Sąsiadka działkowiczka uznała, iż mój plon jest wspólny – ale gwałtownie odzwyczaiłam ją od cudzego za d…

4 dni temu

Dziennik ogrodniczki sezon letni

29 czerwca, sobota

Znów to samo Nie wiem, skąd pani Lucyna bierze w sobie takie przekonanie, iż wszystko, co wyhoduję w moim ogródku, to jest nasze wspólne dobro. Przechyliła się przez płotek z siatki, uśmiechając się do mnie takim przesłodzonym grymasem, iż aż mnie skręcało. Z jednej strony niosła już częściowo wypełnioną miskę a jakże, moimi poziomkami drugą łapczywie sięgnęła po czarne porzeczki, które rosły wyraźnie po mojej stronie.

Oj, Halinko, daj spokój, czego żałujesz tych dwóch ogóreczków? I tak ci przejrzeją, zżółkną, a u mnie wnuki przyjechały, witamin im potrzeba! Szlachcianka się znalazła, a przez płot ledwie kawałeczek. Swoi ludzie przecież, co nie?

Wyprostowałam się z trudem znad grządki z marchewką. Plecy strzeliły mi głośno, ręka brudna od ziemi przerwałam pielenie naprawdę z żalem. Przez ostatnie trzy lata, odkąd razem ze Zbyszkiem kupiliśmy tę działkę, wiele w nią włożyliśmy: była zarośnięta, zaniedbana, a dziś ogród jak z katalogu. Ile ja się nanosiłam tych worów z ziemią, ile zamawiałam przez internet unikatowych odmian pomidorów Każdy krzaczek znam na pamięć.

Lucynko powiedziałam spokojnie, ale stanowczo a nie masz swoich poziomek? Przecież widziałam, sadziłaś wiosną.

Lucyna przewróciła oczami szerokimi gestami zbywając temat:

E tam, u mnie takie małe, kwasne, i robak tam zaraz wszystko zżre. Ja się nie nauczę tak, jak ty, nawozy, podlewanie, cudowanie U mnie wszystko naturalne, jak Pan Bóg dał. Po co się męczyć a ty sama z Zbyszkiem, to na co ci tyle? Przejadą się i zmarnują!

Cóż powiedzieć. Logika sąsiadki nie do przebicia skoro ktoś ma dużo, musi się podzielić z tym, co nie ma. Że nie ma, bo mu się nie chciało robić to już nie szkodzi.

Jej działka to obraz nędzy: jabłonki dawno przestały owocować, grządki zarosłe mleczem, chwasty z roku na rok coraz wyższe. Sama Lucyna na działkę przyjeżdża głównie dla relaksu buja się w hamaku, przypala tanie kiełbasy na cegłach i puszcza głośno Radio Pogoda.

A ja na działce żyję. Wstaję o piątej, rozstawiam szklarnię, podlewam, pieszczę każdą roślinę. Warzywa i owoce to dla mnie powód do dumy tym bardziej boli brak szacunku Lucyny.

Odstaw tę miskę rzuciłam sucho. Na konfitury mam. Każda poziomka policzona.

Lucyna zarzuciła teatralnie oczami.

Oj, zaczynasz Sknera z ciebie, Halina. A dzieci mam się pytać mam im z buzi wyrywać, tak?

Rzuciła poziomkę do ust, z ostentacją przeżuła i zniknęła u siebie. Ja zostałam wśród grządek, zagotowana od środka.

Zbyszek wrócił z narzędziem z szopy.

Znowu Lucyna żeruje?

Mhm. Jak koza, i już bez żenady. W zeszły weekend zuczkiny wzięła, bo przerośnięte były, się zmarnują. Teraz poziomki sobie rwie.

Zbyszek wzruszył ramionami.

Postaw wysoki płot.

Nie można westchnęłam. Regulamin naszej ROD (Rodzinne Ogrody Działkowe) zezwala tylko na niską siatkę, nie deskowy płot, żeby nie cieniować sąsiadom. A po nowej szklarni teraz i tak budżet napięty.

Z każdą kolejną falą letniego urodzaju Lucyna pojawiała się coraz częściej. Gdy pewnej soboty w jej domku zaroiło się od gości, zaczęło się na całego. Głośno, z piwem, z radiem, wesoło, aż sąsiedzi mieli wszystkiego dość.

Wieczorem Lucyna, już podchmielona, zbliżyła się do płotu akurat gdy podlewałam róże.

Halina! Ratuj, dobra dusza, bo nam przekąsek zabrakło! Sałatki się skończyły! Daj trochę pomidorów tych twoich Bawole serce, i szczypioru czy koperku, co tam masz dla ludzi!

Wyprostowałam się znad kwiatów.

Lucyna, pomidory są jeszcze zielone. Te dojrzałe jutro wieziemy do synowej.

Oj, nie przesadzaj! odparła głośniej przecież widać, jak wiszą czerwone, litujesz się nad pomidorem? My tu swoi, Halina! Później ci czekoladę przyniosę!

Nie dam powiedziałam twardo.

Uśmiech znikł jej z twarzy natychmiast.

No to siedź z tymi pomidorami, żeby ci popękały! Takiej sąsiadki to się nie uświadczy życzę szczęścia z tej twojej chciwości!

Do nocy słychać było dowcipy o chytrych działkowcach z miasta, rzekomo naszpikowanych chemią ogórki, teksty o złotówkach wyciskanych z każdej marchewki. Zrobiło mi się aż przykro, choć nie powinnam się przejmować. Ale, prawda, znieczulicy nie lubię.

Następnego ranka wyszłam wcześnie. Zauważyłam uchylone drzwi do nowej szklarni. Serce mi stanęło. Pognałam sprawdzić jak przeczuwałam, najdorodniejsze pomidory z niższych gron oberwane, niedojrzałe wyrzucone między grządki, ogórków ubyło, pachniało amatorszczyzną i niechlujstwem. A z grządki z natką i koperkiem ktoś jakby wyciął całą kępę. Stałam jak słup soli to już nie tylko kradzież, ale i brak szacunku do czyjegoś wysiłku.

Zbyszek! zawołałam, ledwo powstrzymując łzy.

Zrobił poważną minę.

To już pod paragraf podpada, Halina.

Jaki paragraf? Nikt niczego nie widział, kamery nie mamy, Lucyna wyperswaduje, iż to nie jej sprawka, zna się na rozgrywkach z ludźmi

Spojrzałam na jej działkę cisza, ślady imprezy, pusta micha na werandzie, a w sałatce moje idealne pomidory i pietruszka.

Wtedy poczułam, iż czas działać inaczej. Skoro grzecznie nie można

Zapadł plan. Pojechałam kupić w Leroy Merlin śmieszny, żółty kombinezon z marketowej promocji, maskę, rękawice, psikawkę ogrodniczą, kilka paczek niebieskiego barwnika spożywczego i najtańszego szarego mydła w płynie, jakie znalazłam.

Wieczorem najpierw sami ze Zbyszkiem założyliśmy kostiumy, on szalik na twarz, ja maskę, nagłośniliśmy rozmowę przy szklarni:

Zbyszek, odejdź, bo to wyjątkowo silna mieszanka! Nowy środek wirus plus grzyb, internauta pisał, trzy tygodnie po oprysku nie wolno zjadać warzyw.

Obficie spryskałam liście ogórków i pomidorów miksturą na niebiesko. Ledwie wytrzymałam zapach mydła. Wyglądało to wszystko iście zabójczo.

Lucyna nie wytrzymała, podeszła pod ogrodzenie;

Co ty tu robisz, Halina, cholera jasna? Truciznę lejesz, robaki czy pożar?

Nie zdjęłam maski dla efektu.

Znaleźli nową zarazę, Lucyna. Wirus z grzybem, pędraki masowo wszystko zżerają, eksperymentalny preparat z Niemiec. Okres karencji min. trzy tygodnie, inaczej można sobie spustoszyć żołądek. A jak dotkniesz, to tylko kwasem domyjesz I tak ryzykuję.

Lucyna odsunęła się kilkanaście kroków i gwałtownie kazała rodzinie nie jeść tej sałatki, bo dziwnie gorzkie się zrobiło. Pod maską uśmiechałam się szeroko.

Przez kolejny tydzień Lucyna swoją rodzinę i wnuki straszyła już nie żartując. Kiedy maluchy zbliżały się do granicznego płotu, aż piszczała:

Nie ruszać, tam trują, zaraza, tego nie dotykać!

A my wieczorami spokojnie opłukiwaliśmy ogórki z barwnika i mieliśmy chrupiące z własnego ogródka, których nikt już nie brał. Pomidory, niebieskie przez parę dni, odstraszały ludzi i ptaki jak nic innego.

Po tygodniu Lucynie zaczęły wracać podejrzenia.

Halka, a ty czemu swoje ogórki zjadasz? Na was ta chemia nie działa?

Ze sklepu mam, Lucyna, wiadomo polskie niby, a smakują jak plastik, wyobraź sobie, ale co zrobić!

A pomidory czemu dalej niebieskie?

Ten środek taki nowoczesny, wnika w liść. Nanotechnologia!

Pokręciła się, pogderała, obrażona, ale do grządek moich już nie zaglądała. Najlepiej działała niepewność!

Kulminacja przyszła w sierpniu. Jeszcze trochę błękitnego nalotu zostało tu i tam, słońce wypłukało resztę chemii z pomidorów. Wtem musiałam pojechać na parę dni do miasta. Przed odjazdem zawiesiłam na furtce sporą tabliczkę z napisem:

Uwaga! Monitoring! Działka opryskiwana eksperymentalnym preparatem III klasy niebezpieczeństwa! Spożycie bez neutralizacji grozi trwałym uszkodzeniem układu pokarmowego! Zarząd ROD powiadomiony. W przypadku naruszenia natychmiast policja.

Wiadomo monitoring to była podpucha. Ale wyglądało poważnie.

Kiedy wróciłam, zastałam przed płotem Lucynę kłócącą się z panem przewodniczącym ogrodu panem Piotrem, człowiekiem skrupulatnym i zasadniczym.

Panie Piotrze, co to za rzeczy! Ona chce nas wszystkich wytruć, jakieś eksperymenty na ludziach robi, dzieciom potem żołądki bolą! Niech zabronią jej tych dziwnych środków!

Piotr, zmęczony, zdjął okulary, zobaczył mnie i odetchnął:

Pani Halino, co tu się dzieje?

Panie przewodniczący, żadnych niedozwolonych środków tu nie ma odpowiedziałam rzeczowo. Tabliczka to taka prewencja złodzieje ostatnio usiłują dobrać się do łakoci. Jakby ktoś nie właził bez pytania, na brzuch by się nie skarżył.

Ja?! Ty udowodnij, iż ja komuś coś wzięłam! rzuciła się Lucyna.

Mam nagranie z monitoringu skłamałam gładko. Jak się upierasz, pokażę przy świadkach, jak łazisz przez płot, i twoi goście natkę wyrywają. Albo zgłoszę.

Odpowiedź była szybka czerwona fala na twarzy, strach w oczach, konsternacja. Sama nie wiedziała, czy nie wpadła na kamerę Przełknęła ślinę i wykrzyczała:

Żebyś się tymi warzywami zadławiła! Sama sobie rób chemię, ja swoje wyhoduję!

Odburknęła i trzasnęła drzwiami.

Pan Piotr uśmiechnął się z ukosa, spojrzał na tabliczkę i na moje lekko niebieskawe pomidory:

Pani Halino, ta chemia to taka mocna?

Barwnik spożywczy i mydło na mszyce, panie Piotrze. Od sąsiadki zbyt przedsiębiorczej skutkuje najlepiej!

Zrozumiałem! Nie mam pytań. Może zostać, porządku dobrze pilnować!

Od tej pory relacje z Lucyną stały się zimnowojenne. Odwracanie się plecami, pogardliwe miny, w miasteczku opowieści, iż jestem wiedźma i trucicielka Ale zbiorów mi nie pożarli.

Największe zdziwienie przyszło jednak wiosną przyszłego roku. Przyjechałam na rozpoczęcie sezonu i moim oczom ukazała się Lucyna przekopująca własne grządki krzywo, nieporadnie, ale jednak z łopatą w rękach! Obok skrzynki z kiepską rozsada kiełkujące kupne tomaty, smętne ogórki, ale SAMA je posadziła.

Przy płocie na sekundę zrobiłam przystanek. Lucyna wyprostowała się i odruchowo postawiła łopatę pionowo, jakby chciała paradować z bagnetem.

Czego?! Popatrzyć przyszłaś?!

Daj Boże, Lucynka, żeby urosło. Tylko piasku może bym dosypała

Sama sobie poradzę, wiem co robię! Moje będzie, nie z eksperymentu!

I dobrze, najlepiej swoje!

Latem rosły już pierwsze jej krzywe ogórki i maleńkie pomidory. Pilnowała ich jak oka w głowie, a obce dzieciaki odganiała spod płota łopatą. A sio! Pracowałam, potu się wylało! Nie boisko tu, tylko trudy!

Zbyszek patrzył na to ze mną i śmiał się pod nosem.

Widzisz? Płot wart byłby fortunę, ale lepszy jest własny wysiłek.

Na zakończenie sezonu Lucyna sama podeszła do płotu. Przez siatkę wyciągnęła słoik z kiszonymi ogórkami trzy sztuki w mętnej zalewie.

Masz, spróbuj. Moje. Według przepisu z Poradnika Działkowca robiłam.

Przyjęłam prezent z szacunkiem.

Dzięki, Lucynko. To ja ci dam na przyszły rok nasion trochę, takich najlepszych. Bawole serce. Tyle iż sadzić je trzeba w lutym pokażę ci, jak.

No… dobra. Jak nie żałujesz.

Dla tych, co sami pracują, nigdy niczego nie żałuję.

Staliśmy chwilę obok siebie, patrząc na ostatnie liście, resztki jesiennego słońca na naszych działkach. Tabliczka o truciźnie dawno już zniknęła, ale granica szacunku została mocniejsza niż jakikolwiek mur.

Ten sezon zamknęłam rekordową liczbą słoików z pomidorami i ani jeden nie zginął.

Halina S. (Poznań, ROD Przyjaźń)

Na waszym miejscu jak wy sobie radzicie z upartymi sąsiadami na działce?

Idź do oryginalnego materiału