Przywiozłem ją do ośrodka w środę po południu. Malutka, chwiejąca się na nogach, z tym charakterystycznym drżeniem, które zna każdy, kto pracuje przy dzikich zwierzętach. Ważyła niecałe cztery kilo. To było za mało choćby jak na dwa tygodnie życia.

1 tydzień temu

Pamiętam, iż pomyślałem: "Jezu, ile ona musiała przejść".

Nazywam się Marek Stawiński. Od jedenastu lat prowadzę przychodnię weterynaryjną na obrzeżach Białegostoku, a od pięciu współpracuję z fundacją, która zajmuje się dzikimi zwierzętami na Podlasiu. Przez moje ręce przewinęły się setki stworzeń — bociany z przetrąconymi skrzydłami, lisy po kolizjach, sarny w różnym stanie. Ale ta jedna… ta jedna zostanie ze mną na długo.

Zaczęło się od telefonu. Dzwoniła kobieta, przedstawiła się jako Joanna, mówiła szybko, nerwowo:

— Panie doktorze, mamy małą sarenkę. Sąsiedzi znaleźli ją przy lesie, była sama, no i wzięli ją do domu. Ale ona nie chce jeść. Już drugi tydzień. Próbowaliśmy mleka krowiego, takiego prosto od gospodarza. Czasem coś wypije, ale coraz mniej. No i ma biegunkę, ale to chyba normalne u młodych?

Odłożyłem kanapkę, którą właśnie jadłem. Druga po południu, przerwa między pacjentami. Za oknem mżył deszcz, typowy październik na Podlasiu — szaro, mokro, zimno.

— Kiedy dokładnie ją znaleźli? — zapytałem.

— No… dwa tygodnie temu? Może szesnaście dni. Była taka malutka, leżała w trawie. Myśleliśmy, iż matka ją porzuciła. No bo długo nie wracała, rozumie pan. Sąsiedzi czekali kilka godzin i nic.

— To normalne — powiedziałem, starając się, żeby głos mi nie drżał. — Samice saren zostawiają młode w ukryciu i wracają co kilka godzin. To naturalne zachowanie. jeżeli koźlę leży cicho i jest czyste, nie jest porzucone.

Po drugiej stronie zaległa cisza. Taka, w której słychać, jak drugi człowiek przełyka ślinę.

— No… teraz to już za późno. Ona jest u nas.

— Proszę ją przywieźć. Najlepiej dzisiaj. Natychmiast.

— Ale wie pan, my już się przywiązaliśmy. Dzieci ją karmią z butelki. Ona jest taka łagodna, śpi w kartonie przy piecu…

Przymknąłem oczy. Karton przy piecu. Mleko krowie. Dwa tygodnie.

Proszę przywieźć — powtórzyłem, teraz już stanowczo. — Albo podać adres, a my kogoś poślijmy.

Kobieta obiecała, iż porozmawia z sąsiadami. I tyle.

Dzwoniłem jeszcze trzy razy. Za każdym razem ta sama śpiewka: "sąsiedzi mówią, iż jej lepiej", "dzieci płakałyby, jakbyśmy ją zabrali", "ona pije coraz więcej". Za czwartym razem nikt nie odebrał. Wysłałem SMS. Bez odpowiedzi.

W międzyczasie skontaktowałem się z nadleśnictwem. Leśniczy z Białowieży rozłożył ręce — o ile zwierzę jest u kogoś w domu, formalnie to sprawa powiatowego lekarza weterynarii. Ten z kolei powiedział, iż może wystąpić o interwencję, ale to trwa. W praktyce: jak ktoś nie chce oddać zwierzęcia, to trzeba go do tego zmusić. A nikt nie ma czasu ani siły na wojnę z ludźmi, którzy "chcieli dobrze".

Minęło kolejne kilka dni. Byłem na dyżurze w klinice, kiedy zadzwoniła Joanna. Tym razem jej głos brzmiał inaczej. Ciszej. Jakby bała się własnych słów.

— Panie doktorze… ona chyba umiera. Leży i nie wstaje. Proszę nam powiedzieć, co robić.

— Przywieźć ją. TERAZ. Nie jutro. Nie za godzinę. Teraz.

— Ale mąż nie chce. Mówi, iż to i tak już słabe, iż się przyzwyczaiła do nas i lepiej, żeby umarła w domu. Spokojnie.

Zacisnąłem pięść na blacie biurka tak mocno, iż aż poczułem ból w nadgarstku.

— To nie jest spokojna śmierć — powiedziałem wolno, dobitnie. — To jest odwodnienie, zapalenie układu pokarmowego i powolna niewydolność narządów. o ile ona umrze u was w kartonie, to będzie bolało. Mocno.

Chwila ciszy.

— Ja… ja spróbuję. Poproszę sąsiada, żeby pożyczył samochód.

Czekałem przy drzwiach kliniki od szesnastej. Było już ciemno, temperatura spadła do czterech stopni. Zapaliłem światło nad wejściem, mimo iż nigdy nie palimy go w październiku. Niech widzą, gdzie jechać.

Podjechali około dwudziestej. Stary passat, na dachu liście, w środku zapach papierosów i wilgotnej sierści. Joanna wysiadła pierwsza. Potem jej mąż — Grzegorz, jak się okazało. Wyciągnął z tylnego siedzenia karton wyłożony kocem.

Nie zapomnę tego widoku.

Koźlę leżało na boku, z odrzuconą główką. Oczy półprzymknięte, ale jeszcze przytomne — widziałem, jak uszy drgnęły, kiedy wziąłem karton. Oddech płytki, przyspieszony. Brzuch wzdęty jak balon. Sierść zlepiona, posklejana od biegunki, miejscami wyłysiała. Smród był nie do zniesienia.

Grzegorz stał obok, patrzył na mnie spode łba.

— To pewnie przez to mleko, co? — zapytał, jakby chciał sam sobie odpowiedzieć, iż to nie jego wina.

Nie odpowiedziałem. Wszedłem do środka. Joanna ruszyła za mną, ale zatrzymałem ją gestem.

— Proszę poczekać na zewnątrz. Damy znać.

Zważyłem koźlę: 3,4 kg. Temperatura ciała — 35,1 stopnia. To już była hipotermia, organizm odpuszczał.

Pobraliśmy krew. Leukopenia, anemia, odwodnienie na poziomie, przy którym zwykle mówi się o stanie agonalnym. USG jamy brzusznej pokazało jelita w takim stanie zapalnym, iż ledwo rozpoznawalne. Wątroba powiększona. Nerki na granicy wydolności.

Kiedy zakładałem wenflon, żeby podać płyny, asystentka Wiola spojrzała na mnie znad stołu.

— Marek… czy to ma sens? — zapytała cicho.

— Nie — powiedziałem, przygotowując strzykawkę z elektrolitami. — Ale musimy spróbować. To nasza robota.

Walczyliśmy do trzeciej nad ranem. Płynoterapia, leki przeciwbólowe, osłona żołądka, antybiotyki szerokospektralne. Specjalistyczne mleko zastępcze dla saren — to, które powinna dostawać od pierwszego dnia — podawane przez sondę, bo za słaba, żeby ssać.

O czwartej trzydzieści koźlę przestało oddychać.

Pamiętam, iż cały czas trzymałem dłoń na jej klatce piersiowej. Czułem, jak serce zwalnia, jak oddech staje się rzadszy, płytszy. A potem — nic.

Wiola odłączyła kroplówkę. Usiadłem na podłodze, plecami oparty o szafkę z lekami, i po prostu zostałem tak przez chwilę. Na zewnątrz lał deszcz, bębnił o parapet. W radiu cicho grała jakaś stara piosenka, nie pamiętam jaka.

Rano zadzwoniłem do Joanny. Odebrała po trzech sygnałach.

— Nie udało się — powiedziałem, nie owijając w bawełnę. — Było za późno. Uszkodzenia narządów posunęły się za daleko. Organizm się poddał.

Cisza. Długa. Słyszałem w tle telewizor, chyba śniadaniowy program.

— Ale przecież my ją karmiliśmy… — zaczęła drżącym głosem.

— Właśnie dlatego. Krowie mleko u sarny wywołuje ciężkie zapalenie jelit. To, iż nie wymiotowała, nie znaczy, iż jej nie szkodziło. Dwa tygodnie to o wiele za długo. Ona umierała powoli i w bólu.

— Panie doktorze, my nie chcieliśmy…

— Wiem, iż nie chcieliście. Ale zamiast do nas przyjechać, kiedy dzwoniłem pierwszy raz, czekaliście, aż będzie konająca. Dlatego nie żyje.

Nie wytrzymałem. Miałem być profesjonalny, miałem rozumieć dobre intencje. Ale kiedy patrzę na zwierzę, które umiera dlatego, iż ktoś "chciał dobrze", coś we mnie pęka.

Joanna zaczęła płakać. Cicho, po kobiecemu, w słuchawkę.

— Jest pan okrutny — powiedziała w końcu.

— Nie. Okrutne było trzymanie jej w kartonie przy piecu przez dwa tygodnie. Ja tylko mówię prawdę.

Rozłączyłem się.

Wieczorem wyszedłem przed klinikę zapalić. Zawsze rzucam, od trzech lat. Ale tego dnia znowu kupiłem paczkę. Stałem na parkingu, patrzyłem na las za płotem — ciemną ścianę sosen, mokrych, cichych. Gdzieś tam chodziły teraz inne sarny. Zdrowe, dzikie, wolne.

Pomyślałem o tym, iż ta mała nigdy nie poczuła, jak pachnie las po deszczu. Nigdy nie zerwała się do biegu, przestraszona krakaniem wrony. Nie poznała, jak smakuje świeża trawa o świcie. Całe jej życie — szesnaście dni — to był karton, krowie mleko i ręce, które nie wiedziały, co robią.

Wróciłem do gabinetu. Na biurku leżał formularz zgonu. W rubryce "przyczyna" wpisałem: "niewydolność wielonarządowa wtórna do zapalenia żołądka i jelit, niewłaściwe żywienie, odwodnienie". Dziesięć słów. Cała tragedia zmieściła się w dziesięciu słowach.

Zadzwoniłem do nadleśnictwa. Nie po to, żeby zgłaszać sąsiadów Joanny — nie miałem na to siły. Po prostu chciałem, żeby leśniczy wiedział, iż w tamtej okolicy ludzie zabierają sarny z lasu. Może zamontują tabliczkę. Może ktoś przeczyta.

A potem usiadłem i napisałem post na stronę fundacji. Długi, emocjonalny, bez poprawek. O tym, iż jeżeli zobaczysz w lesie małą sarnę, nie dotykaj jej. Nie zabieraj do domu. Nie karm krowim mlekiem. Zadzwoń do specjalisty. Poczekaj. Obejrzyj z daleka.

Nad ranem post udostępniło kilkadziesiąt osób. Po południu — kilkaset. Pod spodem lały się komentarze: "jacy ludzie są głupi", "dlaczego nikt nie reaguje", "powinni odpowiadać za zabicie zwierzęcia".

A ja siedziałem przed ekranem i myślałem tylko jedno: żadna tabliczka, żaden post, żadna kara nie wróci tej małej do lasu.

Za oknem wciąż padało. Wokoło cisza, tylko deszcz i odległy szum samochodów z trasy. Na parapecie leżał karton, w którym ją przywieźli. Nie miałem siły go wyrzucić.

Zgasiłem papierosa, wróciłem do biurka i włączyłem komputer. Pusty formularz przyjęcia do schroniska czekał. Wpisałem datę, godzinę, imię: "Bezimienna". Wiek: około 2 tygodni.

W polu "status" nacisnąłem: zakończone.

Idź do oryginalnego materiału