Pamiętam, jak to było dawno temu na wsi pod Lublinem, gdzie życie toczyło się spokojnym, trochę zapomnianym rytmem. W rodzinie Kubiaków nie przelewało się ojciec, wielbiciel mocnych trunków, łapał się każdej roboty, by zaraz z niej zrezygnować, a matka, Halina, dzień w dzień harowała na poczcie i w domu, ledwo dając radę utrzymać troje dzieci.
Najstarszy, Piotruś, był odpowiedzialny za wszystko: pilnował młodszych sióstr, Oli i Jagody, nosił wodę ze studni i drewno na opał, a kiedy dziewczynki podrosły, sama Halina nie mogła uwierzyć, iż tak sprawnie krzątają się wokół domu. Tyle iż wtedy ojca już nie było wśród żywych. Zatruł się czymś paskudnym, co zakupił z kumplami na targu, i odszedł, zostawiając rodzinę na pastwę losu.
Lekko nie było. Halina potrafiła nocami wzdychać, przeklinając i żałując losu swego męża:
Marny był z niego człowiek, pił, ale przynajmniej domowy był, awantur nie robił i choćby jak przynosił do domu tylko kilka złotych, to zawsze coś było… O Boże, Witek, czemuś nas zostawił…
Piotruś uciekał wtedy z domu, by nie słuchać narzekań matki. gwałtownie kończył swoje obowiązki i biegł na wieczorne spotkania dzieciaków, które gromadziły się na drewnianej werandzie opuszczonego domu na skraju wioski. Weranda służyła za ławki, a stare, grube deski pachniały już choćby nie lasem, a przeszłością.
Dzieci, niczym wróble, przysiadały blisko siebie, łuskały słonecznik i opowiadały na zmianę rozmaite historie trochę zmyślone, trochę prawdziwe. Piotruś nie miał pieniędzy, by kupować słonecznik, a Halina łapała każdy grosz, więc takie luksusy nie były u nich w domu dostępne. Ale obok Piotrusia niemal zawsze przysiadała Bogusia, sąsiadka i najlepsza koleżanka. Nie robiła z tego wielkiego wydarzenia po prostu, przy każdej możliwej okazji, dosypywała mu cichaczem do kieszeni lub na dłoń garść pachnących, prażonych pestek.
Piotruś cicho dziękował i z euforią chrupał słonecznik, mając wrażenie, iż Bogusia specjalnie siada obok, by mieć pretekst do podzielenia się swoim skarbem. Najpierw krępował się tego, ale z czasem już sam wybierał miejsce tuż przy niej. Odwdzięczać się chciał zawsze, bo nie pozwalała mu na to własna uczciwość nie umiał brać czegoś za darmo.
Zaczął więc przychodzić do Bogusi popołudniami, kiedy dziewczyna pracowała w ogródku przed domem. Zawsze zaczynał tę samą rozmowę:
Rodzice jeszcze w pracy?
A gdzieżby mieliby być, zawsze o tej porze są w mieście.
Siadał wtedy przy grządkach i w milczeniu, choć z uśmiechem i niekończącym się żartem, pomagał jej wyrywać chwasty. Potem przy ogrodowym stole siadywali już we dwoje, pałaszując domowe drożdżówki, popijając gorącą herbatę i podjadając czekoladki bo słodycze w domu Piotra pojawiały się raz na wielkie święto, nigdy ot tak, bez okazji.
Piotruś bardzo dobrze się uczył, chociaż nauka przychodziła mu ciężko, szczególnie matematyka i polski. Ale w sporcie nie miał sobie równych, dlatego po szkole wybrał się do technikum wychowania fizycznego w Lublinie, a Bogusia poszła do szkoły pielęgniarskiej.
Przyszło dorosłe życie, a dziecięce przyjaźnie powoli wypierała codzienność. Widywali się już rzadko, najczęściej przy okazji świąt, gdy oboje przyjeżdżali do rodzinnych domów. Piotrek, kiedyś chudy jak tyczka, wyrósł na przystojnego mężczyznę o szerokich ramionach. Bogusia była ciągle tą samą delikatną, niebieskooką dziewczyną, która zawsze się uśmiechała.
Wysoko za mąż wyszła szybko, gdy zginęli jej rodzice w tragicznym wypadku. Szukała pocieszenia w bliskości i miłości, chciała stworzyć własne, ciepłe gniazdo, by choć na chwilę oderwać się od żalu. Gdy Piotrek dowiedział się, iż Bogusia „wskoczyła” za mąż za Janka, gadatliwego i trochę zbyt wesołego chłopaka z sąsiedztwa, zdziwił się niepomiernie. Wydawało mu się, iż zupełnie do siebie nie pasują. A jednak urodził im się syn.
Sam Piotr nie śpieszył się z zakładaniem rodziny, ku zaskoczeniu matki. Bardzo gwałtownie odnalazł się za to jako organizator w szkolnym klubie sportowym w Lublinie tak sprawnie, iż po kilku latach awansował na dyrektora miejskiego kompleksu sportowego.
Siostry Piotra miały już swoje rodziny, mieszkały w Warszawie i Wrocławiu. Życie Bogusi niestety nie ułożyło się szczęśliwie.
To, co się u niej dzieje, to prawie jak u nas kiedyś opowiadała Halina synowi. Jej mąż to wypisz, wymaluj twój ojciec. Lubi zaglądać do kieliszka, gdzie go poniesie, tam idzie. Ani dziecko, ani żona nie mają dla niego znaczenia…
Piotr aż uderzył pięścią w stół:
Czemu zgodziła się za niego wyjść, przecież mogła mieć lepsze życie! Pamiętam, jak u nas ojciec wszystko wynosił radio, ubrania, po rodzicach zostały tylko stare ścierki…
Jej też nie lepiej, wszystko na sprzedaż wynosi. choćby kryształowe szklanki, choćby maglownicę po rodzicach. Wszyscy wiedzą, na co mu te pieniądze, a jednak biorą…
Zamyślił się Piotr i w końcu zapytał:
Przychodzi czasem pożyczyć do nas pieniądze?
Nie, ale widzę, iż bardzo jej ciężko. Zarabia grosze, za co ma żyć z dzieckiem?
Piotr zebrał się i opuścił dom, by po kilku dniach wrócić swoim starym fiatem, przywożąc dwie torby, kilka pudeł makaronu, mąki i paczek z produktami.
Przeprowadzasz się do mnie, Piotrku? zażartowała Halina.
Co ty, mamo. Praca mnie czeka w mieście. Zostawiam ci te produkty, rozdziel jak trzeba. Na słonecznik nie patrz zdziwiona, Bogusia zrozumie. Lepiej jak ty jej podasz, bo jak sam jej przyniosę, zaraz śmiechy będą.
A twoje siostry, nie potrzebują? zapytała Halina.
Przecież im zawsze wysyłam pieniądze. Mają mężów, im nie brakuje. A Bogusia… ona potrzebuje wsparcia.
Tak też było. Halina co tydzień wieczorami odwiedzała Bogusię z paczuszką pod pachą. Bogusia długo odmawiała, ale gdy dotknęła jednego razu starego wiadra pełnego słonecznika, domyśliła się, kto stoi za prezentami. Zapłakała i poprosiła Halinę:
Przekaż Piotrowi podziękowania. Tyle lat minęło, a on pamięta… Ja bardzo dziękuję, ale niech się nie martwi złożyłam już pozew o rozwód. niedługo skończą się moje troski, na pewno.
Halina wróciła do domu zamyślona nie wiedziała, co myśleć. Bogusia została wolna, Piotr wciąż kawaler…
Czas płynął, Halina przynosiła paczki, Bogusia coraz częściej się uśmiechała, w oknach zawiesiła nowe firanki, a mały Antek był jak żywa kopia swojej mamy. Halina czasem siadała z nim w ogrodzie, a on wołał ją babcinko. Piotr wpadał w odwiedziny, zawsze z jakąś zabawką dla Antka. Przy herbacie cała trójka wspominała dzieciństwo, nie wspominając już o trudnych latach Bogusi.
Piotr coraz częściej dopytywał o nią i o Antka:
Była dzisiaj Bogusia? A Antek zdrowy?
Synku, zapytaj najpierw o moje zdrowie… śmiała się Halina.
Wybacz, mamo. Jak się czujesz?
Idź już, ona czeka. Dość już w tej wsi powiedzonek i szeptów, iż bawicie się w kotka i myszkę.
Piotr pochylił się do matki i bez słowa przytulił ją.
Co ty, synku? zdziwiła się.
Dziękuję ci, mama. Dziękuję, iż jesteś taka mądra i wszystko rozumiesz.
Halina uczyniła krzyżyk nad synem i szepnęła modlitwę, a Piotr złapał z sieni bukiet białych chryzantem i wyszedł na drogę, pewnym krokiem idąc w stronę domku Bogusi. Wiedział, iż zza firanki ona z bijącym sercem podgląda, jak wnosi jej kwiaty i już w myślach śmiał się z wszystkich wioskowych szeptów.
Bo takie historie dzieją się wszędzie. Ale tylko wieś zna siłę prostych gestów i pamięci, która trwa całe życie.








