Codziennie o dziewiątej rano dzwonię do teściowej i pytam, czy zamknęła klatkę. Ona się śmieje, mówi, iż przesadzam, iż Fasola – tak nazwała tego pytona – nigdy by jej nie skrzywdziła. Nazywam się Bartosz Winiarski, mam czterdzieści jeden lat, prowadzę warsztat lakierniczy na Bemowie i od trzech lat modlę się, żeby moja teściowa w końcu oddała tego węża do ogrodu zoologicznego.
Zacznę od tego, iż nie jestem tchórzem. Widziałem różne rzeczy w życiu – wypadki na Trasie Toruńskiej, pożar w hali lakierniczej sąsiada, raz choćby gasiłem samochód klienta, który zapalił się na podnośniku. Ale kiedy pierwszy raz zobaczyłem tego pytona owiniętego wokół ramienia Ireny – tak ma na imię teściowa, siedemdziesiąt trzy lata, emerytowana księgowa z Radomia, mieszka sama w domku po mężu od jedenastu lat – poczułem, jak mi się nogi uginają.
Irena zawsze była inna niż inne teściowe. Moja żona, Kasia, mówi, iż matka zawsze wolała zwierzęta od ludzi, i chyba ma rację. W ich domu w Radomiu, przy ulicy Kusocińskiego, zawsze było pełno stworzeń – papugi, chomiki, kiedyś choćby iguana. Ale węża dostała trzy lata temu od sąsiada, który wyjeżdżał na kontrakt do Norwegii i nie miał go komu zostawić. Miał być na dwa tygodnie. Zostały trzy lata.
Nazwała go Fasola, bo jak przyniosła go do domu, mieścił się w słoiku po ogórkach. Teraz ma prawie cztery metry i tyle co ja, może więcej.
Kasia pomogła matce urządzić dla niego porządny terrarium – z lampą grzewczą, z nawilżaczem, ze wszystkim jak trzeba, bo Kasia jest weterynarzem, pracuje w klinice na Woli i wie, co robi. Przyjeżdżałyśmy z Kasią co miesiąc, sprawdzałyśmy, czy wąż ma odpowiednią temperaturę, czy je regularnie. Irena traktowała to poważnie, nigdy nie robiła z niego zabawki. Muszę to przyznać, mimo wszystko, co się później działo.
Problem zaczął się, kiedy Fasola przestał jeść. Irena zadzwoniła do Kasi, powiedziała, iż wąż odmawia karmy od dwóch tygodni, iż mniej się rusza. Kasia uspokoiła ją – węże potrafią pościć miesiącami, to normalne. Ja wtedy jeszcze nic nie wiedziałem, siedziałem w warsztacie, malowałem zderzak w audi klienta i nie miałem pojęcia, iż za trzy tygodnie będę stał w progu sypialni teściowej z sercem walącym jak młot.
Bo pewnej nocy Irena obudziła się z czymś ciężkim na nogach. Włączyła lampkę – tę małą, z abażurem w kwiatki, którą kupiła na bazarze przy Traktach Brzeskich jeszcze za czasów swojego męża – i zobaczyła Fasolę rozciągniętego na całej długości łóżka. Jakoś wydostał się z terrarium, przeszedł przez cały dom, wspiął się po nodze łóżka.
Zamiast krzyknąć, ona się uśmiechnęła. Sama mi to potem opowiadała, z dumą w głosie, jakby to było jakieś osiągnięcie.
— Postanowiłeś dotrzymać mi towarzystwa? – powiedziała do węża, pogłaskała go i zasnęła dalej.
Od tamtej nocy zaczęło się coraz gorzej. Fasola zaczął przychodzić do jej łóżka regularnie. Najpierw kładł się obok. Potem zaczął się owijać – najpierw wokół nóg, potem wyżej, aż pewnego ranka Irena obudziła się z jego cielskiem owiniętym wokół brzucha, a głową opartą tuż przy jej klatce piersiowej.
Ja bym się wtedy zabarykadował w drugim pokoju. Ona zadzwoniła do córki i powiedziała, iż wąż zrobił się "przytulaśny".
Kasia przyjechała do Radomia w niedzielę, ja zostałem w domu z naszym synem, bo miał akurat mecz w sobotę i był zmęczony. Piłam kawę i czekałem na telefon, obierając ziemniaki na obiad, bo taki mam zwyczaj – zawsze robię coś rękami, kiedy się denerwuję. Kasia zadzwoniła po godzinie.
Głos miała inny. Spokojny, ale taki spokojny, jaki bywa u lekarza, który już wie, co powie, i szuka adekwatnych słów.
— Musisz przyjechać po mamę. Dziś. Teraz.
Opowiedziała mi wtedy, czego się dowiedziała, siedząc w kuchni Ireny. Matka opisała jej dokładnie, jak Fasola przestał jeść trzy tygodnie temu, jak zaczął spać przy niej co noc, jak z każdym dniem owijał się coraz mocniej. Kasia od razu wiedziała, co to znaczy – w pracy widziała to raz, przy konsultacji dla hodowcy z Piaseczna. Duże węże, kiedy szykują się do polowania na dużą zdobycz, przestają jeść, żeby oczyścić przewód pokarmowy. Potem mierzą ofiarę własnym ciałem, owijając się wokół niej, sprawdzając, czy zmieści się do przełknięcia. A kiedy uznają, iż tak – zaciskają.
Irena nie karmiła go od miesiąca. Fasola mierzył ją każdej nocy.
Pojechałem do Radomia tego samego wieczoru, dziewięćdziesiąt kilometrów w niecałą godzinę, bo drogi były puste, a ja nie zważałem na ograniczenia. Kasia czekała już przed domem, blada, z rękami skrzyżowanymi na piersi. W środku Irena siedziała przy stole kuchennym, obrażona, bo Kasia zabroniła jej wracać tej nocy do sypialni, gdzie w terrarium, teraz zamkniętym na dwie kłódki, leżał zwinięty Fasola.
— Przesadzacie – powtarzała. – On mnie kocha. Jest ze mną trzy lata.
Kasia usiadła obok niej, wzięła ją za rękę i powiedziała to, co powtarzała mi później ze łzami w oczach:
— Mamo, on cię nie kocha. On cię mierzy.
Tej nocy Irena spała u sąsiadki, pani Grażyny, która od lat użycza jej cukru i pietruszki z ogródka. Rano przyjechał z Kasią kolega z pracy, hodowca węży z licencją, ten sam, który konsultował sprawę z Piaseczna. Przewiózł Fasolę do rezerwatu dla dużych gadów pod Kozienicami, gdzie ma teraz osiemnaście metrów kwadratowych wybiegu i towarzystwo innych pytonów.
Irena płakała, kiedy klatka opuszczała podwórko na przyczepce. Nie płakała ze strachu. Płakała, bo naprawdę go kochała, tylko nie rozumiała, iż to uczucie było jednostronne.
Trzy tygodnie później Kasia zawiozła ją do notariusza w Radomiu, przy placu Konstytucji 3 Maja, i Irena podpisała pełnomocnictwo zdrowotne dla córki – dokument, który daje Kasi prawo decydować o opiece nad matką, jeżeli kiedykolwiek znów oceni zagrożenie inaczej niż zdrowy rozsądek. Trzyma go teraz w szarej teczce w szufladzie biurka w swoim gabinecie, obok innych spraw klinicznych.
Ja jeżdżę do Radomia co niedzielę, sam, z synem albo z Kasią. Irena ma teraz kanarka, którego nazwała Mały, i akwarium z rybkami. Kiedy pytam, czy tęskni za Fasolą, wzrusza ramionami i mówi, iż tęskni, ale iż rozumie.
W zeszłą niedzielę, kiedy siedzieliśmy przy jej stole, zadzwonił telefon z rezerwatu w Kozienicach – zapraszają rodziny dawnych opiekunów na dzień otwarty, można zobaczyć zwierzęta zza szyby, na odległość. Irena zapisała numer na karteczce i przykleiła ją do lodówki, obok zdjęcia wnuka w stroju piłkarskim.
Pojedziemy tam wszyscy razem, w październiku. Ale tym razem będzie szyba. I to mi wystarczy.

1 tydzień temu








