Ożeniłem się pół roku temu, a od tamtej pory jedna myśl nie daje mi spokoju.
Wesele odbywało się w parku w centrum Łodzi. Głośna muzyka, kolorowe światła, ludzie tańczący jak cienie w deszczu. W pewnej chwili poczułem, jakby powietrze stało się zbyt gęste i musiałem wyjść na zewnątrz. Z daleka zobaczyłem mojego najlepszego przyjaciela, Krzysztofa, i moją żonę, Jagodę, stojących pod latarnią, blisko wejścia do toalet. Rozmawiali dziwnie ich sylwetki były niespokojne, jakby tańczyli własny, wykręcony taniec nie spokojny dialog, ale wymiana burzliwych gestów i drżących spojrzeń.
Ręce Jagody drgały osobliwie, jakby usiłowała złapać wiatr. Twarz Krzysztofa kamienna, szczęki zaciśnięte, oczy wbite w błyszczące płytki pod jego nogami. Muzyka płynęła z daleka, zniekształcona jak pod wodą, ale wyczuwało się napięcie, które kroiło powietrze.
Zbliżałem się powoli, oszołomiony snem. Nie zauważyli mnie od razu. Gdy byłem na tyle blisko, iż mogłem usłyszeć ich szepty, doszedł do mnie głos Krzysztofa:
Nie wracajmy już nigdy do tego.
Ton był ostry, lodowaty.
Oboje naraz odwrócili się do mnie, jakby dotknięci niewidzialną dłonią. Zapytałem, o co chodzi. Jaką to rozmowę prowadzili tak zawzięcie?
Wyglądali na zdziwionych, przez chwilę milczeli nieruchomo. Jagoda odezwała się pierwsza, mówiąc nerwowo, iż nic się nie wydarzyło pełna bzdura, coś głupiego. Krzysztof odchrząknął, po czym dodał, iż poszło o jakąś planszówkę, jakiś śmieszny zakład, który zaproponował, a Jagodzie się nie spodobał. Wyjaśnienie było szybkie, urwane, osiadające w powietrzu jak zapach spalonego popcornu.
Zmienili temat natychmiast, wrócili na salę. Ich ruchy były płynne, ale w spojrzeniach czaiło się coś obcego, ukrytego pod powierzchnią.
Całą resztę wieczoru tańczyłem i śmiałem się, próbowałem uchwycić atmosferę święta, choć wszystko dookoła wydawało się śliskie i nierealne. Uśmiechy jak ze starego filmu, toast za toastem, a gdy mijali się tamci dwoje, ich wymiana spojrzeń przypominała szybkie błyski światła podczas burzy krótkie, nieuchwytne, ale niepokojące.
Nie odezwałem się o tym ani słowem tej nocy.
Po ślubie wszystko toczyło się dalej zamieszkaliśmy z Jagodą w naszym pachnącym świeżą farbą mieszkaniu. przez cały czas spotykaliśmy się z Krzysztofem i jego dziewczyną, Elżbietą na kawę, na imieniny, na mecze żużlowe. Żaden z nas nigdy nie wspomniał tamtej sceny. Nie było dziwnych wiadomości, niepokojących telefonów, brakowało czegokolwiek, co mogłoby potwierdzić moje przeczucia.
Tylko tamten moment. Jak fragment snu, którego nie da się zapomnieć ułamek sekundy, wyryty pod powiekami.
Nie mam dowodów, nie mam rozmów, nie mam wyznań. Tylko kłótnię pod łódzką latarnią i poczucie, iż przyszedłem nie wtedy, kiedy trzeba.
Mija pół roku, a ja przez cały czas o tym myślę. Nikogo o nic nie oskarżam.
I ciągle zawieszony pytam:
Co robi się z takim cieniem podejrzenia, kiedy nie masz nic tylko dziwne, uparte wrażenie, iż w tamtej chwili coś się wydarzyło?

1 tydzień temu







