Basia miała spóźnić się na randkę, ale w gruncie rzeczy wcale się nie spieszyła. To Iwona, jej koleżanka z pracy, umówiła ją na "kawę zapoznawczą" w cukierni przy Świętojańskiej w Gdyni. Iwona swatała wszystkich samotnych znajomych z uporem, który graniczył z misją życiową. "Basiu, on ma czterdzieści cztery lata, po rozwodzie, nie pije, pracuje jako inżynier budowlany. Chociaż kawę wypijesz!" Kawę Basia mogła wypić i w domu, sama, z widokiem na parking pod blokiem. Ale kłócić się z Iwoną było równie sensowne, co tłumaczyć kotu, iż nie wolno mu spać w umywalce. Kot zresztą siedział teraz na parapecie i obserwował całą scenę z miną znawcy.
Rudy — bo tak się nazywał, chociaż w dowodzie rejestracyjnym kota, oczywiście, nikt go nie zapisał — miał talent do pojawiania się dokładnie tam, gdzie nikt się go nie spodziewał, i patrzenia z takim wyrazem pyska, jakby już wszystko o tobie wiedział i był lekko zawiedziony. Za oknem szarzał wrzesień, w klatce schodowej pachniało świeżo pomalowaną balustradą — dozorca obiecywał to zrobić od maja i wreszcie się zebrał. Telewizor w salonie mruczał wieczorne wiadomości, których nikt nie słuchał.
Basia wciągnęła sukienkę, w której ostatni raz była na weselu kuzynki dwa lata temu. Obróciła się przed lustrem w przedpokoju.
— No i jak, Rudy, normalnie wyglądam?
Kot mrugnął. Bez pośpiechu, z pewną wyższością. Zeskoczył z parapetu i poszedł w stronę drzwi wejściowych. Chyba to była odpowiedź.
Basia poprawiła szminkę, wzięła torebkę, wsunęła stopy w szpilki stojące przy progu i sięgnęła po klucze. Otworzyła drzwi.
I w tej samej sekundzie między jej nogami przemknęła ruda błyskawica.
Rudy wystrzelił na klatkę schodową, na moment znieruchomiał, oceniając sytuację, i popędził w dół po schodach z gracją stworzenia, które doskonale wie, dokąd biegnie.
— Rudy! Stój!
Rudy nie stanął. Rudy pędził, a ogon sterczał mu w górę jak antena taksówki na postoju. Basia rzuciła torebkę, zrzuciła szpilki, wsunęła stopy w klapki stojące pod wieszakiem i ruszyła za nim.
Trzecie piętro. Drugie. Zakręt. Basia omal nie wpadła na poręcz, złapała się jej, poślizgnęła się na klapku i cudem utrzymała równowagę.
— Rudy, no błagam cię!
Rudy się nie błagał.
Na parterze zaskrzypiała winda. Ich winda zawsze skrzypiała, jakby żaliła się na życie od dwudziestu lat bez remontu. Z windy wysiadł mężczyzna. Wysoki, w ciemnej kurtce. I w tym momencie na jego ręce wskoczył kot. Po prostu tak. Bez ostrzeżenia, bez zaproszenia.
Rudy wylądował na piersi nieznajomego, wbił pazurki w kurtkę, wetknął nos pod jego brodę i wydał z siebie przeciągłe miauknięcie.
Mężczyzna znieruchomiał. Spojrzał na kota. Potem na Basię, która w tym momencie wypadła na parter, zdyszana, z rozczochranymi włosami, w sukience na randkę i klapkach z nadrukiem truskawek.
Cisza trwała chwilę.
— To… pani? — zapytał.
— Mój — wysapała Basia, opierając ręce na kolanach. — To mój kot. Uciekł. Przepraszam bardzo.
Mężczyzna kiwnął głową. Rudy dalej miauczał. Z rąk schodzić nie zamierzał.
— On zawsze taki jest?
— Nie. Zwykle choćby do mnie za pierwszym razem nie przychodzi.
Mężczyzna się roześmiał. Cicho, ale szczerze. Rudy zamruczał w odpowiedzi.
— Marek — przedstawił się. — Wprowadziłem się tu niedawno. Mieszkanie na drugim piętrze.
— Basia. Trzecie.
— Sąsiad, więc.
— Sąsiadka.
Wyciągnęła ręce po kota. Rudy popatrzył na nią, odwrócił łeb i wtulił się pyskiem w szyję Marka.
— No dziękuję — powiedziała do kota. — Zdrajca.
Marek podrapał Rudego za uchem.
— Może po prostu potrzebuje czasu?
— Potrzebuje diety. Ale to osobna historia.
Stali na klatce schodowej. Rudy mruczał donośnie. Marek trzymał go pewnie, jedną ręką pod brzuchem, drugą podpierając grzbiet. Widać było, iż ze zwierzętami ma doświadczenie.
— Miał pan koty?
— Miałem. Rudego, jak pani. Mieszkał ze mną dziewięć lat, potem przeniosłem się do Wrocławia na kontrakt, a jego zostawiłem u rodziców w Tczewie. Czasem mi go brakuje.
Basia popatrzyła na Rudego, który mrużył ślepia z zadowoleniem na obcych rękach. Potem na Marka. Potem na zegarek.
Randka. Cukiernia przy Świętojańskiej. Inżynier bez nałogów.
Wyjęła telefon.
"Iwonka, nie przyjdę. Siła wyższa. Kot uciekł."
Iwona odpisała po chwili: "TY SERIO?! Przez kota?!"
"Właśnie przez kota. Opowiem później."
Schowała telefon.
— Słuchaj pan, Marek. Wiem, iż to zabrzmi dziwnie. Ale może pan wpadnie na herbatę? W ramach przeprosin za napaść kota.
Marek spojrzał na Rudego. Rudy spojrzał na Marka. Między nimi w ciągu tych trzech minut najwyraźniej coś już się rozegrało.
— Na herbatę mogę — powiedział.
Herbata się przeciągnęła. Najpierw pili zieloną, bo czarna skończyła się w zeszłym tygodniu, a Basia zapomniała dokupić. Potem przypomniała sobie o paczce melisy gdzieś w szafce. Szukając melisy, natrafiła na starą blaszaną puszkę po ciasteczkach z Wedla. Ciastka okazały się całkiem jeszcze jadalne, choć trochę zmiękły.
Rozmawiali o wszystkim i o niczym. O tym, iż Marek pracuje przy renowacji kamienicy na Kamiennej Górze, o tym, iż Basia od pięciu lat prowadzi księgowość w małej firmie transportowej i marzy o przeprowadzce bliżej morza, chociaż mieszka w Gdyni od urodzenia. Za oknem zapaliły się latarnie, w sąsiednim mieszkaniu ktoś włączył radio — leciała jakaś stara piosenka Maanamu, ledwo słyszalna przez ścianę. Rudy w międzyczasie zajął miejsce na kolanach Marka i najwyraźniej uznał sprawę za zamkniętą: ten człowiek zostaje.
Basia zerknęła na zegarek — była już dziewiąta wieczorem, a rozmowa wcale nie miała ochoty się kończyć. Marek opowiedział, iż po rozwodzie przeprowadził się do Gdyni właśnie dlatego, iż potrzebował zacząć od nowa, z dala od Wrocławia i wszystkiego, co go tam trzymało. Basia pomyślała, iż to pierwszy mężczyzna od dawna, który mówi o swoim życiu bez cienia żalu do świata — po prostu opowiada, jak jest.
O wpół do dziesiątej Marek w końcu wstał, ostrożnie przełożył śpiącego już Rudego na kanapę i powiedział, iż musi jednak wracać, bo jutro wcześnie na budowę. W progu przystanął.
— To co, sąsiadko. Może w sobotę… nie na herbatę już, tylko normalnie, na kolację?
— Pod warunkiem, iż kota zostawimy w domu — odparła Basia.
— Też tak myślałem. Choć to on nas przecież poznał.
Roześmiała się i pierwszy raz tego wieczoru poczuła, iż nie musi niczego udawać ani niczego pilnować w rozmowie — po prostu jest sobą, w klapkach z truskawkami, z kotem sierściem na sukience.
W sobotę Marek przyszedł punktualnie, z bukietem żonkili kupionych na targu przy Wolności, i z małą torebką kocich smakołyków — "na przekupienie sędziego", jak to ujął. Rudy przyjął łapówkę bez wahania i natychmiast oświadczył się na kanapie Marka, jakby to było jego stałe miejsce od zawsze.
Iwona, gdy w końcu usłyszała całą historię, tylko pokręciła głową.
— Więc jednak swat się udał. Tylko nie ten, którego planowałam.
— Ten planowany dalej siedział pewnie w tej cukierni — odpowiedziała Basia. — A ja siedzę tu, z kotem, który wybrał mi faceta lepiej, niż ty przez ostatnie dwa lata.
Rudy, jakby rozumiejąc, iż mowa o nim, wskoczył jej na kolana i zamruczał — tym razem bez pośpiechu, bez ucieczki, jakby wreszcie uznał, iż wszystko jest tak, jak powinno być.

1 tydzień temu








