Przecież ty mnie nigdy nie kochałaś. Za mąż za mnie wyszłaś bez miłości. Teraz mnie zostawisz, kiedy się rozchorowałem…
Nie zostawię! szepnęła Weronika i przytuliła się do Zbigniewa. Jesteś najlepszym mężem! Nigdy cię nie opuszczę…
Zbigniew patrzył na nią nie dowierzając, jakby to wszystko działo się pod powierzchnią zimnego jeziora, gdzie światło wygina się dziwnie, a myśli mają własną drogę. Był smutny, tak jak cały świat o świcie, tuż przed deszczem…
Weronika przeżyła w małżeństwie już dwadzieścia pięć lat. W tym czasie wciąż podobała się mężczyznom, chociaż od lat młodości minęło już dużo. Zawsze cieszyła się czyjąś uwagą.
Jeszcze w podstawówce chłopcy ustawiali się w kolejce, żeby odprowadzać ją do domu. Chociaż obiektywnie patrząc Weronika nie była klasyczną pięknością.
Mimo wad swojego pierwszego męża nie rozstała się z nim. Z Władysławem przeżyli razem do jego ostatnich dni. Wychowali córkę, Barbarę, wydali ją za mąż. Młody mąż zabrał Basię do Mediolanu i wysyłali pocztówki, zapraszając do siebie. Ale Weronika i Władysław nigdy tam nie pojechali Może jeszcze Weronika się wybierze. Władysława już nie ma.
Władysław zginął w wypadku samochodowym, w jakiejś niezrozumiałej sekwencji zdarzeń, jakby sam samochód nagle zmienił kierunek, bo tak chciał sen, a może po prostu serce Władysława stanęło. Lekarka, przyjaciółka Weroniki, Iwona, wszystko zorganizowała i sprawdziła szczegóły.
Pogrzeb. Weronika została sama w ogromnym domu na przedmieściach Warszawy, który budowali przez większość życia.
Dom duetem jest w sam raz, z gośćmi prawie na styk. Samotna kobieta czuła się tam trochę, jakby mieszkała w stogu siana, a pod podłogą mieszkały lśniące ryby, które czaiły się na potknięcie.
Dzień po pogrzebie Basia przyjechała pożegnać się z ojcem, a potem zaczęła rozmowę o sprzedaży domu, kupnie kawalerki w centrum i o tym, żeby mama może przeprowadziła się do nich, do Włoch.
No nie! wykrzyknęła Weronika. Po to tyle lat budowałam ten dom, żeby go sprzedać? I do tej waszej Italii nie chcę. Widziałam ją w telewizji
Mamo!
Oj, Basieńko, bez uśmiechu się nie da, wiesz? Żartuję tylko.
No, skoro żartujesz, to chyba nie pozostało tak źle westchnęła Basia, a w jej oczach zatańczył błyszczący cień.
Wszystko było zawieszone w dwuznaczności, jak powietrze w letnie popołudnie. Władysław był czułym, oddanym facetem, ale też człowiekiem huśtawki. Potrafił Weronikę zmęczyć do cna własnymi humorami, by potem żałować i przepraszać. Weronika nie robiła z tego problemów, unosiła się nad trudnościami jak balon napełniony ciepłym powietrzem. Tak żyli. Dwadzieścia pięć lat! Można by oszaleć.
Basia wróciła prędko do Mediolanu. Weronika została sama pod płaszczem samotności, który szeleścił w pustym domu. Ale wiedziała, iż to nie potrwa długo.
Po pół roku, kiedy już wyschły łzy, wokół Weroniki zaczęło krążyć kilku adoratorów, zupełnie jak senne motyle wokół lampy. choćby jej matka za życia była zdziwiona popularnością córki.
Cóż w tobie jest, Weroniko, iż tylu chłopów za tobą lata? Przecież nie jesteś najładniejsza, no chyba iż ja czegoś nie widzę…
Mamusiu kochana, piękno to tylko puste słowo. Liczy się wdzięk, jakieś „to coś”, magnetyzm! uśmiechała się Weronika, malując usta na malinowo, łakomie przyglądając się odbiciu w lustrze.
Idźż już, bo ci narzeczony ucieknie, kobieto! zaśmiała się matka, jakoś na opak, jakby czas nasilał się i zanikał wokół nich.
Przyjdzie następny wzruszyła ramionami Weronika.
Minęły prawie trzy dekady, a kobiety dalej biadoliły, iż po czterdziestce nie ma wolnych mężczyzn. Weronika tego nie rozumiała. Miała czterdzieści sześć lat i dwóch narzeczonych, obaj jakby wysnuci z ogródka wiosennych snów.
Serce kierowało ją do Damiana. Przystojny, szarmancki, interesujący rozmówca idealny do pogaduszek przy kawce i wyjść do filharmonii, ale nie do życia w wielkim domu.
Drugi narzeczony, Zbigniew, był solidnym, prostym facetem takim, który umie wszystko zrobić, ręce ze złota, charakter łagodny, ale z twardym kręgosłupem. W święta wypiłby beczkę piwa, ale potem zawsze pierwszy do roboty. Z żoną potulny jak baranek, ale jak trzeba, to góry przeniesie.
Lubiła go mniej, choć rozum podpowiadał: takie ręce do domu trzeba. Bo Zbyszek nie potrafił pięknie mówić. Na trzeźwo był milczący, po piwie opowiadał anegdoty, ale już następnego dnia znowu wracał do działania.
To jego Weronika wybrała. Damian obraził się i odszedł z poczuciem, iż świat rozpuścił słowa w błocie.
Ślub. Zbigniew u szczytu szczęścia, Weronika trochę rozmarzona, trochę zmęczona, jakby cały dzień chodziła po śnieżnym lesie. Na weselu wypił za dużo, tańczył poloneza z ciotkami i śpiewał „Sto lat” do upadłego.
No co ty, Werka, jeszcze rok po śmierci Władysława, a ty już żona żartowała Iwona, a jej fryzura wyglądała jak z czeskiego filmu. Dziewczyny szukają facetów latami, a ty jak wyjdziesz do sklepu po ziemniaki, to masz trzech przy nodze.
Powiedz jeszcze: „Co one w tobie widzą, ty choćby ładna nie jesteś!”
Dobra, nie powiem, ale zawsze byłaś podejrzanie popularna.
Może to musisz mamę zapytać, nie mnie.
Weronika puściła do niej oko i poszła tańczyć z mężem, który właśnie po nią przyszedł. Zdmuchnęła w głowie ostatnie wątpliwości.
No i co, iż prosty? Silny, pracowity, choćby jakby ciut przystojniejszy ostatnio. A jak milczy może o czymś mądrym myśli. Gdyby wybrała Damiana, umarłaby z głodu przy pustych komplementach.
Minęło kilka miesięcy i Zbyszek zamienił ogród w zaczarowany park. Wykarczował zbędne drzewa, zrobił rabaty, postawił altanę, w domu odmalował kuchnię. Weronika aż nie wierzyła, iż trafiła na złoto.
Nie dość, iż dom ogarnięty, to jeszcze Zbyszek zarabiał dobrze, od czasu do czasu przynosił jej prezenty a to bukiet róż, a to kawałek sernika z najlepszej cukierni. I Weronika coraz częściej myślała: dlaczego dopiero teraz? Przecież on jest taki wspaniały!
W ciepłe wieczory piekli szaszłyki na grillcie ustawionym pod jabłonią, jedli przy stole w altanie. Po jedzeniu Weronika przymykała oczy, syta i zadowolona, Zbyszek patrzył jak kot na kaloryferze.
O co chodzi, Zbyszku?
Nic… po prostu się cieszę.
Weszli w rytm cztery lata szczęścia, aż nagle wszystko zaczęło się rozmywać jak sen podczas prania.
Zbyszek zaczął się szybciej męczyć, schudł, a po alkoholu czuł się fatalnie. Weronika się zaniepokoiła.
Do lekarza idź! wołała. Przecież coś jest nie tak!
Werka, zostaw, przejdzie samo!
Przesądy! Jak nie przejdzie? Boisz się jak większość facetów?
Nie!
Nie powiedział jej, czego się boi. Bał się tylko jednego iż zostanie sam jak stary sześcioramienny świerk po wichurze.
Wiedział, iż Weronika wyszła za niego bardziej z rozsądku niż z miłości, a mimo to kochał ją, nie wiadomo dlaczego, jakby pod skórą miał jeszcze jedno serce.
Kiedyś w sklepie, patrząc na zagubioną kobietę szukającą portmonetki, od razu się zakochał. Roztrzepanie Weroniki miało w sobie coś poruszającego.
Matka Zbyszka, Stefania, patrzyła na synową z pogardliwym rozbawieniem.
Synu, co ty w niej widzisz? Ani młoda, ani z urody taka, a ty taki chłopak… Każda by cię chciała!
Ale tylko Weronika była mu potrzebna. Bał się, iż choroba zabierze mu wszystko.
Nie udało się go przekonać do lekarza. W sobotni wieczór gościli u nich Iwona z mężem, Krzysztofem. Panowie grillowali, panie kroiły sałatkę. Iwona spojrzała na Weronikę pod światło z żyrandola.
Zbyszek chory jest, co?
Sama nie wiem. Proszę go, błagam, a on jak osioł. Ty jesteś lekarką, może ciebie wysłucha?
Iwona przyjrzała się uważnie.
Weroniko, kochasz go? Bo pamiętam, miałaś wątpliwości…
Weronika zagryzła wargi i nie odpowiedziała.
Iwona nie zdążyła przemówić do rozsądku Zbyszka, bo ten nagle zasłabł przy stole. Pogotowie, szpital. Operacja niemal od razu.
Guz wątroby.
Rak?! przestraszyła się Weronika.
Czekamy na wyniki.
Guz był łagodny, ale wielki jak dynia w opowieściach sennych.
Zbyszka czekała długa rekonwalescencja, a lekarze stwierdzili, iż w pełni do sił już może nie wrócić. Weronika niemal mieszkała w szpitalu. Mama odwiedziła go raz z miską rosołu i kotletami na parze.
Zbyszek! Ty nie jesteś do siebie podobny! Przeżyłeś to, nie masz raka. A ty narzekasz. Co z tą twoją Weroniką?
Jeszcze przychodzi…
Boisz się, iż cię zostawi? Głupi by to zrobiła!
Jaki ja z mnie facet? Nic nie mogę, nie wolno mi pracować. Pięćdziesiąt lat i rencista na karku. Po co komu taki?
Co tu się dzieje? weszła Weronika, jakby przecięła powietrze szklanym nożem. Stefanio, dzień dobry!
Idę już. Zostawiłam mu kotlety i rosół. Cześć, Werka.
Weronika odłożyła torbę i, jakby płynąc przez mgłę, usiadła przy łóżku.
No co ty, Zbyszku, dramatyzujesz? Ręce, nogi całe, reszta się wyleczy. Wiesz, iż wątroba się regeneruje?
Co?
Jak zostanie choć 51% wątroby, wszystko wraca do normy. U ciebie zostało więcej! Daj sobie trochę czasu, a świat cię dogoni.
A ja mam czas?
Co? nie zrozumiała Weronika.
Czy mam czas?
O co ci chodzi? Coś zataiłeś? Prosiłeś lekarzy, żeby mi nie mówili?
Nie o to chodzi…
Wypisali go do domu. Życie stało się szare jak ściana z PRL-u. Zbyszek po dwóch ruchach młotkiem był zmęczony jak pies.
Zbliżały się jego pięćdziesiąte urodziny. Na samą myśl miał ciarki. Żadnej kiełbasy, żadnego piwa.
Weronika udawała, iż wszystko gra, wspólnie jadła papkowate jedzenie.
Werka przemógł się Zbyszek. Co teraz będzie?
Co masz na myśli?
Wolno mi się regenerować w ślimaczym tempie, ale ty… nie zostawisz mnie?
Ja ciebie?! Przecież jest mi z tobą cholernie dobrze!
Bo byłem silny, a teraz? Sam ze sobą mam problem.
Daj spokój. Ogarniesz się, raz-dwa.
Weronika objęła go w pół, wtuliła policzek w kark.
Kocham cię. I nigdy cię nie zostawię. Wyzdrowiejesz po swojemu, powoli.
Kochasz? Naprawdę…?
Naprawdę-prawda.
Nie zostawiła. Zbyszek powoli się odradzał, naprawiał w sobie czas. Urodziny urządziła mu bez wódki, żeby nie cierpiał, iż nie pije. Przyszło kilku znajomych. Siedzieli w altanie, grali w karty, śmiali się z byle czego.
Masz szczęście do żony, Zbyszek powiedzieli na koniec koledzy.
Pewnie teraz się napijecie za moje zdrowie? zażartował.
Pośmiali się, rozeszli. Wieczorem z Weroniką siedzieli na progu domu, patrząc w gwiazdy, które układały się w śmieszne figury, jakby niebo chciało tu zostać na zawsze.
Tego wieczoru Zbyszek pierwszy raz poczuł, iż żyje. Uwierzył, iż wróci do zdrowia. Że Weronika go nie zostawi.
Przytulił ją mocniej.
O co chodzi, Zbyszku?
Wszystko w porządku! odpowiedział.
No wreszcie westchnęła Weronika i pocałowała go w policzek.
Byli szczęśliwiCisza wieczoru otuliła ich niczym kołdra rozgadane świerszcze, zapach skoszonej trawy, ciepło czerwcowej nocy. Przyszłość na chwilę przestała istnieć; wszystko, co ważne, mieściło się w jednym objęciu, w cichej pewności, iż najtrudniejsze już za nimi.
Wiesz, chyba naprawdę szczęście nie pyta o pozwolenie szepnęła Weronika, przyglądając się firankom mgły pod jabłonią. Po prostu kiedyś siada obok.
Jak ty mruknął Zbyszek, uśmiechając się w ciemność.
Mhm. Ja. Może nie najładniejsza, nie najmłodsza, ale uparta, bo w dobrych rzeczach warto trwać.
Siedzieli jeszcze długo, aż zrobiło się całkiem chłodno. Potem powoli wstali, poszli do domu, zostawiając świat tak samo niedoskonały, ale przynajmniej ich własny. W przedpokoju Weronika spojrzała w lustro. W jej oczach błyszczało coś, czego nie umiała nazwać, ale czego zawsze szukała.
Nie planowali wielkich zmian, wyjazdów ani nowego życia. Postanowili po prostu pić rano kawę na schodach, uprawiać pomidory w szklarni i wieczorami chodzić razem spać. Może czasem gdzieś wyjadą, może nie; na razie wystarczało, iż byli razem.
A potem przyszło lato, jak zwykle, ale jakby piękniejsze. I chociaż nikt nie układa gwiazd specjalnie dla nich, Weronika wiedziała: czasem największym cudem jest zwyczajne nie opuszczę cię. I więcej nie było trzeba.








