21 października 2018, Warszawa
Nie mogę uwierzyć w to, co się dziś wydarzyło. Mój mąż, mój jedyny, na którym polegałam od lat, powiedział mi prosto w twarz: Już cię nie kocham. Stałam bez ruchu przy kuchennym stole, kiedy Andrzej gorączkowo pakował swoje rzeczy, hałasował kluczami i szukał czegoś w szafkach. Tak mało brakowało, żebym się rozpadła na kawałki. Przecież jeszcze tak niedawno zmarł mój ojciec… Musiałam opiekować się osiwiałą mamą i młodszą siostrą Zuzą, która po wypadku w wieku 18 lat została inwalidką. One mieszkały w Pruszkowie, tuż za rogatkami Warszawy, więc codziennie jeździłam do nich. Mój syn Wojtuś poszedł właśnie do pierwszej klasy, a ja straciłam pracę w czerwcu, kiedy zamknęli nasz zakład. Teraz jeszcze Andrzej…
Opadłam na krzesło i ukrywszy twarz w dłoniach, rozpłakałam się gorzko.
Boże Co mam począć? Jak żyć dalej? Ojej, Wojtuś! Muszę go odebrać ze świetlicy!
Obowiązki codzienne nie pozwalały mi się rozbić całkowicie zmusiły do działania.
Mamusiu, płakałaś? zapytał mnie Wojtuś, kiedy go witałam.
Nie, synku, nie płakałam. Chociaż wiem, iż nie umiem oszukiwać mojego dziecka.
Tęsknisz za dziadkiem, mamusiu? Tak mi go brakuje
I mnie też, złotko. Ale musimy być silni, tak jak on. On już odpoczywa u Pana Boga, nic go nie boli. Zawsze pracował, nigdy sobie nie pozwolił na odpoczynek.
A gdzie tata?
Tata Chyba znowu pojechał służbowo. Opowiedz jak było dziś w szkole!
Muszę żyć dalej. Skoro nie kocha, nie zmuszę go do niczego. Sama przeoczyłam pewnie sygnały w codziennym zamęcie.
Gdy Wojtuś jadł obiad i bawił się plastikowymi żołnierzykami przy stole, weszłam w komputer, ten, który zostawił Andrzej. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale intuicja kazała mi sprawdzić. Dostęp do poczty był prosty; zdążyłam przejrzeć wiadomości, zanim Andrzej je usunął. Znalazłam ślady jego zakochania w innej. Teraz jestem już tylko byłą. Dziesięć lat byłam moim słoneczkiem, a po walce o dziecko naszą mamusią.
Wszystko się zmieniło. Muszę się nauczyć żyć na nowo.
Pierwsze co muszę zrobić znaleźć pracę. Mojego magistra nikogo nie interesuje. Zasiłek z Urzędu Pracy kilkaset złotych nie rozwiązuje problemów.
Czemu mój rozsądny, troskliwy Andrzej tak nagle się zmienił? W głowie tylko jedno wytłumaczenie: zwariował. Dom wspólny, budowany latami, choćby nie skończony. Dobrze, iż chociaż dach nad głową jest, jeden pokój nadaje się do mieszkania.
Praca, jak bardzo jej potrzebuję! Łzy cisnęły się do oczu, ale nie miałam czasu w rozpacz.
Kilka dni szukałam czegoś. Bezskutecznie. Pierwszoklasista w domu, samotność i brak wsparcia szanse były minimalne. Wieczorem zadzwonił mój kuzyn Roman:
Natalia, powiedz, wrócił Andrzej?
Nie.
W magazynie szukają pracownicy. Chciałabyś? Umowa na czas określony, z przerwami. Byłoby łatwiej odbierać Wojtka albo załatwić mu świetlicę. Płacą 2500 zł. Mało, ale lepsze to niż nic. Przywiozę wam jutro ziemniaki z cebulą, kurczaka.
Roman, ja mam jeszcze swoje kury. Jajka nam dają, dzięki nim jeszcze mamy na czym przeżyć.
To dobrze, nie zabijaj ich! Trzymać na jajka!
Jak Galina?
Dzielna. Daje radę. Po operacji i chemii a nigdy nie zapłakała na mój widok.
Roman zawsze był wspierający. Jego żona Galina długo chorowała, ale on nigdy nie narzekał. Wiedziałam, iż u niego zawsze wszystko dobrze.
Poczułam promyk nadziei. Dzięki Bogu, on wszystko widzi; nigdy nie zawodzi. Dziękuję za Romana.
Praca okazała się prosta i, co najważniejsze, miałam chwile dla siebie żeby zapłakać, pomyśleć, zrozumieć.
Czas leciał: dni, tygodnie, miesiące. Rok później, zaczęłam powoli odczuwać głód, spać spokojniej, śmiać się i cieszyć Wojtkowymi sukcesami. Ból po zdradzie Andrzeja wracał, gdy przychodził zabrać Wojtka na weekend. Nie robiłam przeszkód nie chciałam, żeby syn cierpiał z powodu naszych relacji. Tak bardzo chciałam zapytać byłego męża, dlaczego…? Przecież wiedziałam, iż liczyła się tylko jego nagła fascynacja inną kobietą. Przypomniał mi się cytat z polskiego filmu: Miłość jest do pierwszego zakrętu, potem zaczyna się życie. U mnie miłość i życie były połączone. U niego?
Jesień przypominała lato: ciepła, soczyście zielone liście na drzewach, dziecięce głosy na ulicy, w ogrodzie wielokolorowe astry i chryzantemy. Pewnego dnia, gdy wracałam z zakupami, zauważyłam spojrzenie Michała. Dzień był zwyczajny, może słońce mocniej świeciło, a radio sąsiadów grało głośniej? Może to czas na spotkanie dwóch samotności…
Pani pozwoli, pomogę. To za dużo dla jednej osoby!
Przyzwyczaiłam się.
Szkoda, gdy taka ładna kobieta dźwiga siatki codziennie.
Każdej pięknej pomagacie? Patrolujecie sklep?
Oczywiście, patroluję od rana! Długo czekałem na taką jak pani!
Wybuchnęliśmy śmiechem. Michał przedstawił się, w oczach wciąż iskierki.
Natalia.
Natalia, Natalia, cudza żona, pani słyszała tę piosenkę?
Nie. Ale nie jestem czyjąś żoną.
Los mi sprzyja! Słowo daję, spełniło się marzenie.
Z humorem u pana nie jest źle. A z powagą?
Tu też wszystko w porządku. Natalia, może wybierzemy się do kina? Porozmawiamy, poznamy się bliżej.
Teraz nie mogę, muszę odebrać syna ze świetlicy.
Nie wierzę! Ma pani dziecko? Wygląda pani na dwadzieścia lat!
Mam 35.
Ja też. No to mamy sporo wspólnego. Serio, wzięła pani mnie z zaskoczenia.
I co dalej?
Przetrawię. Wszyscy marzą o synach, a pani tu taka niespodzianka. A tata Wojtka?
Nie chcę dzisiaj o tym rozmawiać.
Rozumiem. Zostawmy to. Może w weekendy? Może pójdziemy razem na seans dla dzieci.
W weekendy syn spotyka się z tatą.
Nie chcę być nachalny, ale jeżeli będzie wolna chwila, proszę dzwonić. Tu wizytówka, jestem doktor, hematolog dziecięcy.
Najpoważniejsza praca.
I czasu w podchody nie zostaje.
Zadzwonię, Michał. Obiecuję.
Czekam!
Ta jesień była jak prezent. Słońce, liście w tysiącach barw. Spacerowaliśmy po parkach, czuliśmy wzajemną delikatność i bliskość, ogarniającą nieśmiało jak taniec pod złotawe liście. Coraz bardziej przyciągał mnie ten człowiek, aż sama zaproponowałam herbatę po półtora miesiącu od naszej pierwszej rozmowy.
Natalio, nie obraź się, nie przyjdę dziś do ciebie. Dla mnie wszystko, co się teraz dzieje, jest ważne, sam się tym zajmę. Zaufasz mi?
Najbliższy weekend spędziliśmy w domku Michała w Puszczy Kampinoskiej, gdzie wynajął domek wyglądał jak miniaturowy pałacyk. W środku było wygodnie i przyjemnie, ale nie widziałam nic poza Michałem. Tonęłam w jego ramionach, nie wierząc, iż bliskość może być aż tak słodka.
Michałku, jestem szczęśliwa! Przecież ja żyłam bez ciebie jak?
Jesteś najpiękniejsza! Czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie!
Z każdym miesiącem rozstania były coraz trudniejsze.
Natalio, wyjdź za mnie!
Michałku, koniec miesiąca mam sprawę rozwodową.
To dobrze, od razu się pobierzemy! Nie oddam cię nikomu!
Sama podejmuję decyzje, nie jestem dla wszystkich. Mam już ukochanego. Ale, Michałku, bez wesela i tortu, tylko podpis w urzędzie i wracamy razem do pałacyku, gdzie stałam się Twoja.
Jak chcesz, najważniejsze, iż ty chcesz!
Na ślubie byli tylko Roman i Galina jako świadkowie. Mama z Zuzą wysłały telegram pełen radości. Niedługo potem przeprowadziliśmy się do dwupokojowego mieszkania, które Michał wynajął; własnoręcznie zrobiliśmy remont, tworzyliśmy przytulne gniazdo. Michał ze szczególną troską urządzał pokój Wojtka, choć syn nie od razu zaakceptował nową sytuację.
Natalio, nie denerwuj się, sprawdźmy morfologię Wojtka. Wydaje mi się zbyt blady.
Michałku, to tylko stres. Przeżył rozstanie rodziców, liczył na cud Czytałam, iż rozwód dla dziecka bywa gorszy niż śmierć.
Wiem, moja mądra kobieto. Sam przeszedłem przez rozpad rodziny. Ale przetestujmy krew, dobrze, Wojtuś?
Gdy tego dnia Michał wrócił do domu, od razu wiedziałam, iż coś się stało.
Natalio, tylko się nie martw. Są zmiany w krwi Wojtka. Intuicja mnie nie zawiodła. Jutro zabieram go ze sobą.
Czy za szczęście trzeba płacić aż taką cenę? Wyrok: białaczka. Przerażające słowo.
I zaczęło się nowe życie. Na urlopie bezpłatnym, by być przy Wojtku w szpitalu. Trzymałam go za rękę, powtarzając: „Dasz radę, synku! Jesteś dzielny! Nigdy cię nie opuszczę!”.
Gdy sił brakowało, Michał wysyłał mnie na sen, zostawał z Wojtkiem. Nie zawsze spałam, częściej wpatrywałam się w sufit.
Zadzwonił Andrzej, zażądał wymeldowania mnie z niedokończonego domu.
Syna sam dopilnuję, nie martw się. Będzie przychodził do mnie.
Lepiej byś go odwiedził.
Nie mogę, jadę w delegację.
Michał przytulił mnie:
Natalio, zrobimy wszystko sami, nie wracaj do przeszłości.
Szkoda, wszystko włożyłam w ten dom. Ale teraz to nieważne.
Tylko Wojtek się liczy! Damy radę.
Jak wyniki badań?
Robimy co się da, na razie źle…
W milczeniu płakałam. Nie można, żeby Wojtek się dowiedział.
Panie doktorze, co mi jest z krwią?
Wiesz, w krwi są białe i czerwone statki. Twoje statki prowadzą bitwę.
Kto wygrywa?
Na razie białe, ale wspieraj czerwone.
Mamo, zabierzcie mnie stąd. Jestem strasznie zmęczony.
Natalia, może naprawdę wyjedźmy do domku, odpoczniecie. Pogoda piękna, las blisko niech pobiega.
Puszcza rozkwitała: kwitnące krzewy, drzewa W trójkę wędrowaliśmy po lesie, ciesząc się każdą rośliną. Były momenty, gdy Wojtek się zamyślał:
Kochanie, wszystko w porządku?
Mamo, cicho, gram w bitwę morską.
Wakacje gwałtownie minęły Wojtek wypoczął, policzki zaróżowiły się.
Mamo, a gdzie tata?
Znowu w delegacji, synku.
Szkoda… Ale trudno.
Po powrocie do kliniki pobrali krew. Kierowniczka laboratorium przyszła sama.
Panie Michale, gdzie był syn?
Niedaleko, w rezerwacie. Co z krwią?
Wszystko dobrze. Remisja.
Michał wbiegł do sali pełen emocji.
Wojtuś, co robiłeś? Wyniki lepsze. Nie płacz, Natalio wszystko będzie dobrze! Co robiłeś?
Tato, pamiętasz, mówiłeś mi o statkach? Czerwonymi statkami wygrywałem każdą bitwę morską.

6 godzin temu


