Rozdział 9 (część 2): Operacja ,,kukuryku'' / MonikaSK

publixo.com 5 godzin temu

Rozdział 9 (część 2)
Operacja ,,kukuryku``


Zakończenie części 1 rozdziału 9: ... nagle ktoś wchodzi do pokoju. To Robert. Zapomniał telefonu. Sięga po urządzenie i rzuca przez ramię:
– Może wyłączycie kamery?
Po czym gasi światło i bez słowa wychodzi.


Kolejnego późnego popołudnia, tuż po wyczerpującej próbie, Paul siedzi przy wyspie kuchennej, z łokciami opartymi o blat. Miesza łyżką truskawkowy shake, który już dawno przestał być zimny i świeży. Wzdycha ciężko. Pije go od pół godziny – nie dlatego, iż ma ochotę, tylko z braku lepszego zajęcia. Z cichym szelestem kroków do kuchni wchodzi Ville. Ubrany schludnie: dopasowany sweter, ciemne spodnie, skarpetki jak spod igły. Włosy ma perfekcyjnie ułożone z teatralną wręcz precyzją. Wygląda, jakby dopiero co skończył sesję zdjęciową, a nie zszedł z piętra rezydencji.
– O, mój ulubiony basista – rzuca lekko, przystając przy wyspie. – Co tak siedzisz? Pszczoła cię użądliła?
Paul unosi wzrok. Przez chwilę nic nie mówi, tylko kiwa głową i odpowiada sucho:
– Mam problem… Chodzi o Wendy. Jest kilka dni na bezrobociu, a już ją nosi.
– To Wendy – stwierdza z rozbawieniem. – Prędzej czy później zacznie szukać pracy. Zresztą chyba tak się umawialiście?
– Nie mam nic przeciwko jej pracy. Ale boję się powtórki z rozrywki. Nie wiem, jak z nią porozmawiać.
Zerka na Villego kątem oka sprawdzając, czy może mówić dalej.
– Mój wspólnik James z Bee&Leaf ma świetne pomysły. Ostatnio pracowaliśmy nad kosmetykami dla dzieci. Mamy już badania z laboratorium – wszystko potwierdza, są bezpieczne choćby dla noworodków.
– James to ten chemik z kreskówkową twarzą? – wtrąca Ville, siadając na wysokim krześle.
– Tak. Genialny, z głową pełną wizji. Ja jestem od finansów. Mamy też handlowca, ale on ogarnia tylko stałych klientów. Nie możemy zwiększyć produkcji, bo nie mamy komu sprzedawać. A nie sprzedamy, bo...
Libertyn unosi palec w górę jak uczniak w klasie.
– Bo wasza strona internetowa jest beznadziejna, a social media nie istnieją. Wiem, widziałem. Rose i Sandra też się dziwiły, jakim cudem w ogóle coś sprzedajecie.
– Sam widzisz – mówi cicho. – A nie chcemy zatrudniać agencji ani nikogo z zewnątrz. Nie chodzi o pieniądze. Chodzi o misję firmy.
Zaciska usta, odwraca wzrok na chwilę, a ton jego głos nieco opada nabierając czegoś osobistego.
– Bee&Leaf to nie ma być kolejna marka w supermarkecie. To ma być coś elitarnego. Coś swojego.
Na moment zapada milczenie. Paul lekko unosi brodę, jakby chciał coś dodać, ale zawiesza głos w powietrzu. W końcu przechyla się, oplata palcami szklankę.
– Myślałem o Wendy. Już kiedyś jej to zaproponowałem – żeby się zaangażowała w firmę, zamiast się wypalać w tej swojej korpo. Ale wtedy zrobiła mi awanturę. Dlatego nie chcę jej naciskać. Zwłaszcza teraz, kiedy ma wolne.
Ville nie przerywa. Siedzi spokojnie, pochylony lekko do przodu, z dłońmi splecionymi na blacie. Jego oczy śledzą każdy ruch Paula – nie jak sędzia, raczej jak widz obserwujący teatr jednego aktora.
– Myślałem, iż może kiedy wrócimy do domu i poczuje, iż jest u siebie... znajdę moment, żeby zadziałać – dodaje Paul, ledwo słyszalnie.
– Boisz się jej – mówi cicho Ville. – Nie chcesz brać odpowiedzialności za jej wybory. Dlatego jeszcze jej tego nie zaproponowałeś.
Ton głosu jest miękki, ale słowa celne. Paul unosi wzrok, marszczy brwi, ale nie protestuje. Zamiast tego wbija spojrzenie w shake’a, jakby naprawdę coś mogło się tam rozpuścić i dać mu odpowiedź.
– jeżeli chcesz – zaczyna Ville powoli. – Mogę z nią pogadać. Po swojemu. jeżeli się zgodzi, a jej się nie spodoba to zwalisz winę na mnie. A jeżeli jej się spodoba i poczuje, iż robi coś dla siebie... wtedy ty zbierzesz laury.
Zapada cisza. Jeszcze głębsza niż wcześniej. Paul milczy, bo słowa Villego spadły na niego z opóźnieniem. Powoli obraca szklankę w dłoniach. Gęsty płyn wiruje leniwie, hipnotyzująco.
– Daję ci wolną rękę.
– Może być ostro. Nie przywal mi.
– Ale bez macania – stwierdza stanowczo Paul mrużąc przy tym oczy.
Niedługo po tej rozmowie, rodzina i domownicy znowu zasiadają do wspólnego oglądania. Światło sączy się spod abażura i odbija w kubkach z herbatą. Kanapy zajęte, Amidala schowana pod kocem jak kot w gnieździe, tylko nos i oczy wystają spod tkaniny. Rami siedzi w półcieniu z gitarą akustyczną na kolanach. Delikatnie przygrywa Confession – utwór, który napisał dla Mii w dniu zaręczyn. W pokoju panuje miękki, romantyczny nastrój, jakby czas zwolnił. Mia słucha uważnie, lekko pochylona w jego stronę. Gdy dźwięki cichną, Rami odkłada gitarę, delikatnie całuje jej dłoń i przez moment patrzy jej w oczy, jakby chciał zapamiętać to spojrzenie do końca świata. Dziewczyny wzdychają cicho. choćby Paul milknie, obejmując Wendy za ramiona. Atmosfera jest miękka, ciepła, niemal sakralna. Ville siedzi w rogu pokoju, nieruchomy, wpatrzony w czarny ekran projektora. W jego oczach błyska znajomy cień psoty. Uśmiecha się zawadiacko, przeciąga z gracją kota i podchodzi do Wendy. Kuca przy niej, a w zasadzie klęka na jedno kolano.
– Mam do ciebie romans – oznajmia teatralnie, nisko, z dramatyczną nutą.
Wendy unosi brew, unosząc też głowę znad poduszki.
– Ale się nie oświadczasz?
– A chciałabyś?
Paul właśnie popija sok i prawie się nim krztusi. Patrzy z przerażeniem, jakby ktoś rzucił granat w jego osobisty system nerwowy. Rose choćby nie podnosi wzroku znad telefonu. Wydaje się zupełnie niewzruszona.
Dziewczyna odpowiada spokojnie:
– Jesteś dla mnie za niski.
– Może i tak. Ale wiesz... mały, ale wariat.
Wendy nie wytrzymuje. Chwyta poduszkę i zakrywa twarz, śmiejąc się tak, iż aż podciąga kolana. Ville, niewzruszony, zabiera Wendy poduszkę, dotyka lekko jej dłoni i pochyla się w stronę jej ucha z konspiracyjnym szeptem:
– Chodź w jakieś ustronne miejsce.
Paul marszczy brwi. Przez chwilę nie wie, czy to jeszcze flirt, czy już trzeba działać. Libertyn odwraca się i bezczelnie pokazuje mu język, po czym bierze dziewczynę za rękę.
Światło lampki tworzy ciepłą poświatę na betonowym blacie biurka. Ville siada po swojej stronie stołu, nonszalancko opierając łokieć o chłodną powierzchnię. Wendy zajmuje fotel naprzeciwko, z rozbawionym, ale już nieco bardziej zaciekawionym spojrzeniem. W powietrzu unosi się aromat cynamonu z herbaty zostawionej przez kogoś wcześniej – delikatny, domowy zapach, który zupełnie nie pasuje do industrialnego wnętrza.
– Jak tam na bezrobociu? – zagaduje Ville, zerkając na nią spod grzywki.
– Uczę się odpoczywać.
– To dobrze. Czasem chciałbym, żeby Rose też była kurą domową – mówi z udawaną nostalgią w głosie, obracając w palcach cienki ołówek.
– Przecież zawsze mówisz, iż cenisz jej pracę.
– Od kiedy ma nową, to ciągle złowieszczo się śmieje. Nie wiem, czy się na mnie nie czai. Niezbyt komfortowo się przy niej czuję.
Wendy wybucha śmiechem. Przechyla głowę, zakłada nogę na nogę i już wie, iż Libertyn do czegoś zmierza.
– Słuchaj, mam sprawę. Ale najpierw... – podchodzi do ściany, wciska przycisk. Czerwona dioda kamery gaśnie z cichym kliknięciem. – Mam kolegę. Zdolny, ale brakuje mu żyłki marketingowej. Ma świetny produkt i kilka fajnych pomysłów, tylko jego sakiewka klientów jest skromna...
– Chyba portfel klientów – poprawia go.
Libertyn przewraca oczami, wraca na fotel i siada bokiem.
– To chyba tak, portfel, whatever. Marketing i PR kuleje. Pomyślałem, iż skoro i tak siedzisz w domu, to może byś chciała mu trochę pomóc. Oczywiście od razu mówię, iż zarobki nie będą korporacyjne.
– Mam z czego żyć, mam Paula – rzuca z lekkim rozbawieniem, po czym dodaje z ciekawością: – Co to za produkt?
– Dobry. Musisz mi uwierzyć na słowo. Skoro jesteś kurą domową, to nazwijmy go... kukuryku.
Dziewczyna przekrzywia głowę, opierając się wygodniej w fotelu.
– Serio?
Ville tylko się szczerzy, jakby właśnie sprzedał najlepszy dowcip dnia.
– Totalnie.
I już rozmawiają. Wendy wypytuje o wszystko: grupę docelową, kanały dystrybucji, opakowanie, przekaz. Rzuca o kampaniach w social mediach i wymienia typowo branżowe hasła które dla laika zupełnie nie mają sensu. Ville przytakuje z uwagą, kiwa głową, coś bazgrze na marginesie kalendarza, choć nie ma bladego pojęcia, o czym dokładnie dziewczyna mówi. W środku czuje się jak dziecko na lekcji chemii – rozumie, iż to ważne, ale nie rozumie ani słowa. Uśmiecha się szeroko, nieco zbyt długo. Błaga w duchu, żeby ta rozmowa się już skończyła.
Po czterdziestu minutach rozmowa w gabinecie faktycznie dobiega końca. Wendy jest cała rozpromieniona. Kiedy wychodzą, dziewczyna jeszcze coś mówi o potencjale zasięgów. Libertyn tylko kiwa głową i pospiesznie otwiera drzwi, przepuszcza ją przodem, a potem razem wracają do salonu, gdzie czeka już reszta. Paul patrzy z niedowierzaniem, jak Wendy – cała w rumieńcach, z włosami lekko rozwichrzonymi i Ville wchodzą razem do salonu. Ich kroki są zaskakująco lekkie, zbyt zsynchronizowane. Libertyn poprawia mankiet bluzy, Wendy odgarnia kosmyk z czoła, oboje się uśmiechają. Wyglądają... no, wiadomo jak. Jakby wrócili z czegoś, co niekoniecznie było rozmową o marketingu.
– I jak było? – pyta Paul, wciąż zdziwiony, ale również zazdrosny. Lekko unosi brodę, obserwując Wendy z napiętą miną.
– Fajny z niego kogucik. – stwierdza beznamiętnie, biorąc łyka wody. – Gadaliśmy o kukuryku – dodaje z niewinną miną, siadając z powrotem na kanapie i zawijając nogi pod siebie.
– O czym?
– I o sakiewce klientów – dopowiada jeszcze. Przeciąga się lekko i przez moment zapatruje w ogień kominka. – Swoją drogą, piękny marketing można by z tego zrobić. I to za nieduże pieniądze. jeżeli kukuryku faktycznie jest tego warte...
Uśmiecha się do siebie, już nie tylko dla żartu. W jej spojrzeniu pojawia się błysk analitycznego zapału.
– Ale by było... – mruczy. – Wypromować coś, co już jest na rynku, ale nie ma reklamy, ani żadnego PR–u...
Mia, dotąd spokojna, z filiżanką na kolanach, nagle się prostuje. Zdejmuje nogę z nogi, przekręca głowę w stronę Wendy.
– Co to za kukuryku i ile można na tym zarobić?
– Mam takiego kolegę… – wtrąca Ville.
Ale Mia unosi dłoń bez cienia emocji i przerywa mu gestem:
– Aha. Już wszystko wiem.
W salonie nagle zapada cisza. Wszyscy odruchowo spoglądają po sobie, szukając wzrokiem sensu tej wymiany zdań. Nie mają jednak za dużo czasu w analizę.
– To co z tym odcinkiem? – pyta Ville pośpiesznie. – Będzie dziś czy idziemy spać z kurami?
Po chwili ekran rozświetla się, a światło z projektora rozlewa się po ścianie. Po chwil pojawia się tytuł: Oni straszą mi pszczoły.

Dron zatacza łagodne koło nad zieloną przestrzenią, sunąc tuż nad koronami drzew. W dole – małe, typowo angielskie gospodarstwo. Dom z czerwonej cegły, rozłożysty i zadbany, z białymi ramami okien i ciemnym dachem, który pamięta niejedną ulewę. Ogród z tyłu nie jest przycięty co do milimetra – raczej dziki, tętniący życiem. Trawa lekko wybujała, polne kwiaty kołyszą się na wietrze, w kącie warzywnik. Kilka grządek z pomidorami i ziołami. Pośrodku stoją trzy kolorowe ule, obsiadane przez pracowite pszczoły. W tle drzewa, niektóre stare, z powykręcanymi gałęziami, jakby patrzyły z góry na całe podwórko.
Widać rękę gospodarza. Albo kogoś, kto o to wszystko dba, kiedy Paul wyjeżdża na kilka miesięcy z zespołem. Kamera zbliża się do frontu domu i łagodnie przechodzi do wnętrza. W holu czysto, domowo. Po prawej – salon. Typowo angielski, w stonowanych kolorach, z dużymi fotelami, miękkim światłem i kilkoma gitarami wiszącymi na ścianie. Po lewej – przestronna kuchnia połączona z jadalnią.
Paul opiera się o jedno z krzeseł.
– Witajcie w Paulhause w malowniczym zakątku hrabstwa Hertfordshire.
Następnie kamera kieruje się do kuchni. Przy stole, z kubkiem herbaty, laptopem i wyraźnym skupieniem na twarzy siedzi Wendy, macha do kamery, a następnie wraca do pracy – wygląda, jakby właśnie zamykała jakiś istotny raport. Przy blacie w kuchni krząta się wysoka blondynka, Paul podchodzi do niej.
– Moja starsza siostra, Anna. Mama dwóch córeczek.
Paul wskazuje na siedzące przy stole dziewczynki jedzące owoce. Następnie patrzy na Annę i mówi dalej:
– Zanim Ville mnie zatrudnił u siebie, robiłem karierę jako szef kuchni w bistro siostry.
Ona uśmiecha się do kamery, a następnie wraca do swojego zajęcia. Na blacie kuchennym piętrzą się zawijasy mięsne, marynaty, warzywa. Wszystko wskazuje na nadchodzącego grilla.
– Z siostrą mamy wyjątkową więź – mówi, siadając przy stole. – Mimo różnicy wieku, stawała za mną, kiedy rodzice wrzeszczeli, iż nie uczę się, tylko te gitary.
– Zawsze w niego wierzyłam – Anna kiwa głową, zerkając na mięso. – Miałam przeczucie, iż trafi do zespołu, z którym osiągnie sukces.
– Skończyłem szkołę ekonomiczną. Mama załatwiła mi pracę w banku, miałem iść na studia. Postudiowałem rok, może trochę dłużej i rzuciłem to w cholerę. Wolałem pomagać Annie rozkręcać bistro. Rano gotowałem, wieczorem grałem na gitarze akustycznej.
– Klienci to kochali. Kolacja przy gitarze, winie i świecach.
– Rodzice rozwiedli się dawno temu. Ojciec ciągle na kontraktach, głównie na platformach wiertniczych – mówi Paul, podjadając paprykę.
Anna daje mu lekkiego kuksańca w rękę i uśmiecha się. Paul dodaje:
– Rodzice ciężko pracowali, żeby zapewnić nam wszystko. Wtedy w Polsce, skąd pochodzą, było bardzo trudno. Bez perspektyw. Tu w Anglii im się udało – zawodowo. W życiu prywatnym niekoniecznie.
– Rodzice pomogli mi rozkręcić bistro, dali pieniądze na start – wtrąca dziewczyna.
– A mnie dorzucili się do gospodarstwa. Dzięki temu kupiłem ziemię. Teraz ją dzierżawię. No i mam pszczoły.
Miłą rozmowę przerywa pomruk silnika – na podjeździe pojawia się czarny SUV.
Paul wzdycha ciężko i z wymuszonym uśmiechem mówi:
– Hołota z Liberty Fade przyjechała na wyżerkę.
Silnik samochodu gaśnie, Ville wyskakuje jako pierwszy. Zaraz za nim Emma, Robert i Thomas. Dzieciaki Anny podbiegają w podskokach, uzbrojone po zęby w pistolety na wodę.
Zespół wymienia porozumiewawcze spojrzenia. Bez słowa chłopcy zrzucają koszulki, zostają w samych kąpielówkach i chwytają karabinki wodne. Emma, ubrana w czarny kostium, jednym ruchem pozbywa się zwiewnej sukienki. Rozlega się wrzask dzieci. Woda leje się przez całe podwórko. Dorośli biegają, chlapiąc się, tarzając w trawie, krzycząc i śmiejąc się, jakby nie było jutra. Widać umięśnione torsy chłopaków, błysk mokrej skóry, lekki flirt w spojrzeniach. Emma w czarnym stroju wygląda jak modelka z katalogu sportowego. Psy szczekają w oddali. Pszczoły zdają się nie przejmować tym zamieszaniem. Paul zatrzymuje się w pół kroku na ganku i zamiera.
– Mieliśmy rozmawiać o pszczołach… – i z teatralnym grymasem dodaje – Wendy, oni straszą mi pszczoły.
Dziewczyna podchodzi do niego i całuje go w policzek, po czym patrząc w obiektyw kamery dodaje:
– Dziś o pszczołach będzie bardzo dużo.
Wszyscy ruszają do ogrodu. Mokre towarzystwo po wojnie na pistolety wodne powoli schnie na słońcu. Ville, który stwierdził, iż najlepiej wysuszyć się na trampolinie, od dwudziestu minut skacze po niej z córkami Anny. Obie piszczą, śmieją się i przewracają. Paul stoi przy grillu z koncentracją godną chirurga – obraca mięso delikatnie, ciągle coś poprawia, wącha przyprawy, przestawia na stoliku obok. Dym pachnie rozmarynem i słodką papryką. Przy drewnianym stoliku kawowym w ogrodzie Anna żywo rozmawia z Emmą o wnętrzach i planowanym remoncie bistro.
– Chcę to zrobić po swojemu. Trochę drewna, więcej światła, mniej kompromisów – mówi z ogniem w oczach.
Emma kiwa głową z uznaniem, szkicując coś palcem po stole. Rob i Thomas leżą w leżakach, jakby czas dla nich stanął w miejscu. Jeden z zamkniętymi oczami, drugi z książką, w której od pięciu minut nie przewrócił strony. W oddali bzyczą pszczoły – jednostajnym, miękkim dźwiękiem. W końcu, gdy słońce zaczyna łagodnieć, a wszystko pachnie leniwym latem, siadają do obiadu przy dużym stole ustawionym w ogrodzie. Emma podaje miskę sałatki, Paul serwuje mięso prosto z grilla, Anna nalewa lemoniady. Ville siedzi z dzieciakami, opowiadając jakieś niedorzeczne historie o gadających ogórkach i wielkiej wyprawie na Księżyc. Śmieją się do rozpuku, pokazując sobie języki i robiąc miny. Po skończonym obiedzie Anna i dziewczynki zbierają się do wyjazdu, żegnają się serdecznie z całą ekipą – uściski, buziaki, ostatnie machnięcia rąk i śmiech mieszają się z letnim powietrzem.
Samochód Anny oddala się, a ogród na chwilę cichnie. Paul spogląda dookoła, zaciera ręce z entuzjazmem bo najwyższy czas zająć się tym, co naprawdę go kręci.
– No, teraz czas na pszczoły. Cały dzień o tym marzyłem.
Ville i Emma przewracają oczami – już wiedzą, co ich czeka. Thomas chowa się za czapką, Rob udaje, iż czyta.
– Podejdźmy bliżej ula – proponuje Paul z szerokim uśmiechem.
– Ja nigdzie nie idę – burczy Libertyn. – Jestem zbyt słodki, zaraz któraś mnie ugryzie.
– Ostatnio nabijaliśmy się z Heleny Miodzio – przypomina Thomas. – Ona nam tego nie daruje. Zostaniemy tu z Kurduplem.
Przyciąga Villego do siebie, sadza go na kolanach i coś szepcze do ucha. Libertyn zagryza wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
– Emma, Robert? A wy?
Para przytula się i zgodnie stwierdza, iż wolą obejrzeć grządki pomidorów. Zrezygnowany Paul idzie sam, zakłada kombinezon pszczelarski i po chwili, z podkurzaczem w dłoni, odymia jeden z uli. Pochyla się, unosi ramkę i przygląda się uważnie. Pszczoły brzęczą głośno, ale harmonijnie. Kamera zbliża się do jego twarzy – skupionej, spokojnej. W jego ruchach nie ma ani jednej zbędnej sekundy.
– Tu widać miód – mówi, wskazując palcem. – Tu pyłek. Czerwony z koniczyny, żółty z rzepaku. Pszczoły przynoszą to, co znajdą w promieniu kilku kilometrów. Wiedzą lepiej niż GPS.
Nie mówi z przesadą. To nie wykład, ale raczej głos człowieka, który naprawdę kocha to, co robi.
– Królowa gdzieś tu jest. Widzicie? Robią jej miejsce.
Zespół siedzi dalej, w bezpiecznej odległości, jakby oglądali dokument National Geographic – tylko na żywo. Nagle jedna pszczoła odrywa się od ula i zaczyna krążyć wokół Villego.
– Nie robię gwałtownych ruchów, nie robię gwałtownych ruchó... AAAAA!!
Z wrzaskiem rzuca się do ucieczki, przewracając po drodze poduszkę z ławki.
– Ona mnie zna! Pamięta mnie z tamtej imprezy! To Helena Miodzio! – krzyczy, chowając się za plecami Thomasa.
Paul niewzruszony odkłada ramkę i spokojnie zamyka ul, kieruje się w stronę domu by po chwili wrócić z drewnianą skrzynką pełną słoiczków z miodem.
– Dobra, teraz najważniejsze – oznajmia z powagą i stawia słoiczki na stole w ogrodzie. – Ten miód jest z lipca, dominuje koniczyna. Ten – z początku sierpnia, więcej nostrzyka. A ten? Ten jest wyjątkowy – dziki pyłek, prawie nie do zdobycia.
Z ekscytacją opowiada o strukturze kryształków, fermentacji, wilgotności powietrza i znaczeniu dobrej ramki. Reszta zespołu kiwa głowami z szacunkiem. I lekką desperacją.
Wendy, dotąd milcząca, rzuca cicho:
– Paul, kocham cię, ale jeżeli jeszcze raz powiesz „pierzga”, to skoczę do ula i poproszę o użądlenie.
– No co?! To jest fascynujące!
Ville zerka znad filiżanki.
– Było fascynujące przez pierwsze trzydzieści sekund.
Podnosi się i przytula do Thomasa, który nie protestuje.
– Dziki pyłek… brzmi jak coś, co mógłbym pocałować.
– Hmm… ja też.
Paul krzywi się w uśmiechu, kończy wykład, ostrożnie zbiera słoiczki i znika z nimi w domu. Reszta ekipy wyleguje się w cieniu rozłożystego drzewa: Emma z książką opartą o kolana, Rob z czapką nasuniętą na oczy, Thomas z rozpiętą koszulą i sennym uśmiechem. Paul wraca po chwili i już ma do nich dołączyć, gdy dzwoni telefon. Zatrzymuje się w pół kroku, prostuje plecy i odbiera, jakby odruchowo wchodząc w tryb oficjalny. Cofa się lekko, staje bokiem do tarasu szukając lepszego zasięgu. Mówi cicho, spokojnie, gestykuluje. I… kłania się.
Emma unosi wzrok.
– Ukłonił się już trzy razy.
Zespół obserwuje rozbawiony. Paul wygląda jakby rozmawiał z ambasadorem królowej pszczół. Kiwa głową, znów się kłania. I znów. Gdy w końcu kończy rozmowę, odkłada telefon i głęboko oddycha. Robert przeciąga się leniwie na leżaku, zdejmuje czapkę z oczu i półżartem, półserio unosi rękę.
– Chodź, przyjacielu – mówi, wskazując na Paula. – Opowiedz, kto cię zmusił do siedmiu ukłonów z rzędu?
Ville przekrzywia głowę, mruży oczy niczym detektyw w tanim serialu.
– Rozmawiałeś z moją mamą?
– Skąd wiesz? – pyta Paul wyraźnie zbity z tropu.
– Po prostu wiem – odpowiada z niewinnym wzruszeniem ramion.
– Tylko pani Miraaya potrafi sprawić, iż człowiek zaczyna się zachowywać jak japoński urzędnik państwowy.  Zamawiała miód. Konkretne proporcje. Żadnych lipowych domieszek.
Rob spogląda na niego z powagą, jakby chciał powiedzieć coś istotnego.
– Kiedy rozmawiam z panią Miraayą przez telefon, to nigdy nie siedzę.
Ville i Emma przytakują bez słowa, niemal jednocześnie.
Obraz zaczyna powoli ciemnieć, a w tle zostaje tylko jednostajny, letni szum pszczół. Ville, Emma, Robert i Thomas wsiadają do samochodu i odjeżdżają. Cisza. Słońce miga przez drzewa.
Nagle Thomas prostuje się.
– Wiecie, iż ul to taki trochę harem?
Ville zerkając w lusterko, szczerzy się, na co Emma mruczy pod nosem:
– Zaczyna się.
– Serio – mówi Thomas. – Jedna królowa, a reszta pracuje. Chciałbym mieć harem. Oj, działo by się...
– Ja bym chciała dwa haremy. Laseczki i przystojniaczki – rzuca Emma z rozmarzeniem.
– Nie dla mnie – stwierdza Rob. – Tyle kobiet w jednym miejscu oznacza zazdrość, krzyki, dramy… Może jakiś mały, żeby łatwiej było ogarnąć.
– Oj tam – wzrusza ramionami Emma. – Taką krzykliwą babę wrzucasz do wulkanu i masz spokój na jakiś czas.
Chłopcy wymieniają porozumiewawcze spojrzenia i zaczynają się uśmiechać.
– W moim haremie – dodaje dziewczyna złośliwym tonem. – Chłopcy z Liberty Fade byliby eunuchami. A jeżeli któryś zacznie dramatyzować… cyk! Do wulkanu.
Zapada cisza, ale tylko na moment. Emma odchyla głowę do tyłu i wybucha złowieszczym śmiechem, aż siedzący obok chłopcy odruchowo robią przerażone miny – Thomas teatralnie zasłania się paczką chusteczek do szyb, a Robert chowa twarz za oparciem fotela.
– Jakby na to spojrzeć – wtrąca Thomas patrząc na Villego wymownie. – Mógłbyś mieć legalny harem.
– A ja jako jego siostra bym w nim rządziła – rzuca Emma splatając dłonie na kolanach.
Ville marszczy brwi i krzywi się z udawaną rezygnacją:
– Nie harem tylko zenanę. Ale niestety urodziłem się sto lat za późno… Szkoda.
Emma odwraca głowę i patrzy przez szybę, gdzie drzewa przesuwają się w złotym świetle.
– Szkoda… – powtarza cicho, z lekkim uśmiechem.
Kamera oddala się stopniowo. Auto znika za zakrętem, a ostatnim dźwiękiem zostaje śmiech niosący się echem po drodze. Koniec odcinka.

Ekran powoli wygasa, światło projektora słabnie, zostawiając w salonie przytulny półmrok. Przez moment nikt się nie odzywa – wszyscy siedzą w ciszy, przetrawiając emocje po tym, co właśnie zobaczyli. Ktoś się przeciąga, ktoś inny sięga po herbatę, miękki szelest kubka o spodek przerywa chwilową stagnację. Sandra, oparta o poduszkę, scrolluje telefon.
– Zdaje się, iż wtedy jeszcze nasi widzowie dalej nie wiedzieli o dynastii Rathore – mruczy. – Potomków maharadży, z których pochodzi Mia. Jest mnóstwo pytań i komentarzy o harem. I co to adekwatnie miało znaczyć, iż Ville urodził się sto lat za późno.
Mia przeciąga się lekko, opierając ramię o oparcie fotela.
–  Harem, a w Indiach – zenana to nie tylko nałożnice, to też wyznaczona część domu – dla żony, matki, sióstr, córek… Haremów jako takich, z kobietami do uciech cielesnych już dawno nie ma w Indiach i to Ville miał wtedy na myśli.
Thomas podnosi wzrok znad szklanki.
– Zaczęły się teorie. Ludzie łączyli pierścień pradziadka z tym tekstem o haremie.
Jari chichocze cicho.
– Ktoś napisał: „Pierścień + ukłony + miód na specjalne zamówienie + Ville z manierami jak z XIX–wiecznego dworku = coś tu bardzo nie gra. I ja chcę wiedzieć co”. Albo: „Ta cała pani Miraaya to nie jest żadna mama gwiazdy rocka. To jest ktoś, przed kim choćby Paul się prostuje i zapomina, iż ma kręgosłup”.
Mia unosi brwi i śmieje się pod nosem.
– Nie wiedziałam, iż się tak kłaniacie kiedy dzwonię – rzuca, zerkając w stronę kamery.
Cała grupa wybucha śmiechem, a Mia kręci głową z rozbawieniem. Potem znów zapada spokojna cisza.
Ville bierze łyżkę paulowego miodu ze stołu, bez słowa wkłada ją do swojej herbaty i zaczyna mieszać. Ruch powolny, niemal obojętny. Wzrok utkwiony gdzieś w naparstku płynnego złota wirującego w kubku. Wendy patrzy na to przez sekundę z rozkojarzeniem, a potem... nagle jej oczy się rozszerzają. Jakby właśnie zrozumiała o czym rozmawiała z Libertynem w gabinecie.
Otwiera usta. Mruży oczy. Odwraca głowę i patrzy na Villego z rosnącym podejrzeniem. Głos ma niski, powolny:
– Koguciku, jak gwałtownie biegasz?
Ville nie podnosi wzroku.
– Dość szybko. A co?
– To zacznij uciekać, nie ręczę za siebie.
Libertyn zrywa się z kanapy niczym oparzony i biegnie w stronę korytarza, przeskakując przez pufę. Dziewczyna leci za nim, podwijając rękawy.
– Zabiję cię, Kurduplu!
Rose wybucha złowieszczym śmiechem, opadając na bok kanapy, jakby oglądała ulubioną scenę z filmu. Paul powoli się prostuje, zdezorientowany. Kręci głową pojmując właśnie co tu się dzieje.
– Aaa, to o to chodziło.
Rose przeciąga się leniwie i mówi z teatralnym spokojem:
– Hmm…. Dziwię ci się, Paul, iż nie skojarzyłeś faktów na początku, ale podziwiam za to, iż mu nie przywaliłeś w tę piękną buzię gdy flirtował z Wendy na twoich oczach.
– Myślami jestem już w domu, mam ul w głowie. A on mógł chociaż dać jakiś znak, żebym się tak nie denerwował…
– Pokazał ci język – przypomina Mia, jakby to była rzecz oczywista.
W tle słychać tupot Wendy i okrzyk Villego dobiegający z piętra. Paul przymyka na chwilę oczy, przypomina sobie dzisiejszą rozmowę z Libertynem i uśmiecha się sam do siebie.



Idź do oryginalnego materiału