-lansa-508-w-wigilie-1971-upadek-z-trzech-kilometrow-i-dziesiec-dni-w-dzungli-historia-juliane-koepcke

2 godzin temu



