Tamara Iwanowna dowiedziała się, iż jej mąż spotyka się z sąsiadką z ogródków działkowych, gdy przyszła do niej pożyczyć sól do kiszenia ogórków.

1 tydzień temu

Barbara Zbigniewa dowiedziała się o romansie męża, gdy przyszła do sąsiadki pożyczyć sól do kiszenia ogórków. Drzwi otworzył Zbigniew. Jej Zbyszek. W rodzinnych slipach i podkoszulku.

Zbyszek? tylko tyle zdołałem wydusić.

Zbladł, potem poczerwieniał, potem znów zbladł.

Basia Zaraz wszystko wyjaśnię…

Za jego plecami pojawiła się sąsiadka, Kazimiera, wdowa od lat. Miała na sobie szlafrok zarzucony na nagie ciało.

Zbyszek, kto tam? zapytała i zobaczyła Barbarę. Ojej…

Staliśmy tak troje, patrząc się na siebie w milczeniu. W końcu Barbara odwróciła się i ruszyła do furtki, coraz szybciej prawie biegiem.

Basia! Zaczekaj! Zbigniew rzucił się za nią, zapominając o ubraniu.

Cała ulica, a było tam dwanaście działek rekreacyjnych, wysypała się patrzeć.

Szacowny Zbigniew Tadeusz, prezes ogrodów działkowych, biega bez spodni za żoną.

Cyrk zawitał mruknął Marian z lewej działki.

Barbara wbiegła do domu i zamknęła się na klucz. Zbigniew walił pięściami w drzwi.

Basia, otwórz! Pozwól wszystko wyjaśnić!

Ile lat? krzyknęła zza drzwi.

Co?

Ile lat już to trwa?

Zbigniew zamilkł. Potem cicho powiedział:

Osiemnaście.

Barbara zsunęła się po drzwiach na podłogę. Osiemnaście lat. Akurat tyle właśnie kończył młodszy syn, Paweł.

Furtka zaskrzypiała i na podwórze weszła Kazimiera. Już zdążyła się ubrać, uczesać.

Barbara, wyjdź. Musimy pogadać.

Idź stąd, żmijo!

Jesteśmy dorosłe. Bez histerii, okej?

Barbara opanowała się, wyszła. Usiadła na ganku. Kazimiera przysiadła obok. Zbigniew kręcił się w oddali.

Osiemnaście lat… powiedziała Barbara. Jak to możliwe?

Pamiętasz, jak leżałaś dwa miesiące w szpitalu, bo kręgosłup bolał?

Pamiętała. Operacja, długa rehabilitacja. Zbyszek wtedy suszył wszystkie ogórki, pomidory zgniły. Jeszcze się dziwiła, jak on daje sobie radę bez niej.

Pomagałam mu przyznała Kazimiera. W ogrodzie, w kuchni… I tak wyszło.

I się zaczęło burknął Zbigniew.

Osiemnaście lat! Barbara wstała. Wyście mnie przez te lata za idiotkę mieli!

Nikt cię za idiotkę nie miał Kazimiera też wstała. Żyłaś swoim życiem, my swoim.

On jest moim mężem! Ojcem moich dzieci!

I co? Przestał być ojcem? Dzieci głodne chodzili? Działka zaniedbana?

Barbara zamachnęła się na Kazimierę, ale Zbyszek złapał ją za rękę.

Basia, nie trzeba…

Nie dotykaj mnie!

Wyrwała się, weszła do domu. Przed bramą tłumek już przyglądał się wszystkiemu. Wieści na działkach rozchodzą się lotem błyskawicy.

Rozejść się! wrzasnął Zbigniew. Przedstawienie skończone!

Ale nikt się nie rozchodził. Debatowali. Ludka z trzeciej działki głośno mówiła:

Ja wiedziałam! Zawsze ich razem widywałam!

Wymyślasz odezwał się jej mąż. Jesteś ślepa jak kret.

Sam jesteś kret! Ja wszystko wiem!

Wieczorem Barbara siedziała na werandzie. Zbyszek chodził wkoło.

Basia, powiedz coś.

A co mam powiedzieć? Rozwód!?

Jaki rozwód? My mamy po sześćdziesiątce!

To co? Po sześćdziesiątce nie można?

Daj spokój, nie zachowuj się jak dziecko. Czterdzieści lat razem!

Z nich osiemnaście z Kazką.

Z tobą mieszkałem! Tylko… od czasu do czasu przechodziłem do niej.

Od czasu do czasu?

No… dwa razy w tygodniu.

Dwa razy w tygodniu przez osiemnaście lat to nie „od czasu do czasu”, Zbyszek. To system.

Usiadł naprzeciw.

Basia, rozumiesz, kocham cię. Ale Kazka… ona jest inna.

Lepsza?

Nie lepsza. Po prostu inna. Z tobą dom, dzieci, obowiązki. U niej odpoczywam. Od tego wszystkiego.

Odpoczywasz sobie! Ja też bym chciała odpocząć! Ale muszę ogórki kisić!

No właśnie! Ty ciągle coś robisz! Ogórki, pomidory, dżemy… A ja czasem bym chciał po prostu posiedzieć, pogadać, wypić.

Ze mną się nie da?

Z tobą to dzieci, wnuki, działka… Z nią o życiu, o książkach.

Książki czyta? zdziwiła się Barbara.

Kazimierę znała jako prostą kobietę ze wsi.

Czyta. I zna poezję. Lubi klasykę.

Barbara aż się roześmiała. Zbyszek i klasycy.

I co teraz?

Nie wiem. Zależy od ciebie.

Ode mnie? A ty?

A ja… Basia, mam sześćdziesiąt dwa lata. Jakie decyzje na stare lata? Chcę spokoju, już.

Z kim? Ze mną czy z nią?

Zbyszek milczał. Potem powiedział:

A może z obiema?

Barbara chwyciła pierwsze, co miała pod ręką. Słoik z ogórkami. Rzuciła w niego. Nie trafiła; rozbił się o ścianę.

Wynoś się!

Zbyszek odszedł. Do Kazimiery, oczywiście.

W nocy Barbara nie spała. Myślała. Czterdzieści lat wspólnego życia. Dwoje dzieci, wnuki. Działka budowana razem.

I osiemnaście lat kłamstwa.

Chociaż… czy to było kłamstwo? Przecież nie obiecał wierności. Po prostu żył raz z Basią, raz z Kazką.

Rano przyszła Zofia z piątej działki, przyniosła placek.

Barbara, trzymaj się.

Dzięki.

Jak trzeba, mój Staszek może spuścić Zbyszkowi łomot.

Nie trzeba. My już nie dzieci.

I co zamierzasz?

Na razie nic.

Ja bym wygoniła. Zdradził cię!

Zosiu, a twój Staszek nie chodzi do Ludki z trzeciej działki?

Zofia pobladła.

Skąd ci to do łba przyszło?

Widziałem ich w malinach.

To… wcale nie tak!

A jak?

O grządkach gadali!

W objęciach?

Zosia obrażona wyszła, trzaskając drzwiami.

Przed południem przyszedł Marian.

Pani Barbaro Trzeba pomóc może z ziemią?

Nie trzeba.

A Zbyszek prosił przekazać, iż wieczorem przyjdzie po rzeczy.

Jakie rzeczy? Rodzinne slipy?

Nie wiem. Przekazuję.

No dobrze, przekazał pan. Dzięki.

Pokręcił się, poszedł.

Wieczorem Zbyszek rzeczywiście przyszedł, z pokorną miną.

Rzeczy zabiorę.

Zabieraj.

Wszedł do domu. Barbara za nim.

Zbyszek, czemu właśnie Kazka? Co w niej?

Zatrzymał się.

Nie wiem. Po prostu… z nią łatwiej.

Zemną trudno?

Nie trudno. Tylko ty zawsze wszystko wiesz najlepiej. Jak kiszenie ogórków, sadzenie ziemniaków, ile dać wnukom na urodziny. Ona nie wie. Pyta mnie.

I czujesz się ważny?

Raczej potrzebny.

Barbara usiadła na łóżku.

Zbyszek, ja też nie wszystko wiem. Nie wiem na przykład, jak żyć, kiedy mąż spotyka się z sąsiadką od osiemnastu lat.

Basia

Nie wiem, jak spojrzeć dzieciom w oczy. Co powiedzieć wnukom, iż dziadek u sąsiadki mieszka.

Nie trzeba nic mówić!

Trzeba. Jacek jutro przyjeżdża z żoną i małym. Co powiem?

Powiedz, iż się pokłóciliśmy.

Zbyszek usiadł obok.

Basia, może spróbujemy zapomnieć?

Jak to?

Udajemy, iż nic się nie stało.

Jasne. Kazka za płotem, ty ją widzisz codziennie i udajemy, iż nic nie ma?

A co proponujesz?

Barbara podeszła do okna. Za płotem Kazimiera podlewała ogórki, w tym samym szlafroku.

Wiesz co? Żyj gdzie chcesz. Ale wnukom wyjaśnisz sam.

Basia!

I w tym roku sam będziesz kisił ogórki.

Nie umiem!

Kazka ci pomoże. Jest ponoć oczytana. Poradzi sobie i z ogórkami.

Zbyszek odszedł z tobołkiem. Ulica znów patrzyła.

W nocy Barbara usłyszała hałas. Ktoś chodził po działce. Wyszła na dwór. Przy szklarni stał Zbyszek.

Co robisz?

Pomidory sprawdzam. Jutro ma być upał, muszę otworzyć.

Przecież poszedłeś.

Poszedłem. Ale pomidory są moje! Nie pozwolę im zmarnieć!

Otworzył szklarnię, przeszedł za płot.

Rano przyjechał Jacek z rodziną.

Mamo, gdzie tata?

U sąsiadki.

W gości?

Tam mieszka.

Jacek usiadł.

Jak to?

Barbara powiedziała wszystko jak było, krótko, bez szczegółów.

Osiemnaście lat?! Mamo, to…

Co?

To znaczy, iż gdy Paweł się urodził, oni już…?

Wygląda na to.

Jacek poszedł do Kazimiery. Barbara słyszała krzyki, potem trzasnęła furtka. Syn wrócił.

Tata mówi, iż kocha was obie.

No to nam się trafiło.

Mamo, może naprawdę kocha?

Jacku, mógłbyś kochać dwie kobiety?

Ja? Nie. Ale tata jest… inny.

To prawda.

Wnuk przybiegł z podwórza.

Babciu, czemu dziadek u cioci Kazki mieszka?

Bo pomaga jej w ogródku odpowiedziała Barbara.

Jacek się roześmiał.

Mamo, masz klasę!

W nocy Barbara znowu usłyszała szmery. Zbyszek podlewał grządki.

Zbyszek, czy ty jesteś normalny?

Susza! Wszystko padnie!

Masz swoją rodzinę, podlewaj tam.

Kazka ma własny ogródek!

No to tam podlewaj!

Ale tego też szkoda!

Barbara chwyciła wąż.

Daj, pomogę. Bo do południa będziesz się grzebał.

Podlali razem, w ciszy. Potem usiedli na ławce.

Zbyszek, serio kogo bardziej kochasz?

Basia, co za pytanie?

Normalne pytanie. Kogo?

Zamyślił się.

Was obie. Ale inaczej.

Jak to?

Ty jesteś dla mnie jak prawa ręka pewna, niezawodna. Bez ciebie nie umiem. A ona… to jak święto. Rzadko, ale wesoło.

A gdyby mnie nie było?

Phi! Nie mów takich rzeczy!

Ale gdyby. Ożeniłbyś się z nią?

Chyba nie.

Czemu?

Wtedy stałaby się prawą ręką. A święta by nie było.

Czyli potrzebujesz nas obu.

Chyba tak.

Siedzieli, patrząc w gwiazdy.

Zbyszek, może ja też zorganizuję sobie święto?

Zbyszek poderwał się.

Jakie święto?

Faceta jakiegoś. Marian oferował pomoc.

Marian?! Ja mu pokażę…

Co pokażesz? Przecież ty jesteś u Kazki.

To co innego!

Czym innym?

Basia, ty nie jesteś taka!

Skąd wiesz, jaka jestem? Może też czytam klasykę?

Nie czytasz.

Zacznę.

Zbyszek wstał.

Basia, powiedz serio. Co chcesz?

Ale czego chciała? By było jak dawniej? Już nigdy nie będzie jak dawniej.

Chcę żyć spokojnie. Ogórki kisić. Wnuki niańczyć.

I?

I nic. Żyj gdzie chcesz.

Znaczy?

Chcesz do Kazki idź. Chcesz do domu wracaj. Ale nie kłam już więcej.

A jak Marian do ciebie przyjdzie?

Nie przyjdzie. Ma Natalkę z dziewiątej działki.

Skąd wiesz?

Zbyszek, nie jestem ślepa. Po prostu milczałam. Jak wszyscy.

Rano Zbyszek przyszedł z rzeczami.

Basia, serio mogę tu wrócić?

Łóżko w szopie. Napompuj materac, pośpisz jakoś.

Zostawił tobołek, poszedł po materac.

Sąsiedzi patrzyli, szeptali. Kazimiera podlewała ogórki, jakby nic się nie stało.

Syn wyszedł na ganek.

Mamo, tata wrócił?

Materac pompuje w szopie.

Ty święta? Przebaczyłaś mu?

Głupia jestem, nie święta. Zmienić się już nie dam rady.

Po tygodniu Zbyszek przeniósł się z szopy do domu. Po miesiącu Barbara przestała zauważać, iż dwa razy w tygodniu znikał do sąsiadki. Po roku nikt już nie pamiętał o tej całej aferze.

Pojawiły się nowe historie. Ludka z trzeciej poszła do Piotra z piątej, a Zosia zamieszkała u męża Ludki.

Barbara kisiła ogórki. Zbigniew stawiał nową szklarnię. Kazimiera za płotem czytała książkę.

Bo czym jest miłość? Przeżyć razem czterdzieści lat, wychować dzieci, postawić dom, zasadzić sad.

I pogodzić się z tym, iż idealnie nie będzie. choćby w miłości.

Zwłaszcza w miłości.

Idź do oryginalnego materiału