Pod koniec lat dziewięćdziesiątych Anna Wrzosek była jedną z najbardziej rozpoznawalnych aktorek polskiego kina. Trzy filmy z rzędu w czołówce box office, twarz na plakatach przy Marszałkowskiej, propozycje z Berlina i Pragi. Wydawało się, iż przed nią pozostało dwadzieścia lat kariery. Nikt wtedy nie wiedział, iż wszystko zatrzyma się w pokoju numer 412 hotelu przy placu Trzech Krzyży.
Zaprosił ją tam producent Roman Kaczorek — rzekomo na rozmowę o roli w koprodukcji z Niemcami. Przyszła w listopadowy wieczór, płaszcz miała jeszcze mokry od deszczu, w teczce pod pachą trzymała scenariusz z zaznaczonymi na żółto kwestiami. Kaczorek otworzył drzwi w szlafroku, boso, z niedopalonym cygarem w popielniczce za plecami. Na stoliku stała butelka wina i dwa kieliszki, których nikt nie napełnił.
— Usiądź, nie gryzę — powiedział, wskazując fotel obok łóżka, nie przy biurku, gdzie leżały papiery.
Anna została przy drzwiach. Zapytała o scenę z drugiego aktu, o to, czy reżyser już zaakceptował obsadę. Kaczorek machnął ręką, jakby to była formalność, i powiedział, iż "najpierw trzeba się lepiej poznać, jeżeli ma z tego coś wyjść". Doprecyzował, czego oczekuje. Powiedział to bez podniesienia głosu, tonem, jakim się ustala godzinę spotkania.
— Nie — odpowiedziała Anna.
Odłożyła teczkę na fotel, bo ręce nagle stały się niepotrzebnym ciężarem, i wyszła, nie zamykając drzwi do końca. Czekając na windę, słyszała, jak trzasnęły same. Winda jechała długo, z trzeciego piętra na parter, a ona przez całą drogę patrzyła na swoje odbicie w polerowanej mosiężnej płycie, w rozmazanym makijażu, próbując zrozumieć, co właśnie straciła.
Nie wiedziała jeszcze, iż ta cisza w windzie będzie kosztować ją najbliższą dekadę.
Dwadzieścia lat później reżyser Tomasz Bielak przyznał w wywiadzie dla jednego z tygodników, iż przy castingu do wielkiej trylogii historycznej — tej, która zebrała później osiem Orłów — ludzie z wytwórni Kaczorka odradzali mu współpracę z Anną Wrzosek. Mówili, iż jest "trudna", iż "sprawia problemy na planie". Bielak przyznał, iż uwierzył i po prostu skreślił jej nazwisko z listy bez jednego telefonu do niej samej. Dopiero po latach, kiedy sprawa Kaczorka wybuchła publicznie, zrozumiał, iż mógł być trybikiem w maszynie, która systematycznie niszczyła kariery kobiet mówiących producentowi "nie".
Nikt nigdy nie dowie się, jaką rolę mogła zagrać Anna w tamtej trylogii. Telefon po prostu przestał dzwonić.
Przez kolejne lata brała epizody w serialach, dubbingowała bajki, raz zagrała w reklamie proszku do prania. Znajomi z branży dzwonili coraz rzadziej. W 2009 roku, w najgorszym dla siebie momencie, zamknęła mieszkanie na klucz, zostawiła zapasowy komplet sąsiadce i pojechała na terapię — pięćdziesiąt trzy dni w ośrodku pod Zakopanem. Pierwszego dnia terapeutka zapytała ją, kiedy ostatnio płakała bez powodu, a Anna nie potrafiła sobie przypomnieć. Mówiła później znajomym, iż przez lata odkładała tamten wieczór w hotelu na później, tak jak człowiek odkłada nieotwartą kopertę z rachunkiem na dno szuflady z ubraniami — wiedząc, iż i tak kiedyś trzeba będzie zapłacić.
A potem zrobiła coś, czego po aktorce jej pokolenia raczej się nie spodziewano. Wróciła na studia. Skończyła filologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, którą przerwała dla kariery w wieku dwudziestu jeden lat, a potem dostała się na podyplomowe studia z zarządzania kulturą w Warszawie. Siedziała w bibliotece obok studentów, którzy nie mieli pojęcia, kim jest, i to jej akurat odpowiadało.
Potem przyszedł rok 2018. Dziennikarka śledcza z jednego z warszawskich tygodników zbierała materiał o wieloletnich oskarżeniach wobec Kaczorka. Przyjechała do mieszkania Anny na Mokotowie z dyktafonem, który przez pierwsze dwadzieścia minut leżał na stole wyłączony, bo Anna powiedziała, iż najpierw chce się napić kawy i porozmawiać "normalnie, jak ludzie". Kiedy w końcu zapaliła się czerwona dioda nagrywania, dziennikarka miała spocone dłonie i bez przerwy poprawiała kartki notatnika, jakby się bała, iż coś przeoczy.
— Może pani mówić pod inicjałami, tak jak inne — powiedziała.
— Nie chcę pod inicjałami — odparła Anna, patrząc na migającą diodę. — Nazywam się Anna Wrzosek. Proszę to zapisać poprawnie, przez "rz".
Rozmawiały cztery godziny. Dziennikarka wcześniej rozmawiała już z kilkunastoma kobietami, ale większość zgadzała się mówić tylko anonimowo — dla wielu mówienie wprost oznaczało ryzyko utraty pracy, plotek w środowisku, telefonów od prawników. Anna była jedną z pierwszych rozpoznawalnych twarzy, które zgodziły się na to pod własnym nazwiskiem.
Po jej wywiadzie zaczęły mówić inne. Najpierw kilka, potem kilkanaście, w końcu ponad czterdzieści kobiet z różnych branż — nie tylko z kina. Sprawa Kaczorka stała się jednym z impulsów, który w Polsce napędził falę #JaTeż. Anna złożyła przeciwko niemu pozew cywilny, twierdząc, iż po jej odmowie celowo szkodził jej karierze zawodowej przez kontakty w branży.
We wrześniu tego roku sąd okręgowy wydał wyrok w sprawie cywilnej — nakazał Kaczorkowi wypłatę stu dwudziestu tysięcy złotych odszkodowania i sprostowanie w prasie branżowej. Anna nie czekała jednak na ten wyrok, żeby zamknąć sprawę po swojemu. Tydzień wcześniej poszła do notariusza przy ulicy Kruczej, usiadła na twardym krześle naprzeciwko biurka zawalonego segregatorami i poprosiła o rozwiązanie umowy o zarządzaniu prawami do jej ról archiwalnych — umowy podpisanej jeszcze w latach dziewięćdziesiątych z agencją powiązaną z Kaczorkiem, o której prawie zapomniała, choć trwała dwadzieścia dziewięć lat. Notariusz podał jej długopis, a ona podpisała się trzykrotnie, bo za pierwszym razem ręka jej zadrżała i litery wyszły nieczytelne.
Odebrała teczkę z kopiami umów, przeniosła prawa na własną fundację wspierającą młode aktorki i zamknęła stare konto bankowe, na które od dekad spływały tantiemy w wysokości kilkuset złotych rocznie — kwota śmiesznie mała wobec tego, ile ta rola mogła być warta.
Kaczorek dowiedział się o zerwaniu umowy od swojego prawnika, telefonicznie, w środę rano. Podobno przez chwilę milczał, zanim zapytał, czy da się to jeszcze cofnąć.
Nie dało się.






