Magnes z Krety i lista na osiem punktów

6 dni temu

Pracuję w kwiaciarni na Grochowie od dwunastu lat. Niewielki lokal przy samej pętli autobusowej, dwa kroki od warzywniaka i apteki. Przez te lata nauczyłam się poznawać ludzi po tym, jak kupują kwiaty. Jedni biorą cięte róże w folii, bo spieszą się na rocznicę. Drudzy oglądają każdy listek, zanim wezmą doniczkową paprotkę. A jeszcze inni biorą to, co najtańsze, i choćby nie spojrzą, co im pakuję.

Halina przyszła do mnie któregoś czwartku, w połowie czerwca. Znałam ją z widzenia — siwa, z laską, zawsze w tym samym granatowym płaszczu, choćby kiedy inni chodzą już w samych swetrach na giełdzie przy Skaryszewskiej. Poprosiła o storczyk. Taki biały, z podwójnym pędem.

— To na prezent? — zagadnęłam, bo zauważyłam, iż sprawdza doniczkę palcem, czy nie ma zgnilizny.

— Nie. Do syna. Zostawił mi mieszkanie na dwa tygodnie, to chociaż podleję porządnie. — Uśmiechnęła się, ale tak jakoś nijako, jakby ten uśmiech kosztował ją więcej niż sam kwiat.

Zapakowałam storczyka w szary papier, a ona wyjęła z portfela dwadzieścia złotych, odliczyła, potem schowała i wyjęła kartę. Zbliżeniowo, bez patrzenia. Ręce jej się trzęsły.

— Pani Halino — powiedziałam, zanim zdążyła wyjść. — Niech pani nie dźwiga. Mogę podrzucić po zamknięciu, mieszkam na Majdańskiej.

Popatrzyła na mnie, jakbym zaproponowała coś podejrzanego.

— Poradzę sobie, dziękuję — i wyszła.

Ale nie poszła od razu do syna. Stała chwilę pod moją witryną, oparta o kosz z bratkami, i przeglądała telefon. Coś odpisywała, długo, jedną ręką, laskę trzymając pod pachą. W końcu wcisnęła telefon do kieszeni i ruszyła w stronę przystanku. Kuśtykała, ale szła szybko, jak ktoś, kto nie chce, żeby go ktoś zatrzymał.

Następne dwa tygodnie widywałam ją codziennie. Rano, koło dziewiątej, wsiadała w autobus 138 na pętli. Po południu wracała. Czasem mijała moją witrynę, czasem nie. Raz weszła kupić paprotkę — małą, do powieszenia. — Syn ma za ciemno, ta mu się przyjmie — wyjaśniła.

A potem, w ostatni piątek przed jej powrotem z tej całej Krety — to znaczy nie jej, syna — Halina przyszła znowu. Ale tym razem nie po kwiaty.

— Pani Basiu — powiedziała, a ja się zdziwiłam, iż pamięta moje imię. — Czy mogę u pani zostawić coś na parę dni? Nieduże. Nie chcę trzymać u siebie, bo… — urwała i popatrzyła na moje wiadro z hortensjami, jakby tam miała dokończenie.

— Może pani. Tylko niech pani powie, co to.

Wyjęła z torebki reklamówkę. W środku był magnes na lodówkę. Biały domek z niebieskim dachem, morze, napis „Crete” złotymi literkami.

— Syn przywiózł z wakacji. Pamiątka. — Położyła mi go na ladzie obok kasy. — Proszę mi go dać, jak będę wracać z rehabilitacji. W czwartek. Teraz nie chcę na to patrzeć.

Patrzyłam na ten magnes, potem na nią. A ona wciągnęła powietrze, jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, ale tylko machnęła ręką.

— Wie pani co, niech go pani odda na biedronkową zbiórkę. Albo wyrzuci. Ja nie chcę żadnych pamiątek.

Wyszła, a ja stałam z tym magnesem w dłoni i nie wiedziałam, co powiedzieć. W końcu położyłam go przy kasie, obok pudełka z agrafkami do wstążek, żeby nie zdeptać. Leżał tam do czwartku. Ktoś z klientów choćby zapytał: — O, była pani na Krecie? — i musiałam odpowiedzieć, iż nie, iż to nie moje.

W czwartek Halina nie przyszła.

Przyszła w piątek do południa, akurat kiedy podlewałam anturium. Popatrzyła na ladę, jakby szukała tam czegoś, o czym już zdążyła zapomnieć.

— Zostawiła pani coś u mnie — przypomniałam. — Ten magnes.

— Niech pani da — powiedziała cicho, ale jakoś twardo. Jakby się w niej coś zamknęło.

Podałam jej reklamówkę, a ona ją wzięła, zważyła w dłoni.

— Syn przyjechał w niedzielę. Dał mi to i powiedział: „Trzymaj, mamo, pamiątka z Krety”. — Zaczęła mówić, a ja udawałam, iż układam wstążki, żeby nie czuła, iż słucham. — A ja wtedy pomyślałam: dobrze, iż nie zapytał, czy dałam radę z tymi kwiatami. Bo bym mu powiedziała, iż nie dałam. Nie powiedział. I dobrze.

Odwróciłam się do niej. Stała prosta, z tą laską, z tą reklamówką w ręce. I patrzyła na mnie tak, jakby chciała, żebym jej coś powiedziała, ale nie wiedziała, co.

— A gdzie pani teraz idzie? — zapytałam.

— Do przychodni. Mam skierowanie na operację biodra. W końcu przyszło. Za miesiąc. — Zawahała się. — Tylko syn był ze mną umówiony, żeby zawieźć do szpitala. A teraz nie wiem, czy mu o tym mówić.

— Jak to, nie wie pani?

— Bo przez dwa tygodnie codziennie chodziłam do jego mieszkania. Z laską, z torbą kociej karmy, z podlewaniem. A on mi przywiózł magnes. I choćby nie zapytał, czy mnie co boli.

Podeszłam bliżej, chociaż nie miałam po co. Ot, kwiaciarka, koniec zmiany.

— To niech mu pani nie mówi. Niech wezwie taksówkę. A magnes niech pani odda teraz. — Wskazałam głową na pudełko z drobiazgami przy kasie, gdzie zbieraliśmy rzeczy na kiermasz dla schroniska. — Albo niech pani zostawi u siebie. Ale tylko wtedy, jak pani będzie chciała na niego patrzeć.

Patrzyła na mnie chwilę. Potem, nie wiem skąd, wzięła z koszyka gałązkę lawendy, powąchała i położyła na ladzie obok magnesu.

— Ile płacę? — zapytała.

— Za lawendę? Siedem złotych.

Zapłaciła. Magnes zostawiła na ladzie.

— Niech pani go da komuś, kto lubi takie rzeczy — powiedziała i wyszła.

Stałam z tą lawendą w jednej ręce i magnesem w drugiej. W końcu położyłam magnes do pudełka z rzeczami na kiermasz. Wieczorem przyszła młoda dziewczyna, wzięła go dla mamy na imieniny. Zapłaciła pięć złotych, wyszła uśmiechnięta. A ja stałam przy kasie i zbierałam opadłe płatki z podłogi, zanim zamknę.

Halina do dziś przechodzi czasem obok mojej witryny. W granatowym płaszczu, z laską. Odkąd nie chodzi do syna, porusza się wolniej. Ale prościej. Któregoś ranka weszła, kupiła żółtego gerbera i poszła na przystanek. Nie wiem dokąd. Może do przychodni, może na cmentarz, może do Jadwigi. Ale wie pani co? Nie odwróciła się do syna ani razu. Ani razu nie usłyszałam, żeby wymieniła jego imię. A przecież kiedyś mówiła o nim codziennie. „Tomek to dobry chłopak”, mówiła. „Tomek dzwoni co tydzień”.

Dziś mówi tylko: „proszę zapakować, dziękuję”.

Kiedyś, przy okazji, gdy brała wrzosy, spojrzała na pudełko z rzeczami na kiermasz i uśmiechnęła się pod nosem.

— Znalazł się ten magnes? — spytała niby od niechcenia.

— Znalazł. Jakaś miła dziewczyna wzięła dla mamy.

— To dobrze — powiedziała Halina. — Przynajmniej komuś sprawił radość.

I wyszła, zostawiając po sobie zapach lawendy, która już dawno zwiędła.

Idź do oryginalnego materiału