Taksówkarz, który wiózł mnie kilka dni temu, opowiadał, iż w szkole jego syna, dzieci zagoniono do szatni. Te starsze straszyły maluchy, iż jest dym i wybuchy. Na grupie rodziców matki potem pisały, iż dzieci wróciły do domu roztrzęsione. Mnie wyjąca syrena złapała, kiedy jechałam ruchliwą ulicą. Nie zareagowałam, tak jak i inni kierowcy. Zresztą, co miałabym ze sobą począć? Zatrzymać się i wleźć pod samochód? Jak się okazało podjęłam słuszną decyzję.
Pracowników UW wyprowadzono do Ogrodu Saskiego. Nie do żadnego schronu, tylko do parku. Schron pod urzędem jest ponoć za mały, żeby zmieścić tyle osób. A gromadzenie takiej ilości ludzi na zewnątrz w jednym miejscu w przypadku zagrożenia jest czymś niedopuszczalnym, ale jak potem tłumaczył wojewoda, było wiadomo, iż żaden dron nie przekroczył polskiej granicy. Warto więc zapytać publicznie, po co była ta cała akcja? Po co było straszyć ludzi, ewakuować szkoły? Czemu ma to służyć tu w mojej części kraju, bo raczej nie uspokajaniu i tak zestresowanych ludzi.
Nie śpię z telefonem, ale co rano już od dłuższego czasu dowiaduję się z alertów RCB, iż był atak na Ukrainę, poderwały się samoloty, a potem przychodzi komunikat, iż już po ataku. W zasadzie przestałam już sprawdzać te wiadomości, bo informują mnie o niczym. Część moich znajomych oznaczyło esemesy z RCB jako spam, bo mają dosyć ciągłych powiadomień. Szczególnie, iż i tak nie informują o żadnym realnym dla nas zagrożeniu. Wszak, z tego co wiem, Polska z nikim nie prowadzi wojny.
Efekt tych nadmiarowych działań jest jednak taki, iż nikt, albo prawie nikt, nie traktuje już tych ostrzeżeń poważnie. jeżeli pojawiłoby się realne zagrożenie, wiele osób zignoruje wiadomość z RCB, na czele ze mną. Bo szczerze mówiąc mam lekko dosyć dokładnie tych samych wiadomości, wysyłanych kilka razy dziennie. I wiele osób, z którymi rozmawiałam, uważa, iż to niepotrzebne straszenie nas wojną. Co ma niestety, dalekosiężne konsekwencje.
W pamiętnym dniu wyjących syren, prezydent Chełma, Jakub Banaszek, napisał na X:
„Dziś po raz kolejny na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu zawyły syreny alarmowe.
O bezpieczeństwie musimy rozmawiać, a na zagrożenie reagować - to oczywiste, ale od miesięcy alarmujemy też o innym zagrożeniu: słabnącej gospodarce Polski Wschodniej.
Ludzie wyjeżdżają, inwestorzy wstrzymują decyzje, a nowych impulsów, pomocy i inwestycji ze strony państwa brakuje.
Sytuacja naszych miast i miasteczek będzie coraz trudniejsza.
Czy Rząd przedstawi konkretny plan dla Polski Wschodniej?
Bez konkretnych rozwiązań pogłębią się problemy, utrata funkcji społeczno - gospodarczych i zintensyfikowana depopulacja.”
Mamy pecha, iż żyjemy na wschodzie Polski. Turyści, inwestorzy zaczynają omijać nasze tereny szerokim łukiem. Straszenie wojną, płynące z góry, ma na to niestety ogromny wpływ.

1 godzina temu



