Z mężem mieszkamy pod Garwolinem od siedmiu lat. Przedtem było mieszkanie w Warszawie, trzydzieści dziewięć metrów, kredyt na dwadzieścia lat, praca od ósmej do szesnastej. I wieczne liczenie, czy do pierwszego wystarczy. Teraz mamy dom po mojej babce, warzywnik, szklarnię i pana Andrzeja za miedzą.
Pan Andrzej to sąsiad, lat sześćdziesiąt cztery, który co drugi dzień wpada do nas z pretensją. Nie dosłownie. On tak ma. Przychodzi niby pożyczyć sznurek do pomidorów, a kończy się na tym, iż stoi przy furtce i opowiada, jacy to ludzie głupi, iż w mieście siedzą.
— Pani Grażynko — mówi, oparty o płot, chociaż ja mam na imię Magda i od siedmiu lat go poprawiam — pani Grażynko, pani to chyba rozumie, bo pani tu przyjechała z własnej woli. No niech pani sama powie: ile można w tym mieście siedzieć, w bloku, na cudzym, i narzekać? Ja to w ogóle nie pojmuję, jak można w bloku mieszkać. U nas spokój, powietrze, wszystko swoje.
Kiwnę, żeby skończył. Nie kończy.
W zeszły wtorek przyszedł z rachunkiem. Dosłownie. Na kartce z zeszytu w kratkę rozpisał, ile to jego zdaniem zarabia się na wsi. Pozycja pierwsza: ogórki kiszone. Pozycja druga: krowa. Pozycja trzecia: malina.
— Paczka nasion kosztuje sześć złotych — mówił pan Andrzej, stukając palcem w kartkę. — Z jednej paczki zbierze pani trzysta kilo. Sprzeda pani na targu w Garwolinie po ile, po pięć złotych za kilo? To jest piętnaście stówek z jednej paczki. A jak pani zakisi, to zimą ze dwa razy tyle. Ja nie mówię, żeby od razu pięć paczek siać, ale trzy? Cztery? Pani to choćby nie musi pracować, to samo rośnie.
Patrzyłam na tę kartkę i myślałam o tym, iż rano zapłaciłam rachunek za prąd, bo poprzedni właściciel zostawił nam zaległość. Pięćset dwadzieścia złotych, których nikt nie chciał uznać.
— I krowa — ciągnął pan Andrzej. — Krowa je trawę, która u nas rośnie za darmo, i daje trzydzieści litrów dziennie. Trzydzieści litrów razy dwa pięćdziesiąt to jest siedemdziesiąt pięć złotych dziennie. Dwie krowy to sto pięćdziesiąt. Cztery i pół tysiąca miesięcznie za nic.
Mąż stał w drzwiach stodoły i słuchał. Nic nie mówił. On z panem Andrzejem od dwóch lat nie rozmawia, odkąd sąsiad powiedział mu w sklepie, iż jak się nie umie gospodarzyć, to trzeba było w Warszawie zostać.
— A malina — pan Andrzej aż się uśmiechnął. — Pięćdziesiąt krzaków, pani Grażynko. Pięćdziesiąt krzaków to jest sto pięćdziesiąt tysięcy czystego zysku za sezon. No, niech mi pani wskaże w Warszawie pracę, gdzie tyle płacą. Od dzwonka do dzwonka za grosze, a tu — proszę, świeże powietrze, swoboda, nikt nad głową nie stoi.
Skończył, złożył kartkę na cztery, wepchnął do kieszeni kamizelki, którą nosi od maja do października, i poszedł. Dopiero przy furtce jeszcze się zatrzymał.
— Ludzie to chyba po prostu leniwi. Jakbym ja był młodszy, to bym z tej ziemi fortunę zrobił.
Zamknęłam za nim furtkę. Mąż przez cały czas stał w drzwiach stodoły.
— Widziałaś — powiedział cicho. — I tak co drugi dzień.
Z tego, co pan Andrzej na kartce pozapisywał, zrobiłam sobie podkładkę pod kubek z kawą. Wypadło mi z ręki, jak się okazało. Leżała na stole, a ja pisałam na odwrocie listę rzeczy do zrobienia w gospodarstwie. Bo gospodarstwo to nie jest kartka w kratkę.
W tym samym tygodniu zaczął padać deszcz. Padał cztery dni bez przerwy. W szklarni zrobiło się mokro, a w rzędzie z ogórkami poszła zaraza. Nie wiem, czy pan Andrzej wtedy podchodził do płotu. Nie wychodziłam. Siedziałam w kuchni i patrzyłam przez szybę na pole, na którym nie zdążyliśmy zebrać cebuli, bo mąż naciągnął ścięgno w nodze. Cebula leżała w bruzdach, nasiąkała wodą. Szesnaście skrzynek, które mieliśmy sprzedać na targu w sobotę. Przyjechał do nas wtedy Marek, nasz syn, wziął urlop na dwa dni i razem wyciągnęli cebulę. Sprzedał ją potem kolega z pracy, za pół ceny, bo po deszczu już nie było ładna.
Pan Andrzej w sobotę wyjechał do sanatorium. Na dwa tygodnie. Ktoś mówił, iż ma problemy z sercem, ale nie wiadomo, ile w tym prawdy. Sąsiadka z naprzeciwka, pani Wiesia, powiedziała mi, iż jego córka specjalnie go wysłała, bo się ojciec zasiedział sam w domu.
— On u ciebie co drugi dzień, a u mnie to już w ogóle — roześmiała się pani Wiesia. — Ja to już choćby wiem, ile krzaków malin mam posadzić. Trzy razy mi powtórzył.
Dwa tygodnie bez pana Andrzeja przy płocie były spokojne. W tym czasie zdążyliśmy z mężem zebrać ostatnie ogórki z grządek — wyszło tego może czterdzieści kilo, nie trzysta. Część zakisiłam, a resztę oddałam pani Wiesi, bo jej się urodziły same małe i krzywe.
Kiedy pan Andrzej wrócił, pierwszego dnia nie wychodził z domu. Drugiego dnia stanął przy furtce. Trzeci dzień to była niedziela. Wyszłam przed dom po wodę do studni, bo w kranie znowu było za małe ciśnienie. Pan Andrzej stał po swojej stronie.
— Pani Grażynko — zawołał. — Mogę pani coś pokazać?
Podeszłam. Wyciągnął z kieszeni kamizelki tę samą kartkę, złożoną w cztery, ale teraz na odwrocie, tam gdzie zaczęłam pisać listę rzeczy do zrobienia, ktoś dopisał jedną linijkę. Charakter pisma należał do Marka. „Mama, nie słuchaj go. Jak chcesz, to ci wyślę ten filmik z kanału o długu rolników. Od razu ci przejdzie.”
Serce mi mocniej zabiło. Marek wypisał też drugą rzecz: „pompa do szamba wymieniona”.
— To syn pisał? — spytał pan Andrzej.
— Syn.
— I co, obejrzała pani ten filmik?
— Nie było czasu.
Pan Andrzej pokiwał głową, jakby chciał coś dodać. Ale akurat wtedy zza rogu wyszedł mąż, ciągnąc za sobą wózek z opałem. Zobaczył nas i stanął jak wryty. Po chwili postawił wózek, podszedł do płotu.
— Dzień dobry — powiedział, pierwszy raz od dwóch lat zwracając się do sąsiada. — Proszę pana, ja pana proszę, niech pan zostawi żonę w spokoju. Pan nie wie, ile u nas kosztowała pompa, naprawa dachu na stodole, weterynarz. Pan myśli, iż panu trawa rośnie za darmo? Panu trawa rośnie, bo pan nie kosi. Jak przyjdzie kontrola, to zapłaci pan karę. A nam pan rozpisuje, iż krowa daje trzydzieści litrów, jakby to był bankomat.
Pan Andrzej milczał. Patrzył to na męża, to na kartkę. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, iż miętosi ją w palcach, jakby nie wiedział, co z nią zrobić.
— A wie pan, ile kosztuje siano na zimę, jak się ma dwie krowy? — mówił dalej mąż. — Niech pan zapyta w Oszczędnie, u Czarnoty. I niech pan przestanie ludziom kalkulować, bo to nie jest proste liczenie. My tu siedzimy i liczymy każdą złotówkę, a pan z tą kartką chodzi.
Mąż wyciągnął rękę. Pan Andrzej podał mu kartkę. Mąż wziął ją, wyjął z kieszeni zapalniczkę i podpalił. Kartka spłonęła w kilka sekund, a popiół poszedł na ziemię, na tę nasiąkniętą jeszcze po deszczu ziemię. Pan Andrzej patrzył na to bez słowa.
Potem odwrócił się i poszedł do domu. Wolno, tak jak się chodzi po sanatorium. Tego samego dnia wieczorem zatrzymałam się przy jego furtce. Chwilę stałam. Zastanawiałam się, czy wejść i powiedzieć, iż nikt nie ma do niego żalu o tę kartkę. Ale nie weszłam. Pomyślałam o rachunku za prąd, o cebuli, o synu, który wziął urlop. O tym, iż u nas to nie są wyliczenia, tylko coś, czym się oddycha codziennie. I iż pan Andrzej, który żal do miasta ma większy niż my oboje razem wzięci, nigdy tego nie zobaczy.
Następnego ranka znalazłam na schodku przed drzwiami słoik miodu. Bez kartki. Mąż go podniósł, uchylił wieczko, powąchał.
— Lipowy — powiedział. — Dobry.
Wieczorem poszliśmy do pana Andrzeja na herbatę. Mąż lał ze swojego dzbanka, pan Andrzej kroił chleb i pierwszy raz nie wyjął żadnej kartki.
Na stole leżały tylko dwie rzeczy: kawałek wosku z plastra i wyliczenie z sanatorium, ile musi chodzić dziennie po płaskim, żeby nie wróciło. Tysiąc dwieście kroków. Na razie robi osiemset.

1 tydzień temu




