Co ty tu wyprawiasz? zagrzmiała teściowa, stojąc pomiędzy grządkami w ogrodzie, głos niósł się daleko. Takiego wstydu jeszcze w tej rodzinie nie było! Ja przy siedmiorgu dzieciach nie miałam choćby jednego chwasta!
Na jej wrzaski wylegli sąsiedzi z domów po obu stronach ulicy. Przykleili się do ogrodzenia jak sroki, a potem od razu zaczęli szeptać między sobą to, co usłyszeli. Gdy teściowa zobaczyła, iż ma widownię, rozkręciła się na dobre. Wyliczała wszystko, nie oszczędziła żadnego słowa, a ja poczułam, jak zamieram z bezsilności. W końcu, gdy już zabrakło jej tchu, wzięła głęboki oddech i tak, żeby wszyscy sąsiedzi słyszeli, wrzasnęła:
Nie odezwałam się ani słowem.
Minęłam ją spokojnie, mocniej tuląc córkę małą Agatkę do siebie. W domu, bez słowa, wyjęłam z szafy duże pudełko, do którego wrzuciłam rzeczy, jakie teściowa miała zabrać tego wieczoru i rano. Beznamiętnie spakowałam odzienie syna i swoje własne do torby. Wyszłam z domu, choćby nie patrząc jej w oczy.
Po trzech dniach zadzwonił telefon. To była teściowa:
Co zrobiłaś z tymi wszystkimi lekami, które profesor dla mnie przywiózł? Poprosiłam sąsiadkę Elkę, żeby coś dokupiła, a ona mówi, iż jeden słoik kosztuje majątek. A tych, co mają obco brzmiące napisy, to choćby nie ruszy, nikt nie chce kupić, nikt nie wymieni. Więc co ja mam zrobić? Ty sobie poszłaś, obraziłaś się nie wiadomo o co, a ja mam tu ducha wyzionąć?!
Nie odpowiedziałam jej nic. Rozłączyłam się, wyciągnęłam kartę SIM z telefonu. To wszystko. Dalej nie dam rady. Nie mam już sił ani fizycznych, ani psychicznych.
Rok temu, tuż przed narodzinami mojego syna, mój mąż, Piotr, wpadł w poślizg na trasie pod Łodzią. Trudno mi dziś przypomnieć sobie, jak odprowadzałam go ostatni raz, jak zabrała go karetka, jak rano urodziłam i zostałam matką Wszystko jedno. Wszystko wydawało się nijakie, bez sensu bez niego. Karmiłam i kołysałam synka, bo tak kazano. Wszystko z automatu.
Wyciągnął mnie z otępienia telefon.
Twoja teściowa w ciężkim stanie. Lekarze mówią, iż długo po stracie syna nie pociągnie.
Decyzję podjęłam w sekundę. Zgłosiłam wymeldowanie, w tydzień sprzedałam mieszkanie w Warszawie. Część pieniędzy ulokowałam w nowe, żeby syn miał kiedyś coś swojego, resztę przeznaczyłam na leczenie teściowej.
Przez cały rok nie żyłam po prostu funkcjonowałam.
Nie sypiałam, bo całą dobę trwała walka: opieka nad teściową, malutkim synkiem, domem. Dziecko płakało, teściowa potrzebowała, żebym była jej rękoma, nogami i kręgosłupem.
Szczęście, iż miałam odłożone oszczędności mogłam wezwać najlepszych lekarzy z całej Polski, ściągnąć rehabilitantów z Wrocławia, kupić każdy lek, jaki tylko przepisali. Dzięki temu po miesiącach rośnięcia w siłę, teściowa zaczęła najpierw chodzić po domu, potem przechadzać się wolno po ogródku. Z końcem lata sama już biegała po podwórku A potem?
Nie chcę jej znać. Nie chcę już słyszeć jej głosu w słuchawce. Niech sama troszczy się o siebie i swoje zdrowie. Przynajmniej dobrze, iż nie wydałam na nią wszystkich oszczędności. Przeprowadziłam się do nowego mieszkania z synem. Tak to miało wyglądać?
Chciałam mieć rodzinę, być blisko matki mojego męża przecież sama jestem sierotą. Ale dzisiaj już wiem. Teraz zostałam sama. Tylko mojego syna muszę nauczyć: nie każdy zasługuje na dobroć. Dla niektórych najważniejsze są grządki wolne od chwastów.

1 tydzień temu







