Rodzina męża pojawiła się niespodziewanie pod moją działką, a ja wręczyłam im łopaty i grabie
No, ile mam tam jeszcze czekać? Otwieraj furtkę, goście już stoją! dźwięczny, świdrujący głos teściowej przebił się choćby przez zimny szum kosiarki sąsiada. Przyjechaliśmy z dobrym humorem i łakociami, a tu wszystko zabarykadowane, jak w jakimś schronie!
Małgorzata trwała nieruchomo pośrodku zagonu truskawek, ścierając brudnym grzbietem dłoni pot z czoła. Rękawice, pełne mazistej ziemi, zostawiły jej na twarzy ciemną smugę, ale teraz była poza zasięgiem myśli o urodzie. Powoli wyprostowała bolące plecy i spojrzała na wysoki, metalowy płot.
Tego najazdu w planach nie było. Wcale.
Małgorzata przeniosła wzrok na męża. Piotr stał przy drewnianym domku, trzymając młotek, równie zdezorientowany jak ona. Bezgłośnie wzruszył ramionami: Nie zapraszałem.
Piotruś! ponuriła wyraźnie dotknięta teściowa zza ogrodzenia. Uśpiło cię tam, czy co? Matka twoja przyjechała, Krystyna przyjechała, a wy się chowacie jak myszy!
Małgorzata westchnęła głęboko, ściągnęła rękawice i wrzuciła je do wiadra. Jej piękny weekend, zaplanowany pod pracę na tych paru arach własnej ziemi, odpływał w nieznane. Skinęła mężowi głową: co tam, niech już wpuszcza.
Furtka rozwarła się szeroko i na wjazd, lśniąc jak ryba, wturlał się srebrny passat. Wysypała się z niego rodzina-szturm: pierwsza oczywiście Pani Halina masywna, krzykliwa, w jaskrawej sukni i kapeluszu jak grzyb parasolowy. Za nią Krystyna, w śnieżnych szortach i nowiuśkim manikiurze, a na końcu Piotr z Ireneuszem, który klimatyzował się na słońcu, przeciągając leniwie.
Bagażnik otworzył się z impetem: reklamówki z węglem, zgrzewki piwa, pojemniki z karkówką pływającą w marynacie.
Ależ upał! teściowa wachlowała się kapeluszem, jakby próbowała odpędzić upiorne myśli. Gosiaczku, czemuż taka umazana? Zrobiliśmy wam niespodziankę! Dzwoniłam do Piotra nie odbierał. Myślę sobie: pojedziemy, pogoda wyborna, rozpalimy grilla, popluskamy się w stawie! Przecież tu gdzieś rzeczka?
Małgorzata patrzyła na ten karnawał, a w środku aż kipiało jej bezgłośne rozdrażnienie. Ziemia ta była jej odziedziczona po babci, każdy cal udeptany własną stopą. Po ślubie działka była zapuszczona, a w ostatnich trzech latach Małgorzata wkładała tu każdy grosz i siły. Piotr pomagał, jasne, ale bez świętego ognia, obowiązkowo. Jego rodzina bywała wyłącznie wtedy, gdy wszystko już pachniało, a truskawki pękały od soczku.
Dzień dobry, Pani Halino starała się być spokojna Małgorzata. Rzeczywiście niespodzianka. Pracujemy właśnie.
Robota nie zając! ochrypł Ireneusz, wyciągając z bagażnika zgrzewkę piwa. Nie ucieknie w las. A weekend po to jest, żeby wypoczywać. Piotrek! Dawaj grill, robimy bal!
Krystyna już lawirowała po podwórku w poszukiwaniu miejscówki.
Gosiu, gdzie twój leżak? Chcę się poopalać. A maliny już są? Skubnęłabym coś słodkiego.
Jeszcze zielone odcięła Małgorzata. Leżaki w składziku. Zakurzone.
To niech Piotrek przetrze! orzekła teściowa, sunąc na taras. A ty, Gosiu, umyj się i zrób się na gospodynię, a nie na robotnicę. Nakryj stół, głodni jesteśmy. Sałatkę, szczypiorek, ogórka Twojego, zielono coś. Panowie zrobią mięsko.
Halina rozgościła się w wiklinowym fotelu, który Małgorzata wyśniła sobie na wieczorne czytanie, omiatając z pogardą trawnik.
Trawa się zapuściła pod płotem rzuciła. Bałagan, ale spoko, Piotruś skosi.
Małgorzata spojrzała na męża. Piotr nie miał odwagi podnieść wzroku. Cały weekend był zaplanowany: przekopywanie nowej grządki, malowanie płotu, rozbiór starej szklarni. Zamówiony obornik miał przyjechać na wieczór. Teraz miała kręcić sałatę dla kuracjuszy, którzy spodziewali się sanatorium w polskiej wsi.
Coś w niej pękło. Zimno i trzeźwo.
Piotrze, podejdź na chwilę zawołała.
Odstąpili do studni.
Wiedziałeś? spytała cicho.
Nie! Przysięgam! Mama rano dzwoniła, gdzie jesteśmy, odpowiedziałem, iż na działce. O niczym nie wspomniała! Nie wyprosimy ich przecież… Rodzina jest… Przetrzymamy to, nie? Zjemy, pogadamy…
Przetrzymamy? Małgorzata skrzywiła się ironicznie. Poprzedni weekend poświęciliśmy twojej mamie woziłeś ją po galeriach. Tydzień temu Krystyna miała urodziny. A tu sezon! jeżeli dziś nie zrobimy wszystkiego, przepadnie rozsada, a płot podgnił już solidnie.
No, Gosiu…
Nie ma Gosiu. To moja działka. I moje zasady. Chcą biesiadować? Niech się napracują. Praca na świeżym powietrzu odmładza.
Odwróciła się na pięcie, poszła do składziku z hałasem, który sprawił, iż taras na chwilę umilkł. Po minucie wróciła objuczona łopatami, grabiami, motyką i puszką farby.
Z impetem rzuciła im narzędzia pod nogi.
Drodzy goście głos jej dźwięczał twardo jak kryształ nie byliście zaproszeni, więc łączymy przyjemne z pożytecznym. Mamy dziś czyny społeczne. Sobota robocza.
Co? Chyba żartujesz! Krystyna odsunęła sandaletkę od lepkiej łopaty. Przyjechaliśmy odpocząć!
A ja nie jestem tu animatorką ani kucharką cięła Małgorzata. Chciałam pracować. Jak ktoś chce skorzystać z gościnności niech pomoże. Kto nie pracuje, ten nie je. Polska mądrość.
Halina, przegryzając jabłko zabrane bez pytania, zamarła z ustami otwartymi.
Gosia! Co sobie wyobrażasz? Przyjechaliśmy do syna! Piotrze, czemu nic nie mówisz? Zwariowała żona twoja, matkę chce na roli harować!
Piotr stanął obok żony, milcząc.
Pani Halino przejęła Małgorzata nie róbmy teatru. Działka moja, po babci, jeszcze przed małżeństwem. Tutaj ja rządzę. Mąż pomaga, bo rodzina. A wy? Chcecie grill? Oto front robót.
Rozdzielała narzędzia.
Ireneusz, łopata dla ciebie. Najtrudniejszy kawałek wzdłuż płotu, gliniana ziemia, akurat na męską siłę. Bez przekopania grilla nie będzie.
Ireneusz zakrztusił się piwem.
Gosia, litości! Ja jestem na urlopie! Plecy mnie bolą.
Na świeżym powietrzu przejdzie. Łopata poręczna. Krystyna! podaje grabie. Skosić trawę za domem i wrzucić do kompostownika, do tego wypielić marchewkę. Chciałaś się opalić? Plecy ci się równomiernie przypieką.
Nie mam zamiaru! zapiszczała Krystyna. Dopiero robiłam paznokcie, wydałam czterysta złotych! Mamo, zrób coś!
Teściowa wyprostowała się groźnie.
Wystarczy. Piotr, zabieraj te żelastwa. Robimy obiad. A ty wskazując Małgorzatę nie chcesz nas widzieć, powiedz wprost. Zmuszać do pracy starych ludzi?!
Pani Halino, przed tygodniem chwaliła się pani, iż na zumbie trzy godziny tańczyła. Energii nie brakuje polecam malowanie płotu przy kwietniku. Farba nie śmierdzi, pędzel nówka. Do dzieła.
Wyjeżdżamy! ryknęła teściowa. Ireneusz, rzeczy! Nigdy więcej tu nie wrócę! Piotrze, spójrz, kogo poślubiłeś! Wiedźma! Chce matkę z domu wyrzucić!
Małgorzata stała ze skrzyżowanymi rękami.
Ja nikogo nie wyrzucam. Uczciwa wymiana: wy mi pomagacie ja was goszczę. Nie chcecie nie przeszkadzajcie. Nie zamierzam gotować i sprzątać, gdy inni śpią w hamaku. Mam swój rozkład jazdy.
Piotrze! zawyła Halina. Powiedz coś! Jesteś mężczyzną czy Kapciem?
Piotr spojrzał na czerwoną ze złości matkę, na naburmuszoną Krystynę, na Ireneusza rozważającego, gdzie odłożyć skrzynkę piwa. Potem na Małgorzatę zmęczoną, w przybrudzonej bluzce, ale swoją, dzielną. Przypomniał sobie jej wieczorne rysunki nowych nasadzeń, euforia z pierwszych pędów, plany o szklarni.
Mamo odezwał się cicho Małgosia ma rację.
Co?! zakrzyknęli chórem goście.
Ma rację powtórzył, bardziej stanowczo. To jej działka. Przyszliśmy tu pracować. Obiecałem jej pomoc. Wpadliście jak grom. jeżeli chcecie wypoczywać na ośrodek, pięć kilometrów. Tam leżaki i kucharki. U nas robota.
Zapadła lodowata cisza. Tylko bąk brzęczał nad piwonią. Halina łapała powietrze ustami, osłupiała. Syn zdradził to bolało, mocniej niż łopata.
Bardzo ładnie… zaszumiała w końcu teściowa. Pięknie, synku. Szanuję cię. Wracajmy, Ireneusz! Nie będę dzielić powietrza z dorobkiewiczami.
Zbieranie szło sprawnie, gniewnie. Ireneusz niechętnie zapakował piwo do passata. Krystyna tupała w złości, wsiadając. Pani Halina, zanim zatrzasnęła drzwi, obrzuciła Małgorzatę spojrzeniem pełnym wiecznego przekleństwa.
Jeszcze pożałujesz! rzuciła. Jak szklanki wody ci zabraknie nie licz na mnie!
Samochód ruszył, tuman kurzu zatańczył przy bramce.
Małgorzata i Piotr zostali sami na rozgrzanym dziedzińcu. Cisza, która wróciła na działkę, była jak słodki oddech lata. Małgorzata poczuła, jak napięcie uchodzi z barków, ale nogi miała jak z waty. Usiadła na schodkach werandy.
Piotr przysiadł obok, ścisnął jej dłoń, ciepłą, trochę wilgotną.
I jak? zapytał.
W porządku wydusiła. Myślałam, iż mnie zamordują… albo przeklną.
Przeklęła pewnie, ale przejdzie. Mama gwałtownie mięknie, zwłaszcza jak coś chce. Krystyna przeżyje to dłużej.
Jakoś przeżyję i to Małgorzata wsparła głowę na ramieniu Piotra. Dzięki, iż stanąłeś po mojej stronie. Myślałam, iż jak zwykle…
Że przemilczę? westchnął Piotr. Ile można. Patrzę na nich choćby nie spytała, jak się mamy. Od razu: dawaj, sprzątaj, karm. A ty tu zmęczona, a to przecież twój dom. Każdą trawkę znasz.
Uśmiechnęła się.
Nasz dom, Piotrze. jeżeli chcesz tu być, a nie tylko jeść grilla.
Chcę kiwnął poważnie. Poza tym Ireneusz rzucił łopatę na rabatę. Idę przekopać tę glinę, mówisz, iż ważne.
Wstał, chwycił łopatę i ruszył w stronę płotu. Małgorzata patrzyła z czułością. Pierwszy raz od dawna czuła, iż są drużyną. Że bronią swoich granic naprawdę razem.
Podniosła się i otrzepała spodnie. Słońce był jeszcze wysoko, roboty na cały dzień. Ale już nie wydawała się jej smutnym obowiązkiem.
Godzinę później, gdy Piotr, cały zroszony potem, kończył gliniasty zagon, Małgorzata przyniosła mu dzbanek schłodzonej lemoniady.
Przerwa! rozkazała.
Na tej samej werandzie, na której jeszcze tliły się emocje, siadali we dwoje.
A wiesz Piotr wziął łyk oni nic nie zrozumieli.
Co takiego?
Że nie o robotę chodzi. Gdyby po prostu zapytali: W czym możemy pomóc?, sami byśmy zaraz ich posadzili na leżaku. Ale jak najeżdżają, każą się obsługiwać…
Właśnie. To kwestia szacunku. Nie wkracza się do czyjegoś ogrodu ze swoim porządkiem. Ani nie uważa czyjejś pracy za coś absolutnie oczywistego.
Telefon Piotra zabrzęczał.
Od mamy skrzywił się, czytając. Pisze: Jesteśmy na ośrodku. Drogo, jedzenie niedobre. Wstydu nie macie.
Małgorzata zaśmiała się z ulgą.
Wypoczywają, jak chcieli. Bez grabi, łopat.
I bez naszego grilla dodał Piotr. Ale mamy młode ziemniaczki, koper i śledzia. I spokój.
Wieczór cicho spłynął na ogródki działkowe. Koniki polne cykały, gdzieś ujadał pies. Malowali płot do późnych zmierzchów. Brudni, zmęczeni, jedli w kuchni ziemniaki w mundurkach z masłem, które smakowały jak najlepsza uczta.
Wiesz powiedziała Małgorzata, maczając chleb w oleju to była dobra lekcja.
Dla nich?
I dla nich, i dla nas. Nauczyliśmy się mówić nie. To wcale nie takie straszne.
Straszne przyznał Piotr. Ale warto było. Gosiu, może w przyszły weekend naprawdę nikogo nie wpuszczamy? Tylko ja i ty, i zero łopat. Tylko… razem pobyć.
Umowa stoi roześmiała się Małgorzata. Tylko szklarnię jeszcze musimy rozwalić.
W tym momencie za oknem rozległ się szum auta. Małgorzata znieruchomiała z widelcem w powietrzu. Powrót? Piotr zerknął przez firankę.
Uff odetchnął to do sąsiada, do Pana Stefana.
Małgorzata śmiała się lekko napięcie opadło nagle. Ten dzień pokazał jej, iż mąż potrafi być oparciem, a działka to twierdza, która wytrzyma każdą polską szarańczę.
Ale to nie był koniec historii. Tydzień później, w środowy wieczór, gdy odpoczywali w mieszkaniu, rozległ się dzwonek do drzwi. Na progu stała Halina. Bez kapelusza, bez Krystyny, z małą torbą. Wyglądała nieśmiało.
Można? zapytała, nie wchodząc.
Proszę rzekła Małgorzata, ustępując miejsca.
Teściowa weszła do kuchni, usiadła na skraju krzesła, postawiła torbę na stole.
Bułeczki z kapustą. Sama piekłam.
Piotr wyszedł z pokoju.
Cześć mamo. Co się stało?
Stało się. Wstyd mi. Tydzień się męczę, nie mogę znaleźć sobie miejsca. Sąsiadka Zofia mówiła, jak ją synowa z domu przegoniła, bo chciała rządzić. I myślę przecież ja taka sama. Wtargnęłam, rozkazałam, a wy się trudzicie. Działka jak malowana, a za starej gospodyni to była ruina.
Pokręciła torebką.
Wybaczcie starej głupiej. Przywykłam, iż Piotruś mój mały, zawsze posłuszny. A przecież dorósł. Żona… z charakterem. Dobrze. Dziś trzeba mieć charakter.
Małgorzata spojrzała na męża. Przeprosin się nie spodziewała raczej burzy.
Daj spokój, Pani Halino westchnęła, nastawiając czajnik. Kto stare rzeczy wspomina… My nie chowamy żalu. Ale musimy mieć przestrzeń do swoich spraw.
Już zrozumiałam kiwała głową teściowa. Bez zapowiedzi już nie wpadnę. I nie będę się mieszać w pracę… tzn. w porządki. Krystyna… no, ta jeszcze się boczy. Paznokcie by się jej podobno zniszczyły. Ale cóż, młodość. Rozumu nabierze.
Wieczorem, przy herbacie i bułeczkach, rozmowa szła powoli, ale lody pękały. Granice zarysowane łopatą nie zburzyły rodziny wręcz przeciwnie, uzdrowiły ją. Szacunek wywalczony gumiakiem i motyką jest trwalszy niż milcząca grzeczność.
A łopaty teraz stoją na widoku pamiątka po tym, iż praca z człowieka robi człowieka, a z natrętnych gości grzecznych krewnych. Kiedy za miesiąc ponownie zadzwonili z pytaniem: Jak możemy pomóc?, Małgorzata wiedziała już: granice wytrzymały, a zwycięstwo należy do niej.

12 godzin temu






