Matylda nie miała drugiego dnia

1 tydzień temu

Zanim cokolwiek powiem, chcę, żeby jedno było jasne: ja naprawdę wierzyłem, iż robię dobrze. Szedłem przez las za Głuszycą, niedaleko Wałbrzycha, w czwartek o świcie. Miałem przy sobie termos z herbatą, aparat i głupią nadzieję, iż uda mi się sfotografować mgłę nad potokiem. Zamiast tego znalazłem sarnę. Maleńką, zwiniętą przy pniu, całą w plamkach, z pyszczkiem wtulonym w trawę. Nie uciekała. Tylko drżała.

Pamiętam, iż pomyślałem wtedy: no tak, matka pewnie zginęła. Albo ją porzuciła. Bo jak inaczej? Leżała sama, bez ruchu, w miejscu, gdzie lisy chodzą nocą jak po swoim. Przykucnąłem metr od niej. Czekałem pół godziny, może dłużej. Nasłuchiwałem. Nic. Cisza taka, iż słyszałem własny puls w uszach.

Wziąłem ją na ręce. Ważyła tyle co torba zakupów, może mniej. Była ciepła, ale jakaś dziwnie wiotka. W domu owinąłem ją starym kocem, dałem wodę ze strzykawki i zadzwoniłem do weterynarza w Świdnicy. Po telefonach odesłali mnie do fundacji, która zajmuje się dzikimi zwierzętami. Podałem adres, opisałem stan, czekałem.

I tu zaczyna się część, której nikt nie chce zrozumieć. Przez dwa tygodnie próbowaliśmy się dodzwonić. Nie my — oni. Bo ja odbierałem. Z fundacji dzwonili rano i wieczorem, pisałem wiadomości, odsyłałem zdjęcia. Ale potem przyszło pismo z nadleśnictwa i ktoś zasugerował, iż mogę mieć kłopoty, bo zabranie dzikiego zwierzęcia to wykroczenie. Nie, nikt nie miotał groźbami, tylko wytłumaczył, iż zgodnie z przepisami nie wolno. I to mnie przeraziło. Bo nagle zamiast pomagać, ja się tłumaczyłem. A sarna leżała w kartonie w moim garażu i nie mogła wstać.

Sąsiad spod czwórki, ten, co hoduje gołębie, powiedział, żebym nie oddawał, bo „fundacje to tylko kasę biorą”. Szwagierka przysłała artykuł, iż dzikich zwierząt nie wolno karmić mlekiem krowim. W nocy siedziałem przy niej i trzymałem ją za głowę, żeby się nie zakrztusiła, a rano jechałem do pracy. Betoniarka na budowie w Świdnicy wyje jak grzesznik, a ja liczyłem godziny do powrotu. Mówię to bez dumy: bałem się. Bałem się oddać, bo myślałem, iż tam ją uśpią. I bałem się zatrzymać, bo widziałem, iż gaśnie.

Dwunastego dnia nie chciała już pić. Wtedy wsiadłem w auto i zawiozłem ją pod Wrocław, do ośrodka, o którym mówiła mi lekarka przez telefon. Jechałem przez Bielany, potem obwodnicą, a potem już tylko wiejskie drogi, między polami rzepaku. Pamiętam, iż miała otwarte oczy, ale zupełnie puste. Jakby patrzyła w miejsce, którego nie ma.

W ośrodku wzięli ją bez słowa. Kobieta w zielonym kitlu, z końskim ogonem, powiedziała: „Proszę poczekać”. Wypiłem pół litra wody z dystrybutora. Nie mogłem usiedzieć. Po dwóch godzinach wyszła i powiedziała, iż Matylda — bo tak ją nazwałem, głupio, po babce — ma zapalenie płuc i skrajne odwodnienie. Do tego wzdęcia, które rozpierały jelita jak balon. Zapytali mnie, czym ją karmiłem. Powiedziałem prawdę: mleko krowie, po dwa, trzy ml. Spojrzeli po sobie. Nie musieli nic mówić.

Została w ośrodku. Dzwoniłem codziennie. Stan stabilny, potem ciężki, potem beznadziejny. Trzynastego dnia od zabrania z lasu serce jej stanęło. Tyle. Mała sarenka, która miała mieć las, mgły i matkę gdzieś w paprociach, skończyła w moim garażu, bo uznałem, iż wiem lepiej.

Nie jestem złym człowiekiem. Pracuję na budowie, płacę alimenty, w niedzielę chodzę do matki na rosół. Ale wziąłem ze sobą do domu żywe stworzenie, bo nie wytrzymałem myśli, iż coś tak bezbronnego zostanie sam na sam z nocą. I w tej jednej decyzji zamknąłem całą tragedię. Nie chodziło o pieniądze ani o przepisy — chodziło o mój lęk. A lęk potrafi zrobić z dobrej intencji wyrok.

W ośrodku dali mi zeszyt z wytycznymi dla ludzi, którzy znajdują dzikie zwierzęta. Statystyki, błędy, historie. Czytam go teraz jak podręcznik do spowiedzi. Wiedziałem, iż sarnich koźląt nie wolno tknąć. Wiedziałem — i mimo to je zabrałem, bo w telewizji zawsze pokazują, iż uratowane. Tyle iż życie nie ma happy endu z natury.

Dwa tygodnie po jej śmierci pojechałem w to samo miejsce. Miejscowi mówią, iż widzieli sarnę z dwoma koźlakami przy porębie. Stałem godzinę, patrzyłem w krzaki. I wtedy zobaczyłem ich. No nie ich — dwie inne, malutkie, z tymi samymi plamkami. Leżały w trawie, obie, po dwieście metrów od siebie. Matka przyszła po zmroku. Sprawdzała je, lizała, karmiła. Prawie w to nie uwierzyłem: one tak czekają. Są skonstruowane, żeby leżeć bez ruchu i czekać. A ja uznałem, iż to porzucenie.

Kupiłem tabliczkę i postawiłem ją przy wejściu do lasu. Zrobiłem to bez pytania, zwykły kawałek drewna z napisem: „Nie zabieraj młodych dzikich zwierząt. Ich matka jest w pobliżu”. Niczego nie załatwia. Ale stoi. Może ktoś przeczyta i zrobi o jeden błąd mniej.

Nie piszę tego dla rozgrzeszenia. Raczej po to, żeby ktoś taki jak ja, z dobrym sercem i pełnym strachu rozumem, nie zrobił tego, co ja zrobiłem. Matylda nie doczekała się drugiego dnia w lesie. A ja już nigdy nie przejdę tamtędy bez myśli, ile kosztuje pewność, iż wiem lepiej. Kosztowała jedno życie, które nie chciało mojej pomocy. Chciało tylko, żebym przeszedł obok.

Idź do oryginalnego materiału