Oj tam, no weź, Karolinko, nie bądź taka! Żal Ci kilku ogórków? I tak Ci przerosną, pożółkną, a ja mam wnuki na urlopie niech dzieci witaminki pojedzą. My tu przecież jak swoi, za płotem mieszkamy!
Grażyna wychyliła się przez niski płotek z siatki, rozdzielający ogródki, i obdarzyła Karolinę uśmiechem, słodkim jak landrynki po terminie. W jednej dłoni dzierżyła miskę emaliowaną, do połowy wypchaną cudzymi truskawkami, drugą już łasiła się do porzeczek oczywiście na działce Karoliny.
Karolina, klęcząca właśnie w grządkach przy marchewce i dłubiąca mikroskopijne chwasty, wyprostowała się z jęknięciem. Kręgosłup strzelił głośno, jakby to był sygnał alarmowy. Przetarła pot z czoła wierzchem ręki solidnie umazanej w ziemi i rzuciła sąsiadce groźne spojrzenie. Swoi ludzie to słyszała co lato, odkąd z mężem Marianem kupili ten kawałek zapuszczonego pola i zamienili go w wzorcowy ogród, którego pozazdrościłby niejeden rolnik.
Grażynko powiedziała Karolina spokojnie, choć stanowczo. Przecież Ty też masz truskawki. Widziałam. Czemu swoich nie zbierasz?
Phi, u mnie? Co tam za truskawki! Grażyna machnęła lekceważąco ręką. Wszystko jakieś kapeć, kwaśne, robale zjadły. Ja nie potrafię tych Waszych nawozów, podlewek U mnie wszystko bio, jak Bóg dał. U Ciebie to hoho owoc jak pięść. A Wy z Marianem we dwoje, gdzie to wszystko zjecie? Przepukliny się nabawicie!
Karolina westchnęła głęboko. Logika Grażyny była równie oporna, jak polski urzędnik. Dla niej, jeżeli ktoś ma więcej, to obowiązkowo musi oddać temu, kto nie ma. Powód braku lenistwo jakoś nie wchodził do rachunku.
Ogródek Grażyny wołał o pomstę do nieba: krzywe jabłonie, zarośnięte mchem, grządki, które motykę widziały chyba tylko na zdjęciu, a mlecze z euforią rozrzucały swoje parasolki po sąsiednich działkach. Grażyna pojawiała się tu tylko na duchowe SPA: leżała w hamaku, opiekała najtańsze parówki na cegłach i słuchała najgłośniej jak się dało Radia Złote Przeboje.
Karolina była pasjonatką grzebania w ziemi. Każdy krzak znała po imieniu, nasiona pomidorów zamawiała przez internet, wstawała o piątej, żeby otwierać foliak, kładła się, gdy już choćby jeże szły spać. Każdy ogórek czy pomidorek miał w sobie smak nieprzespanych nocy i bolących stawów.
Grażynko, odstaw miskę powiedziała Karolina. Zbieram truskawki na dżem. Każda mi się liczy.
Ależ się zaczyna przedstawienie! Grażyna teatralnie przewróciła oczami. Sknera roku! Bez przesady, dziecku żałujesz? Wyrwać mi truskawkę z ust chcesz?
Pośpiesznie, korzystając z zamieszania, wrzuciła sobie największą jagodę w usta, żując demonstracyjnie, i zmyła się do siebie, niosąc łup niczym Amazonka po zwycięskiej bitwie.
Karolina stała chwilę, gotując się w środku jak kompot z mirabelek. Marian, jej mąż, wyszedł właśnie z narzędziami z komórki. Przyglądał się całej scenie, ale nie interweniował nie lubił babskich kłótni.
Znowu Grażyna pcha się na pole? zapytał.
Pcha się jak krowa w szkodę mruknęła Karolina. To już przegina. W zeszły weekend ogórki pożyczyła, jak byliśmy w sklepie. Niby bo wyrosły, szkoda. Teraz w biały dzień truskawki rwie.
No to postaw mur chiński podsunął Marian. Blachę trapezową, dwa metry wysokości!
Na działkach nie wolno, Marian, westchnęła Karolina. Tylko siatka, żeby nie zacieniać sąsiadom. A na porządny płot i tak nie mamy, bo przecież kupiliśmy w tym roku nowy foliak.
Atmosfera gęstniała z tygodnia na tydzień. Lipiec był upalny, plony obfite. Pomidory jak bombki, ogórki takie, iż rzepę można było z nich wystrugać, papryka aż dymiła soczystością. Im więcej u Karoliny, tym częściej Grażyna kręciła się przy płocie.
W pewną sobotę, gdy Grażyna miała gości (cały tabun, chyba rodzina rozbita po trzech województwach), imprezowali do późna, z piwem i discopolo. Wieczorem, kiedy Karolina podlewała róże, Grażyna już nieco rozweselona podeszła do płotu.
Karolina! wykrzyczała. Ratuj, bo nam się zakąska skończyła! Daj trochę tych Twoich pomidorów gigantów i szczypiorek czy co tam masz! Do sklepu daleko, a goście krzyczą o dokładkę.
Karolina, celując w korzenie róży, odparła bez cienia wzruszenia:
U mnie pomidory nie wszystkie jeszcze dojrzałe. Te co są, jutro jadą do córki, do miasta.
Oj, przestań! Grażyna zawinęła się przez płot, podsunęła nos w stronę grządek Widać, iż dojrzalsze od mojej teściowej! Sknera jesteś. Daj, nie pożałujesz, czekoladę Ci potem kupię!
Nie, Grażyna rzuciła Karolina stanowczo. Nie.
Sąsiadka zeszła z tonu mina się wykrzywiła, oczy zmrużyła:
No i siedź ze swoimi pomidorami! Niech Ci popękają! Taką sąsiadkę mieć śniegu zimą żałuje! Psiakrew!
Resztę wieczoru plantacja Karoliny była komentowana z ogródka Grażyny, przeplatało się coś o krakowskich centusiach, chytrych na złotówkę, warzywa to ma pewnie radioaktywne, kto to wie, co ona sypie. Zrobiło się Karolinie przykro wróciła do domu i zagłuszyła hałas telewizorem.
Rano jej serce zamarło drzwi do nowego foliaka stały otwarte. Wbiegła na grządki.
Jak podejrzewała dolne kiście największych pomidorów oberwane po chamsku. Niektóre pędy połamane, po ziemi walały się niedojrzałe sztuki. Ogórków wyraźnie ubyło. W grządce po zielonych spalone łyse place. Maniok wycięty razem z korzeniem.
Karolina patrzyła na spustoszenie jak na pole bitwy. To nie było zwykłe złodziejstwo. To był brak szacunku dla cudzej pracy i czasu.
Marian! zawołała drżącym głosem.
Mąż wbiegł, spojrzał i spoważniał.
To już przeszło żarty. Kradzież jak byk.
Tylko kto to udowodni, Marian? Kamery nie mamy. Powie, iż nie ona. Albo, iż sami zerwaliśmy i mamy do nikogo pretensje. Grażyna potrafi człowieka zagadać na śmierć.
Karolina podeszła do płotu. U sąsiadki cisza goście spali. Na tarasie, pomiędzy pustymi butelkami, samotnie sterczała miska z resztkami sałatki. Widać było kawałki jej bawolego serca, wielkiej pomidorowej dumy oraz charakterystyczne kędziorki natki.
Koniec ze świętym spokojem powiedziała Karolina, a jej głos zabrzmiał twardo jak stal. Długo zgadzałam się na łaskę, teraz będzie po mojemu. Ale sprytnie!
Nic nie rób z policją zastrzegł Marian. Jeszcze się zamieszamy przez wiadro pomidorów.
Spokojnie uśmiechnęła się Karolina nieco złowieszczo. Będzie legalnie. Psychologia i odrobina chemii gospodarczej.
Plan gotowy w minutę Karolina ruszyła do miasta do ogrodniczego. Wróciła po paru godzinach z zestawem: żółty ogrodniczy kombinezon, okulary, respirator, rękawice, opryskiwacz, kilka torebek niebieskiego barwnika spożywczego i butla najtańszego, śmierdzącego mydła.
Wieczorem, gdy Grażyna i jej klan zajadali kacowe śniadanie, w ogródku Karoliny ruszył spektakl. Karolina przebrana w kombinezon, maseczka, rękawice wyglądała jak ekspertka-epidemiolożka z TVN-u. Marian ubrał sztormiak i maskę. Z widocznym rozmachem Karolina rozrabiała w wiadrze niebieski barwnik z mydłem zapach był jakby ktoś umył krowę domestosem.
Marian, odejdź! zagadała głośno przez respirator, tak, żeby słychać było aż w Pcimiu. To bardzo silny preparat! Instrukcja: bez ochrony choćby nie podchodź!
Bez litości pryskała pomidory, paprykę i kapustę. Wszystko pokryło się niebieskimi plamami, zupełnie jakby ogród nawiedziła zombie-epidemia.
Grażyna podeszła do płotu, z zaniepokojoną miną.
Karolina, co Ty wyprawiasz? Pożar? Chemia jakaś śmierdzi!
Karolina odłożyła opryskiwacz, maski nie zdjęła.
Gorzej, Grażynko! Najnowsza zaraza z internetu wirus mozaiki z grzybem. Mogłaby w dzień zniszczyć cały plon. Kupiłam środek eksperymentalny AgroPenetrator 3000. Truja wszystkie owady, ptaki i ludzie też mogą ucierpieć, jeżeli się zje szybciej niż po trzech tygodniach. Szybkie zatrucie! Ale potem, po trzech tygodniach, niby bezpieczne.
Trzy tygodnie?! stężała Grażyna. A jak się dotknie?
Jak się dotknie, to trzeba myć ręce spirytusem albo kwasem. Jak się sok dostanie do śluzówki to nie polecam! choćby płukać kombinezonu nie będę od razu do śmieci.
Grażyna przez chwilę wpatrywała się w niebieskie pomidory jak student prawa w kodeks podatkowy. W końcu, bokiem, powłócząc nogami, odeszła od płotu.
Dzieciaki! Tego sałatki nie ruszać! Coś mi gorzko wyszła a tu wiecie lepiej nie ryzykować.
Karolina uśmiechnęła się w duchu etap pierwszy zakończony pomyślnie. Cały tydzień Grażyna traktowała płot jak strefę zdemilitaryzowaną. Na dzieci wrzeszczała, byle nie podchodziły. A sąsiadka wieczorami dyskretnie spłukiwała barwnik z ogórków, zostawiając niebieskie jedynie na pomidorach. Ogród odstraszał choćby ptaki.
Po tygodniu, wiadomo, lęki zaczęły się rozmywać.
Karolina! dopadła ją Grażyna pewnego ranka. Ty tam swoje ogórki zjadasz bez obaw? Przecież mówiłaś, iż trzy tygodnie kwarantanna!
Karolina, spokojna jak zawsze, zgryzła ogórka.
Te sklepowe są. Swoich bym nie tknęła, przecież widać, iż przez cały czas niebieskie. Kupne, z supermarketu plastikowe, ale co zrobić.
A czemu pomidory dalej niebieskie? Deszcz przecież przyszedł.
Przecież ten środek działa w strukturze nanotechnologia! Nie spłucze się łatwo, taki wynalazek.
Grażyna zburczała i odmaszerowała do grządek jednak nie wróciła. Ale finał dopiero nadszedł.
W sierpniu, gdy przyszedł czas zbiorów, barwnik już prawie zszedł. Grażyna najwyraźniej uznała, iż środek uleciał, a chciwość jest lepsza od zdrowego rozsądku.
Karolina akurat miała jechać do Krakowa do córki na kilka dni. Na furtce powiesiła wielką kłódkę, a na płocie od strony Grażyny zamocowała solidną, kolorową tabliczkę:
*UWAGA! Monitoring wizyjny HD. Grządki pryskane substancją eksperymentalną III klasy niebezpieczeństwa. Spożycie bez neutralizacji grozi powikłaniami żołądka. Zarząd ogródków powiadomiony. Przy wejściu wezwanie policji.*
Kamery bzdura, ale tabliczka wyglądała, jakby sam GIS ją akceptował.
Po dwóch dniach Karolina wraca, a z daleka widzi Grażynę, dyskutującą z przewodniczącym ogródków, panem Stanisławem, emerytem o wzroku sokolim i sercu celnika.
Panie Staszku, to niebezpieczne eksperymenty! Ona ludzi truje, wnuk mi nocą żołądek rozbolał, niechże pan zakaz wprowadzi, a kamery niech weźmie, bo mnie śledzi!
Stanisław, znużony, czyścił okulary. Ujrzał Karolinę i westchnął z ulgą.
Dzień dobry, Karolino. Tu sąsiadka zgłasza sprawę chemii i kamer
Panie Stanisławie, żadnej niedozwolonej chemii nie mam. Tabliczka na odstraszenie złodziei, bo ostatnio plony giną. A wnuki? Jakby nikt się nie szwendał wieczorem po cudzym, to i brzuchy by nie bolały.
Ja niby po cudzym? zapieniła się Grażyna. Udowodnij!
Karolina, spojrzawszy twardo Grażynie w oczy, odparła:
Mam nagrania, Grażynko. Kamery testowałam w nowym systemie, z czujnikiem ruchu Chcesz obejrzeć filmik, jak we wtorek przez płot się zapuszczałaś? A może Twoi goście w sobotę, jak mi natkę darli? Planowałam zgłosić na policję, ale mogę się wstrzymać
Grażyna zrobiła się purpurowa, jakby zjadła trzy buraki na surowo. Znała swoje winy, nie była pewna, gdzie i kiedy kamera mogła wisieć. Bała się kompromitacji bardziej niż mandatu.
A zabierz sobie te zmutowane pomidory! Sama sobie wyhoduję wrzasnęła i trzasnęła drzwiami jak nastolatka.
Stanisław rzucił okiem na tabliczkę, potem na pomidory, a potem na Karolinę, w kąciku oka błysk rozbawienia.
Mocny środek, co?
Barwnik spożywczy i mydło. Na mszyce bomba, na łakomych jeszcze lepsze.
Tak trzymaj uśmiechnął się przewodniczący. Tabliczkę zostaw. Zapobiegawczo.
Od tego dnia stosunki weszły w fazę zimnej wojny. Grażyna nie mówiła dzień dobry, demonstracyjnie odwracała się na widok Karoliny, a całej działce opowiadała, iż mieszka koło czarownicy i trucicielki. Karolina nie protestowała najważniejsze, iż plony ocalały.
Największa niespodzianka czekała ją jednak w kolejnym sezonie. Przyjechała na wiosnę i na działce Grażyny: robota wre! Sąsiadka sama, sapiąc i narzekając, przekopywała grządkę. Krzywo, topornie, ale własnoręcznie. Obok stały skrzynki z marną rozsadą, ale SŁUSZNĄ, bo kupioną samodzielnie.
Karolina podeszła do płotu. Grażyna, widząc ją, wyprostowała się i wzięła szpadel jak do obrony Jasnej Góry.
Patrzysz i się cieszysz?
Bożego błogosławieństwa życzę, Grażynko odparła Karolina pojednawczo. Tylko głęboko nie kop, bo glina. Lepszy piasek.
Sama wiem! Obejdę się bez pomocy. Moje to moje. Zero eksperymentów.
I dobrze Karolina się uśmiechnęła. Najlepsze własne.
Latem Grażynie wyrosły pierwsze, koślawe ogórki i maleńkie pomidorki. Chodziła wokół nich dumna jak prezes spółdzielni, a do cudzych grządek już nie ciągnęło. Bo jak się samemu narobi, to i cudze mniej nęci. Wiesz, ile warte każda truskawka.
Wieczorem Karolina usłyszała, jak Grażyna pogania lokalnych łobuzów przy czereśni:
Wynocha! Tu nie boisko, tu uprawa! Jedno zadepcze, sto stracone!
Karolina spojrzała porozumiewawczo na Mariana, który akurat szykował grilla. Zaśmiali się oboje.
Widzisz? rzekła Karolina. Ty mówiłeś, iż najlepiej ogrodzić. A wystarczył trud własny pot wychowuje najlepiej.
Przed zamknięciem sezonu Grażyna podeszła sama, nieśmiało podając słoik z ogórkami, różnej wielkości.
Masz Próbuj. Moje własne cały Poradnik Działkowca wertowałam, jak je kisić.
Karolina przyjęła prezent z namaszczeniem godnym medalu.
Dzięki, Grażyna. A ja Ci na wiosnę dam nasiona tych Bawolich Serc. Tylko trzeba wysiać w lutym, pokażę Ci jak.
No dobra odmruknęła już prawie uśmiechnięta. Tylko nie oszukuj.
Nigdy! Dla pracowitych szkoda nic.
Postały przez chwilę, patrząc na opadający liść. Tabliczka o chemii dawno już spłynęła z deszczem, ale niewidzialna granica ta z szacunku została i była skuteczniejsza od stali.
A Karolina w tym roku zamknęła rekordową liczbę pomidorów w słoikach. I nie zmarnował się ani jeden.
Jeśli podobał Ci się ten tekst, zostaw lajka i podziel się swoją historią o działkowych sąsiadach w komentarzu!

5 dni temu




