Bury sznaucer o imieniu Fasolek trafił do mnie z klatki schroniska przy ulicy Grochowskiej, cały w kołtunach, śmierdzący i nieufny wobec ludzkich rąk. Miałam wtedy trzydzieści dwa lata, prowadziłam mały salon groomerski na tyłach kamienicy przy Świętokrzyskiej, w Kielcach, i przyjęłam go za darmo, bo pani z fundacji błagała przez telefon, a ja akurat miałam wolne okienko między dwoma yorkami.
Właścicielka, pani Danuta, siedemdziesięcioletnia emerytka z bloku na osiedlu Ślichowice, przyprowadziła go na smyczy zrobionej ze zwykłego sznurka. Powiedziała tylko: „Niech pani zrobi, co się da. On się boi choćby suszarki".
Postawiłam go na stole roboczym, tym z gumową matą, żeby się nie ślizgał. Za oknem akurat lał deszcz, w radiu leciała stara piosenka Maryli Rodowicz, a z sąsiedniego lokalu, warsztatu szewskiego, dochodził zapach kleju i skóry.
Pies stał sztywno, uszy przy głowie, ogon podkulony. Nie warczał, tylko drżał — takim drobnym, ciągłym dygotem, jakby ktoś w nim wewnątrz kręcił korbką.
— No dobrze, kolego — powiedziałam do niego, chociaż wiedziałam, iż nie zrozumie ani słowa. — Zaczynamy powoli.
Pierwsze dwadzieścia minut poszły na samo rozczesywanie kołtunów przy łapach, tam gdzie sierść zbiła się w twarde grudki od błota i czegoś, co wyglądało na resztki starej taśmy klejącej. Trzymałam nożyczki z zaokrąglonym czubkiem, żeby nie skaleczyć skóry, i pracowałam po centymetrze. Fasolek przestał drżeć dopiero, gdy zaczęłam nucić coś pod nosem — sama nie pamiętam co, jakąś melodię bez słów.
Wyczyściłam mu uszy specjalnym płynem, wytarłam wacikiem, sprawdziłam, czy nie ma kleszcza schowanego głębiej. Potem zęby — szczoteczka z pastą o smaku wołowiny. Fasolek polizał ją raz, drugi, i chyba pierwszy od rana rozluźnił szczękę.
Telefon zadzwonił, kiedy nabierałam wodę do wanny.
— Mamo, ile to jeszcze potrwa? — usłyszałam przez drzwi, bo pani Danuta odebrała w poczekalni, nie wyłączając głośnika. — Ja mówię poważnie, jak ten pies ma same problemy, to może w końcu… — reszty nie dosłyszałam, bo drzwi się domknęły, ale pani Danuta wróciła do środka z twarzą jakby ktoś jej odebrał kawałek podłogi spod nóg.
— Syn uważa, iż jestem za stara na psa z takimi kołtunami w głowie co i na ciele — powiedziała, siadając na krześle dla klientów. — Mówi, iż łatwiej będzie, jak ktoś inny go weźmie.
Nie skomentowałam tego, tylko nalałam wody do wanny, sprawdzając temperaturę wnętrzem nadgarstka. Ale coś we mnie się zacisnęło, jakiś supeł zawiązał się w okolicach mostka, i przez resztę kąpieli łapałam się na tym, iż patrzę na Fasolka trochę inaczej — nie jak na kolejnego klienta, tylko jak na kogoś, komu ktoś chce coś odebrać bez pytania go o zdanie.
Kąpiel to był oddzielny numer. Miałam wannę z regulowaną wysokością, ciepłą wodę, szampon dla psów o wrażliwej skórze — bez zapachu, bo silne perfumy potrafią je jeszcze bardziej zestresować. Zmoczyłam go powoli, zaczynając od łap, nie od głowy, żeby się nie przestraszył strumienia wody na pysku. Mydliłam, spłukiwałam, jeszcze raz mydliłam, bo brud siedział głęboko.
Suszarka to był test. Włączyłam ją na najniższym obrocie, z daleka, i patrzyłam, jak reaguje. Uszy znowu przylegały do głowy, ale nie uciekał. Po pięciu minutach już stał spokojnie, choćby oparł się o moją rękę, jakby szukał punktu podparcia.
Strzyżenie zajęło resztę popołudnia. Wyrównałam sierść na grzbiecie, wymodelowałam charakterystyczną dla sznaucerów bródkę i brwi, przycięłam pazury, które były zdecydowanie za długie i pewnie sprawiały mu ból przy chodzeniu po asfalcie. Na koniec — mała muszka w kratkę, którą trzymam w szufladzie na specjalne okazje, i odcisk łapki błyszczącym pudrem na boku, taki żart, który klienci uwielbiają na zdjęciach.
Kiedy postawiłam go przed lustrem, przekrzywił łeb, jakby nie poznawał własnego odbicia.
Pani Danuta przyszła po niego o siedemnastej, z parasolką jeszcze mokrą od deszczu. Kiedy zobaczyła psa, złapała się za usta obiema rękami.
— To mój Fasolek? — spytała, a głos jej się załamał w połowie zdania.
— Ten sam. Tylko czystszy o dwa kilogramy brudu.
Zapłaciła, przypięła smycz i wyszła z nim w deszcz, a ja jeszcze długo stałam przy oknie, patrząc, jak idą oboje w stronę przystanku, on truchtem, ona wolno, przystając co kilka kroków.
Trzy tygodnie później zadzwoniła córka pani Danuty — nie ta sama osoba co syn z telefonu w poczekalni, tylko młodsza, bardziej zdyszana — z wiadomością, iż matka trafiła do szpitala z zapaleniem płuc i nie ma kto zająć się psem.
Wzięłam go do siebie na ten czas. Bez wahania, bez pytania kogokolwiek o zgodę — po prostu spakowałam mu miskę i koc do samochodu, starego opla corsy, który ledwo trzymał się kupy, i pojechałam po niego na Ślichowice.
Fasolek mieszkał ze mną trzy tygodnie w moim mieszkaniu przy ulicy Sienkiewicza, spał na starym swetrze obok kaloryfera, bo lubił ciepło, i budził mnie codziennie o szóstej rano, skrobiąc łapą w drzwi sypialni. Piątego dnia zastałam jego miskę na podłodze w kawałkach, poszarpaną na krawędziach, bo zostawiłam go samego na dłużej i chyba się nudził albo bał, iż znowu ktoś go gdzieś odda. Kupiłam nową tego samego popołudnia, w drogerii zoologicznej przy Sienkiewicza, i postawiłam obok kaloryfera, dokładnie tam, gdzie stała poprzednia.
Nauczyłam się, iż boi się odkurzacza, uwielbia gotowaną marchewkę i potrafi przesiedzieć całe popołudnie przy oknie, patrząc na wróble na parapecie sąsiada. Nauczyłam się też, iż kiedy budzę się o szóstej i nie słyszę skrobania w drzwi, sprawdzam najpierw, czy oddycha, zanim jeszcze otworzę oczy do końca.
Pani Danuta wróciła ze szpitala osłabiona, ale żywa. Kiedy przyjechałam oddać jej psa, na progu bloku czekała już z synem — mężczyzną w moim wieku, który od razu zaczął tłumaczyć, iż mama nie da rady sama chodzić z psem na spacery, iż lepiej będzie, jeżeli pies zostanie u mnie na stałe, iż przecież i tak go polubiłam.
Miał rację w jednym: polubiłam. Ranek bez skrobania w drzwi wydawał mi się już teraz o wiele za cichy, a swetra od kaloryfera nie miałam odwagi jeszcze uprać.
— Pies jest pani matki — powiedziałam mimo to. — Zostaje z nią.
Nie krzyczałam, nie tłumaczyłam się. Po prostu podałam pani Danucie smycz do ręki i postawiłam przy jej nogach nową miskę, tę samą co stała u mnie przy kaloryferze.
Syn otworzył usta, żeby coś jeszcze powiedzieć, ale pani Danuta uprzedziła go, kładąc dłoń na łbie psa.
— Dziękuję — powiedziała do mnie. — Za wszystko.
Odjechałam swoim oplem, zostawiając ich dwoje na klatce schodowej — starszą kobietę, syna, który nie zdążył dokończyć zdania, i psa w kraciastej muszce, merdającego ogonem, jakby w ogóle nie zauważył, ile kosztowało mnie to, żeby go tam zostawić.

1 tydzień temu








