Skwer, którego mieszkańcy Wałbrzycha nie chcieli oddać betonowi

polregion.pl 1 tydzień temu

Grażyna Kowalik pracowała w Wałbrzychu jako ogrodniczka miejska już siedemnasty rok, kiedy w 2019 roku dostała zadanie, które z początku wydawało się niewykonalne: obniżyć temperaturę w centrum miasta o kilka stopni – bez klimatyzatorów, bez fontann, tylko łopatą i sadzonkami.

Zaczęło się od jednej ulicy. Od skrzyżowania przy dawnej hucie szkła, gdzie w lipcu asfalt topił się pod kołami wózków, a starsi ludzie z osiedla siadali na ławkach w cieniu jedynego kasztanowca, jaki przetrwał lata betonozy. Grażyna pamięta, jak pan Edward, emerytowany górnik z bloku przy tej samej ulicy, powiedział jej wtedy krótko: – Panienko, tu się nie da już oddychać. Ptaki choćby nie przylatują.

Miasto nie miało pieniędzy na wielkie inwestycje. Budżet na "zielone korytarze" – tak to nazwano w dokumentach urzędu – wynosił niewiele, bo sto dwadzieścia tysięcy złotych na pierwszy etap. Za to były ręce. Grażyna zorganizowała grupę osiemnastu osób z pobliskiego osiedla socjalnego – bezrobotnych, byłych górników, kilku nastolatków wyrzuconych ze szkoły za wagary – i przez pięć lat, od 2019 do 2024, uczyła ich sadzić drzewa tak, żeby przyjęły się w miejskiej ziemi pełnej gruzu i rdzy po dawnych warsztatach.

Nie każdy chciał w to wierzyć. Radny Piotr Zdunek, który akurat ubiegał się o reelekcję, na sesji rady miasta nazwał program "zabawą w ogródek za pieniądze podatników" i domagał się, żeby te środki poszły na remont parkingu przy urzędzie. Kłócili się o to na sali obrad przez dwie godziny, aż burmistrz uciął temat, mówiąc, iż parking może poczekać rok.

Drzewa czekać nie mogły. Sadzono je jesienią i wiosną – klony, jarzębiny, lipy, a wzdłuż rzeki Pełcznicy dodatkowo topole i wierzby, bo te znoszą wilgoć i powodzie, które w tym mieście zdarzały się co kilka lat. W sumie w pięć lat powstało dwadzieścia dwa kilometry zielonych ciągów łączących osiedla z centrum, a w ziemi znalazło się sto dziewięćdziesiąt tysięcy drzew i krzewów.

Efekt nie przyszedł od razu. Pierwsze dwa lata to była głównie praca – kopanie dołków w twardej, zbitej glinie, podwiązywanie sadzonek do palików, żeby nie połamał ich wiatr z Sudetów. Ale do 2023 roku coś się zmieniło. Termometr na budynku dawnej przychodni przy ulicy Broniewskiego, który przez dekady wskazywał w lipcu trzydzieści cztery, trzydzieści pięć stopni, zaczął pokazywać wyniki niższe o prawie dwa stopnie. Mieszkańcy zauważyli to szybciej niż jakiekolwiek statystyki miejskie – bo znowu można było usiąść na ławce po piętnastej, bez poczucia, iż siada się na patelni.

Pan Edward, ten sam emerytowany górnik, doczekał tego lata, kiedy pod nowo wyrośniętymi lipami znowu pojawiły się wróble. Przychodził tam codziennie, siadał z termosem herbaty i gazetą, i mówił sąsiadkom, iż to jedyne miejsce w mieście, gdzie jeszcze pachnie czymś innym niż spalinami z ronda.

Radny Zdunek reelekcji nie wygrał. Nowa rada, już w 2024 roku, głosowała za rozszerzeniem programu na kolejne osiedla – Podgórze i Sobięcin, tam gdzie stare tereny pogórnicze do tej pory stały gołe i szare, jak blizny na mieście. Grażyna dostała awans – nie na papierze, bez wielkiej pompy, po prostu urząd przekazał jej większy zespół i większy budżet, dwieście pięćdziesiąt tysięcy złotych rocznie na kolejne trzy lata.

We wrześniu 2026 roku, kiedy dwudziestu dwóch nowych praktykantów z programu aktywizacji zawodowej stawiło się na pierwszy dzień szkolenia, Grażyna zabrała ich nie do biura, a właśnie na tamto skrzyżowanie przy hucie. Postawiła ich pod kasztanowcem, tym samym, który przetrwał wszystko, i powiedziała to, co zawsze mówi na początku: iż drzewo, które sadzą teraz, żaden z nich nie zobaczy w pełnej krasie – ale ich dzieci będą pod nim siadać w środku lata, kiedy temperatura znowu zacznie pobijać rekordy.

Jeden z praktykantów, dziewiętnastoletni chłopak imieniem Kuba, zapytał, co się stanie, jeżeli kolejny radny znowu zechce to wyciąć pod parking. Grażyna nie odpowiedziała mu słowami. Wyjęła z kieszeni złożony na pół arkusz papieru – uchwałę rady miasta z lipca 2024 roku, wpisującą wszystkie dwadzieścia dwa kilometry zielonych ciągów do miejskiego planu ochrony terenów zielonych na kolejne dwadzieścia pięć lat, z podpisami całej rady, łącznie z tymi, którzy głosowali przeciwko poprzedniej wersji programu. Rozłożyła go na desce ławki, przygniotła kamieniem, żeby nie zwiał wiatr, i kazała chłopakowi przeczytać na głos paragraf trzeci. Kuba przeczytał, złożył papier z powrotem, oddał go Grażynie. Nikt nic więcej nie powiedział. W koronie kasztanowca kłócił się o coś stado wróbli, a dołek na następne drzewo już czekał, wykopany, gotowy.

Idź do oryginalnego materiału