To ostanie znaczenie nawiązuje do sokoła wędrownego, ptaka drapieżnego, który potrafi podobno wypatrzyć gołębia z odległości blisko dziesięciu kilometrów. Na pikniku sokolniczym zorganizowanym przez Muzeum Przyrodnicze w Uzarzewie dowiedzieć się o sokolnictwie można było znacznie więcej.
Chwila w naturze
Lubię jeździć do Uzarzewa. Zawsze jest to związane z koniecznością przejścia kilku kilometrów pieszo od stacji kolejowej i możliwością pooglądania tego, co po drodze w naturze piszczy. A mimo jesieni, da się sporo zaobserwować. Zresztą, przyroda oferuje nam swoje bogactwo każdego dnia, wystarczy tylko chcieć się jej nieco przyjrzeć.
A dziś? Dziś skupiłem się na podziwianiu jesiennych kolorów – liście na drzewach były chyba blisko maksimum swojego przebarwiania się.

fot. Dawid Tatarkiewicz
Kątem oka spostrzegłem na niebie dwa drapieżniki – prawdopodobnie wędrujące myszołowy. Jednak show skradły żurawie, które przelatywały w okolicy wysoko i odzywały się pięknie, przywodząc na myśl raczej wiosnę, niż nadchodzącą zimę. Leciały jednak w kierunku zachodnim…
Wciąż jeszcze latały w środowisku ważki z rodzaju szablak (Sympetrum sp.) oraz – z euforią dostrzegłem ważkę sporo większą, też różnoskrzydłą – z rodzaju Aeshna. Była to żagnica sina. Nazwa, oddająca ubarwienie młodych, dojrzewających samców, ma się nijak do pięknego zielono-niebiesko-czarnego koloru samców dorosłych. Nieznacznie dalej, po radosnym locie, bielinek usiadł na pobliskim kwiecie. Było to samo w sobie pięknym zjawiskiem, które potwierdziło, iż kilka potrzeba do szczęścia. Od razu też przypomniały mi się ciepłe, letnie dni.
Chwil kilka z drapieżnikami
Z daleka dało się dostrzec, iż coś dzieje się dziś w Muzeum. Idąc od strony Katarzynek i dochodząc do głównej, asfaltowej drogi, zauważyłem zaparkowane samochody. Gęsiego, jeden za drugim, stworzyły jednoramienny klucz, nawiązujący do ptasich kluczy ciągnących po niebie.
Rozpocząłem od wysłuchania wykładu, na którym „Pan od ptaków” opowiadał o historii sokolnictwa w Polsce. Okazuje się, iż tradycja ta sięgać może choćby około tysiąca lat. I choć we wniosku do UNESCO wspomniano o raptem pięciuset latach tej historii, to i tak – po pięciu latach procedowania – sokolnictwo polskie wpisano oficjalnie na Reprezentatywną Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ludzkości UNESCO. Co więcej, obchodzimy właśnie piątą rocznicę tego wydarzenia.
Tym bardziej nie mogło więc dziwić, iż zagęszczenie ptaków drapieżnych w okolicy uzarzewskiego dworu było wyjątkowo duże. Niektóre osobniki przebywały na rękach (rękawicach) swoich opiekunów, inne – na specjalnych siedziskach. Natomiast wokół nich, niczym satelity, krążyli ludzie, chcący zrobić sobie pamiątkową fotografię.
Była to rzeczywiście wyjątkowa okazja, gdyż na co dzień te dostojne, zaopatrzone w szpony i ostre dzioby istoty, nie pracują jako modele przy sesjach zdjęciowych. Natomiast praca wykonywana przez niektóre z tych drapieżników jest bardzo istotna, także z punktu widzenia ludzkiego bezpieczeństwa. Odpowiadają bowiem za przepłaszanie ptactwa na lotniskach, co zapobiega kolizjom z samolotami.
Wśród ptaków drapieżnych, które mogliśmy podziwiać, występowały gatunki obce dla naszej awifauny – tym bardziej dla nas oryginalne. Oryginalny był również pokaz sokolniczy, stanowiący swoiste apogeum dzisiejszego pikniku.

fot. Dawid Tatarkiewicz
Najpierw jegomość, ubrany w strój szlachecki, wraz z towarzyszącą mu niewiastą, opowiedział – w sposób zajmujący i barwny – o tym, co miało nastąpić. Z humorem, ale rzeczowo poinformował zgromadzoną licznie widownię, jak należy się ustawić oraz zachować, gdyby ptak zechciał zachować się niestandardowo.
Pierwszy osobnik latał nisko przy ziemi, wabiony od jednej do drugiej osoby prowadzącej pokaz. Co ciekawe, na polecenie szlachcica, stopniowo zawężaliśmy drapieżnikowi pole kolejnych lotów (mam na myśli szerokość toru, bo jego długość pozostawała bez zmian). I tak aż do momentu, w którym przelatujący ptak niemal dotykał swymi krańcowymi lotkami osób tworzących szpaler. Było to niesamowite przeżycie.
Drugi gatunek drapieżnika, tym razem z rodziny sokołowatych, miał zupełnie inną taktykę polowania, a co za tym idzie: i pokaz musiał wyglądać inaczej. Zgromadzona publiczność utworzyła spory „owal” wokół dziedzińca dworskiego (może choćby był to bardziej prostokąt o zaokrąglonych wierzchołkach), a puszczony ptak najpierw zataczał nad nami kręgi, by wzbić się na określoną wysokość. Kiedy to już nastąpiło, udało się go zwabić przynętą, którą zgrabnie operował sokolnik. Kilka polowań z rzędu nie powiodło się, ale ptak nie rezygnował, a jego konsekwencja została ostatecznie nagrodzona – sokolnik pozwolił mu upolować zdobycz. Pokaz zakończył się oklaskami przybyłych nań gości.
Chwila powrotu
Wracałem w pięknej jesiennej aurze, podziwiając dookolną naturę. Najpierw niewielki jeż przeszedł mi niemal pod nosem w poprzek piaszczystej, utwardzonej drogi. Następnie znowu dały się słyszeć (i widzieć) żurawie, lecące majestatycznie na tle nieba. Natomiast blisko stacji PKP w Kobylnicy, w polu oziminy, wypatrzyłem kilka synogarlic. Zacząłem je liczyć, a w międzyczasie doleciały kolejne ptaki. Ostatecznie naliczyłem czternaście osobników.
Tak więc, do oglądania, a adekwatnie czytania przyrody, wystarczy nam choćby nieuzbrojone oko. Nie trzeba mieć sokolego wzroku, a choćby lornetki. Może nie dostrzeżemy gołębia z kilku kilometrów, ale synogarlice siedzące na polu, iż tak powiem: zauważalnie bliżej – już owszem. To wystarczająco bogaty materiał, bym się nim mógł z Państwem dzielić w swoich felietonach z przyrody.

6 dni temu



![Do serca przytul psa: 4-letni Cezar szuka domu [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/11/Zezar-schronisko-Swidnica-3.jpg)
