Tata i jego działka To, iż tata sprzedał ich wspólną działkę, Olga dowiedziała się zupełnie niespodziewanie i całkiem przypadkiem. Podczas telefonicznej rozmowy, gdy z miejskiego telefonu dzwoniła do mamy do innego miasta. Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach — kiedy przez pomyłkę stajesz się trzecim, niemym uczestnikiem czyjejś rozmowy, tylko słyszysz, jak rozmawiają inni. Jakaś telefonistka połączyła przez przypadek trzy osoby. Dwa miasta, dwie osoby, które przez kilka opłaconych minut dzielą się najważniejszą nowiną: działki już nie ma, sprzedana z zyskiem, teraz można… zdziałać wiele, choćby Olce trochę podarować! Mamy Olgi i jej ciotki Irki głosy były tak znajome, choć dzieliło je sto dwadzieścia kilometrów i linie telefoniczne przesyłające głos jako impulsy elektryczne. Fizyka zawsze była dla Olgi trudna — tata ją zawsze do nauki zmuszał. *** – Tato, czemu we wrześniu słońce jest takie inne? – Jakie, Olciu? – Sama nie wiem… trudno to wytłumaczyć, światło jest jakieś inne, bardziej miękkie, chyba. Niby świeci, ale nie tak jak w sierpniu. – Ucz się fizyki, we wrześniu układ ciał niebieskich jest zupełnie inny! Łap jabłko! – Tata się roześmiał i rzucił Olce ogromne, lekko spłaszczone, pachnące miodem czerwone jabłko. – Papierówka? – Nie, jeszcze niedojrzała. To korzenna prążkowana. Zachrzęściła w ustach, poczuła słodką, białą pianę, nasiąkniętą latem i ziemią. O odmianach jabłek, jak i o fizyce, Ola wiedziała niewiele. I w tym tkwił główny problem — bo Ola, ósmoklasistka, od dwóch lat była zakochana w nauczycielu fizyki. Świat schodził się w jedno, niebo się rozstępowało, a prawa fizyki wcale nie chciały się zmieścić w kratki szkolnego zeszytu. Tata wszystko rozumiał po jej nieobecnych oczach i kiepskim apetycie. O wszystkim mu powiedziała, już rok temu. Przepłakała noc, jak mała, u niego na kolanach. Mama była akurat w sanatorium. Starsza o dwanaście lat siostra studiowała w innym mieście. Na działce tata stawał się szczęśliwy, cały czas podśpiewywał, gwizdał melodie. W domu nigdy tego nie robił. Tu królowali mama i siostra, gdy wracała z miasta. Mama była piękna i dumna, kierownik wojskowej biblioteki, wysoka, o rudych włosach i kozackim charakterze. Farbowała włosy henną, więc co dwa miesiące wychodziła z łazienki z wielkim turbanem na głowie i pachniała trawą i deszczem. Była urzekająca na pierwszy rzut oka. Tata — drobniejszy, starszy o prawie dziesięć lat, zwyczajny. Tak kiedyś mama powiedziała siostrze, a Ola się wtedy obraziła. – Saszka taki trochę niewidoczny. Ale facet nie musi przecież być piękny. Niewidoczny na tle ogniście rudych włosów mamy, jej krzykliwych gestów, bicia talerzy i nieokiełznanego temperamentu. Mama kochała porządek i wygodę. Musiała znosić tatowe „żołnierzyki”, jak się ich nazywało — czasem spali na podłodze w ich małym, dwupokojowym mieszkaniu. Tata służył w wojsku, a po zwolnieniu został głównym mechanikiem w lipieckim telegrafie. Przez żołnierskie znajomości budował swoją działkę — znajomi przyjeżdżali pomagać kopać, stawiać dom. Mały domek z werandą, na której Ola latem uwielbiała czytać. Tata podawał jej miski z agrestem albo truskawkami prosto na dach. Najlepsze chwile. Mama rzadko na działkę zaglądała, dbała o ręce, o urodę. Ola je podziwiała, tata całował. – Takie ręce to tylko do książek, a nie do grzebania w grządkach — żartował i mrugał do Olki… *** Pierwsze krople wrześniowego deszczu zastukały w dach werandy. Wesołe, szybkie, nie melancholijne. Ola schowała książkę. – Oluś, schodź już, mama zaraz przyjedzie z Irką, trzeba obiad ugotować — tata mówił wyjątkowo pogodnym głosem. A Ola stała, patrzyła w niebo — szare, napęczniałe, ale nie groźne. Twarz miała mokrą od deszczu. Okręciła ramionami, żeby się rozgrzać. Tylko na dachu — bliżej nieba, dalej od ziemi — przez chmury przebijały się promienie słońca. Fizyka zapomniana, na pierwszym roku na polonistyce w akademiku miejskiego uniwersytetu panują zupełnie inne zasady. Ola niemal od razu dostała miejsce w akademiku, ale przez pierwszy tydzień września spała na stancji z gospodynią — druga połowa mieszkania zajęta przez studentów. Na zajęciach głębokie zanurzenie w literaturę i język. Wykładowcy, którym cała grupa się podkochiwała — takim autorytetem i charyzmą przyciągali. Po zajęciach tęskniła za domem. Jeszcze nie miała znajomych. Stołowała się skromnie, włóczyła po ulicach do wieczora. Obca uroda wielkiego miasta była zimna i samotna. Tak samotna, jakby Ola wcale nie schodziła stromą ulicą Metalowców, obok głównego gmachu uniwersytetu, przez ciemny, prywatny sektor. Nie ona wracała do nowego domu, nie ona potknęła się i rozdarła nowe, ciasne lakierki. Na kuchni unosił się zapach jabłek od taty, które w podzięce gospodyni przywiózł skrzynkami. Od tego słodkiego, lekko gnijącego zapachu napływały łzy i serce zaczynało się miotać. Gdy zamieszkała w akademiku, okazało się, iż sąsiadki to studentki z NRD — Viola, Magda i Marion. Od niemieckiego głowa pękała, wieczorem wychodziła na podwórko. Niemki przychodziły po Olę, prosiły o papierosa i zawsze potem oddawały kasę, co Polakom wydawało się dziwne. A one dziwiły się polskim przetworom mamy, zwłaszcza pomidorom, które zjadały z kartoflami. Gdy zapasy Olgi się kończyły, wyciągały wędliny, które były nie do pomyślenia — ale same nie częstowały. W maju kończyły roczną praktykę i wracały do Niemiec, na kuchni zostawały stosy zimowych butów, które kupowały na rosyjską zimę. Niemieckie buty! Polki podkradały po cichu… *** – Olciu, posiekaj kapustę, ja wykopię marchewkę. Wywar już gotowy. Mała kuchnia parowała od powolnego gotowania rosołu. Wielka główka kapusty rozłożyła się na desce koronką jasnych liści. Ola oderwała liść, chrupnęła. Z ziemi wszystko pyszne. Zaczęła siekać gwałtownie i z werwą, kapusta pachniała słodko. Otworzyła okno, wpuszczając woń mokrych liści, ogniska i jabłek. Tata widoczny z tyłu, łopata w ziemi, Ola wiedziała, iż bolą go plecy. Rzuciła nóż, wybiegła na ogród, objęła go od tyłu, przytuliła. On się odwrócił, cicho objął, pocałował ją w czubek głowy. Tego wieczoru Irka przyjechała sama — mamę rozbolała głowa, została w domu. *** Za mną uniwersytet, studenckie małżeństwo, praca w gazecie „Nowator” fabryki lotniczej, pierwszy zawał taty, narodziny córki i choćby rozwód. W pięć lat wiele się wydarzyło. Mąż Olgi odszedł do innej, a ona została z dwuletnią Marysią na stancji. Tata przyjeżdżał co dwa tygodnie, przywoził zakupy, bawił się z wnuczką. – Olka, nie miej do mamy żalu, iż nie przyjeżdża jak ja, dobrze? W drodze ją mdli… A może ma kogoś…? – Tato, co Ty?! W tym wieku adoratora?! Tata zaśmiał się gorzko. Zamilkł. Ola nagle zobaczyła, iż wyraźnie posiwiał i posmutniał. choćby przestał podgwizdywać. – Tato, może w poniedziałek wezmę urlop? Pojedźmy na działkę, póki ciepło, razem z Marysią? *** Działka była zasypana liśćmi, ostatni ciepły październik i babie lato. Rozpalili piecyk, zaparzyli herbatę z liści czarnej porzeczki. Ola na gwałtownie smażyła placki ziemniaczane. Tata zgarniał liście, Marysia pomagała, potem sama rozsypywała i piszczała z radości. Masło skwierczało, pękało. Z ogrodu dobiegało tatowe podgwizdywanie. Wieczorem palili ognisko. Ulica pusta, sąsiednie działki również. Tata nadziewał chleb na gałązki wiśniowe, pomagał Marysi trzymać nad ogniem. Ola ogrzewała zmarznięte dłonie przy ogniu, zawsze ją to fascynowało. Przypomniał się pierwszy studencki wyjazd na praktyki do Kazachstanu, gitarowe piosenki przy ognisku, uczucie zakochania bez obiektu — po prostu zakochanie w nocnej, gwiaździstej bezkresności, ciszy stepu, rozkojarzonych akordach gitary, w twarzach. Twarze przy ogniu są inne, niż za dnia. Każda twarz ma swoją tajemnicę i głębię oczu. Tam poznała przyszłego męża. Na pracy zawołali ją na zebranie partyjne — kandydatura Olgi do PZPR. Wieczorem kuła statut i materiały zjazdowe. A potem pytania — o rozwód, kto winien, kto moralnie niezdolny. Ola się jąkała, niemal płakała. W obronie wystąpił kolega: – To nie jest zebranie komunistów, tylko chamskie! Po latach wspominać to będzie z niedowierzaniem… Kiedy się ściemniło, zgasili ognisko. Przy furtce zatrzymał się samochód. Głośno trzasknęły drzwi. Mama! Piękna, w modnym płaszczu, powiedziała, iż z pracy podwiózł ją kolega. Marysia rzuciła się babci, tata się skrzywił, nieporadnie pocałował mamę. – Co to za kolega? – Saszka, naprawdę, po prostu mnie podrzucił! Nie znasz go… Przy kolacji rozmowa się nie kleiła, Marysia marudziła. Mama dopytywała Olę o pracę, myśląc o czymś swoim. Tata milczał, patrzył i pochylał coraz niżej ramiona. Wieczór się popsuł… *** Rok później taty już nie było. Rozległy zawał, odszedł w dwa dni, na początku ciepłego października. Po pogrzebie Ola wzięła urlop, żeby pobyć na działce. Marysię zostawiła babci ze strony męża. Wszystko wypadało z rąk. Jabłek było jak nigdy, Ola rozdawała wiadrami sąsiadom, gotowała konfitury z miętą i cynamonem, jak lubił tata. Przyjechał pomóc tata kolega z pracy, z którym regularnie jeździł do szkółki ogrodniczej w Grójcu po sadzonki. – Zostanę parę dni, Olka, ogarnę ogród, poprzycinam drzewa, jeżeli nie masz nic przeciw, dobrze? – Panie Janie, co Pan! Dziękuję! Na “Olka” zaraz napłynęły łzy, właśnie wtedy uderzyło uczucie absolutnej nieodwracalności, osierocenia. Przedtem jakby czekała, aż tata wróci, iż to koszmar. Pierwsze dni po odejściu, rano między snem a jawą długo nie mogła pojąć, czemu tak źle. Sekunda, przebudzenie, fale czarnych myśli — taty już nie ma. Potem zalewało poczucie winy, iż nie zatrzymała go na świecie. – Działki nie sprzedawaj, Ola, będę przyjeżdżać i pomagać. Wiesz, tamta antonówka, razem wybieraliśmy, ty byłaś jeszcze dziewczynką. Po drodze do Grójca Saszka mówił o tobie więcej niż o siostrze. Długo oglądał sadzonki, ja go popędzałem, denerwowałem się… Janek został trzy dni, przekopał ogród, podciął jabłonie, nawiózł nawozem i pod gankiem posadził trzy krzaki żółtych chryzantem za zgodą Olgi. – Syćko trochę wcześniej lepiej sadzić, ale jesień ciepła — się przyjmą! Na pamiątkę Saszki. Różę jeszcze trzeba okryć, liście zebrać, ale to już następnym razem. Przy pożegnaniu się przytulili. Zaczął padać deszcz. Ola długo stała przy furtce i patrzyła, jak Janek odchodzi. Poczuł, obejrzał się, pomachał, żeby wracała do domu. Deszcz się wzmógł, uderzał w dach. Wiatr gwałtownie trzasnął furtką. Próg domu zasypały żółte płatki chryzantem. Wszystko tu było taty i na zawsze jego pozostanie. Deszcz, drzewa, jesienne zapachy, ziemia. A więc on jest tu — i będzie zawsze. Ola jeszcze się wszystkiego nauczy. Będzie tu jeździć z Marysią do pierwszych przymrozków, tylko dwie godziny autobusem. Potem na wiosnę jak tylko stopnieje śnieg, może uda się zrobić ogrzewanie. Trzeba zacząć oszczędzać. A na wiosnę koniecznie z Jankiem do Grójca po białą porzeczkę, tata zawsze marzył… *** Po pół roku, w kwietniu, akurat gdy spadł pierwszy śnieg, działka została sprzedana. Ola dowiedziała się przypadkowo przez telefon, na powrocie z Grójca, dzwoniąc do domu z automatówki. W ciasnej budce, na podłodze w worku, o korzeniach owiniętych mokrą dziecięcą koszulką, stała sadzonka białej porzeczki.

3 dni temu

Tata działka

O tym, iż sprzedali działkę taty, Olga dowiedziała się przypadkiem. Przez telefon, gdy dzwoniła z miejskiego telegrafu do mamy, która mieszkała w innym mieście. Wydaje się nieprawdopodobne, niemal jak w filmie: kiedy nagle stajesz się niechcianym uczestnikiem rozmowy dwóch osób. Telefonistka omyłkowo przyłączyła Olgę do rozmowy matki z jej siostrą. Dwa miasta, dwie bliskie sobie kobiety dzieliły się przez te kilka opłaconych minut najważniejszą wiadomością działki już nie ma, sprzedali bardzo korzystnie i teraz można… no właśnie, sporo rzeczy zrobić, choćby troszkę wesprzeć Olę!

Głosy matki Olgi i jej siostry Ireny, naprawdę swojskie, sto dwadzieścia kilometrów od domu, a dźwięki ich mowy zmieniają się w sygnały elektryczne przesyłane przewodami. Olga nigdy nie lubiła fizyki, tata ją do tego zmuszał.

***
Tato, czemu we wrześniu słońce tak świeci?
A jak świeci, Olguniu?
No… inaczej, nie umiem opisać, jakby łagodniej, nie tak intensywnie jak w sierpniu.
Musisz się uczyć fizyki, pozycja słońca we wrześniu jest zupełnie inna! Łap jabłko! tata zaśmiał się, rzucił Olgę wielkiem, lekko spłaszczone z obu stron jabłko. Lśniące, czerwone, pachnące miodem.
Papierówka?
Nie, jeszcze nie dojrzała. To antonówka.
Chrupnęła, biały, piankowy miąższ zalał usta, słodki i pachnący ziemią. Odmian jabłek Olga znała niewiele. Jak fizyka. I to był jej największy w tej chwili problem! Bo już drugi rok była zakochana w nauczycielu fizyki. Na cały świat, całą duszą. Fizyka, materia, przestrzeń nie mieściły się w prostych, szkolnych zeszytach pełnych linijek. Tata wszystko rozumiał po jej nieobecnych oczach i słabym apetycie. Powiedziała mu w zeszłym roku, wypłakała się na jego kolanach przez całą noc. Mama wtedy była w sanatorium, siostra starsza o dwanaście lat studiowała w innym mieście.

Na działce tata zawsze był szczęśliwy, nucił cicho, melodyjnie. W domu tego nigdy nie robił: tam koncertowały mama i siostra, gdy przyjeżdżała. Mama była niezwykle piękna, kierowała biblioteką wojskową, wysoka, dumna, temperamentna. Miała miedziane loki, które farbowała henną. Raz na kilka miesięcy wychodziła z łazienki z turbanem z ręcznika, pachniała trawą i deszczem. Jej uroda rzucała się w oczy każdemu. Tata był niższy, o prawie dziesięć lat starszy, cichy, skromny tak powiedziała kiedyś mama do siostry, a Olga nie poznała w tym taty i się obraziła.
Staś jest niewidoczny, ale mężczyzna nie musi być piękny.
Niewidoczny na tle maminej urody, jej ognistych włosów, wyrazistych gestów i charakteru. Mama ceniła komfort i porządek. Musiała jednak znosić żołnierzy jak ich nazywał tata którzy czasem spali na podłodze w pokoju przechodnim w ich małym dwupokojowym mieszkaniu. Przychodzili, gdy tata jeszcze służył, jedni przejazdem, inni załatwiali pracę. Tatowi żołnierze.

W 1960, tata wtedy major został zwolniony przy wielkich redukcjach armii. Potem pracował jako główny mechanik w telegrafie w Łodzi. Ci żołnierze potem pomagali budować taty działkę. Przychodzili na zmianę, przekopywali ziemię. Mały domek z jedną izbach i werandą; latem Olga uwielbiała czytać na dachu. Tata podawał jej tam miskę z agrestem, czereśniami czy truskawkami. Najlepszy czas i szczęście.

Mama nie lubiła działki, rzadko przyjeżdżała, chroniła swe piękne, wypielęgnowane dłonie z długimi paznokciami. Olga podziwiała, tata całował.
Takimi rękami powinno się książki wydawać, a nie przekopywać grządki śmiał się i mrugał do Olgi…

***
Pierwsze krople wrześniowego deszczu zaczęły uderzać o dach werandy. Stukały radośnie, bez jesiennego smutku. Olga schowała książkę.
Oleczko, chodź, mama zaraz będzie z Ireną, trzeba obiad zrobić cichy głos taty brzmiał na działce wyjątkowo donośnie.
Ale Olga zwlekała, patrzyła w niebo szare, nabrzmiałe, ale nie groźne. Twarz zrobiła się mokra od deszczu. Oplotła się ramionami, by się ogrzać. Tylko na dachu bliżej nieba, dalej od ziemi można było zobaczyć snopy słońca przebijające chmury ponad sąsiednimi działkami. Fizykę zapomniała, a w akademiku dziennikarstwa w innym mieście obowiązywały już inne reguły.

Od razu zakwaterowali Olgę w akademiku, ale pierwsze dni września spędziła w wynajętym pokoju u gospodyni; drugi zwalniała grupa studentów. Na zajęciach zanurzenie w literaturę, język. Wykładowcy, w których cała grupa się zakochiwała ta niezwykła charyzma i inteligencja. Po wykładach wracała tęsknota za domem, jeszcze bez przyjaciół. Jadła w stołówce, włóczyła się po Łodzi aż do zmierzchu. Urok dużego miasta był obcy i zimny. Czuła się samotna. Na stromej ulicy przy uczelni szła wieczorem do nowego domu, słyszała ujadające psy, potknęła się w nowych, ciasnych lakierkach.

W kuchni pachniało tatowymi jabłkami przyniósł całą skrzynkę w podzięce dla gospodyni. Od tego nieco przejrzałego, słodkiego zapachu napływały łzy. Trudno było złapać oddech.

W akademiku okazało się, iż jej współlokatorkami są studentki z NRD Viola, Magda, Marion. Od niemieckiego wieczorem bolała głowa, szła na dwór pooddychać. Na schodach zwykle paliły papierosy; Niemki przychodziły, prosiły o papierosa, a potem zawsze oddawały złotówki. Nasze dziewczyny się dziwiły. One zachwycały się maminymi przetworami, zwłaszcza pomidorami, jadły je z ziemniakami. Kiedy zapasy Olgi wyczerpały się, Niemki częstowały kiełbasami, o jakich nasze mogły tylko pomarzyć ale nigdy same nie poczęstowały. W maju wracały do Niemiec, a przy śmietniku zostawiała mnóstwo zimowych butów, kupowanych pod polskie zimy. Zazdroszczono niemieckiej solidności…

***
Oleńka, poszatkuj kapustę, ja wykopię marchewkę. Rosół już gotowy.
W małej kuchni szyby zaparowały od gotowania. Wielka głowa kapusty rozłożyła się na desce jasnozielonymi liśćmi. Olga urwała jeden, słodki, od ziemi zawsze smakuje najlepiej. Zaczęła kroić energicznie, kapusta pięknie pachniała. Otworzyła okno, wpuściła wiatr, zapach jesieni, ognia i jabłek. Zobaczyła tatę przez okno, zgięty nad łopatą, wiedziała, iż boli go kręgosłup. Rzuciła nóż, wybiegła, objęła go mocno od tyłu. Odwrócił się, przytulił, pocałował ją w czubek głowy.
A siostra Irena tego dnia przyjechała sama mama została w domu z powodu migreny.

***
Za nią był już uniwersytet, studenckie małżeństwo, pierwsza praca w gazecie fabryki lotniczej Nowator, pierwszy zawał taty, narodziny córki i choćby rozwód. W pięć lat zdążyło się wiele wydarzyć. Mąż Olgi odszedł do innej, ona z dwuletnią Marysią mieszkała w wynajętym mieszkaniu. Tata starał się przyjeżdżać co dwa tygodnie w weekendy, przywoził jedzenie, bawił się z wnuczką.
Olu, nie miej żalu do mamy, iż nie przyjeżdża tak często jak ja, dobrze? Wiesz, bardzo ją męczy podróż… I, chyba… ma adoratora.
Tato, co ty mówisz! W tym wieku kawaler?
Tata gorzko się uśmiechnął, zamilkł. Olga zauważyła nagle, iż zupełnie posiwiał i jakby się zmniejszył. choćby nucić przestał.
Tato, może wezmę urlop od poniedziałku? Pojedziemy na działkę, póki jeszcze ciepło z Marysią!

***
Działka zasłana była liśćmi, ostatni ciepły tydzień października, babie lato. Rozpalili piecyk, parzyli herbatę z liści czarnej porzeczki. Olga smażyła na gwałtownie placki ziemniaczane. Tata grabił liście, Marysia pomagała, potem sama zaczęła je rozrzucać, śmiała się głośno. Na patelni skwierczało tłuszcz, pękały pęcherzyki. Z głębi ogrodu dobiegało tatowe nucenie.

Wieczorem rozpalili ognisko. Ulica była pusta, sąsiednie działki zamknięte. Tata nadziewał pajdy chleba na gałązki wiśniowe, pomagał Marysi trzymać nad żarem. Olga wyciągnęła zmarznięte dłonie do ognia, ognisko zawsze ją urzekało.

Przypomniała sobie swój pierwszy studencki obóz w Kazachstanie śpiewy przy gitarze, upojenie nocą pod gwiazdami, bezmierna cisza stepu. Twarze przy ognisku inne niż za dnia. Każda twarz ma swoją tajemnicę i głębię. Tam poznała przyszłego męża. A w tej pracy w redakcji niedawno zwołano zebranie partyjne, chcieli wziąć Olgę do PZPR. Noc wcześniej kuła statut i materiały zjazdowe. A tam pytania o rozwód, o moralność. Prawie się rozpłakała. W jej obronie wstał kolega: To zebranie chamów, nie komunistów!
Po latach będzie wspominać ten dzień z niedowierzaniem…

Gdy zrobiło się ciemno, ugasili ogień. Przy furtce zatrzymał się samochód, trzasnęły drzwi. Mama! Piękna, w nowym, modnym płaszczu, powiedziała, iż przywiózł ją z pracy kolega. Marysia rzuciła się babci w ramiona, tata posmutniał i nieśmiało pocałował mamę.
Jaki kolega?
Staś, daj spokój, tylko mnie podwiózł! choćby go nie znasz…
Przy kolacji rozmowa się nie kleiła, Marysia marudziła. Mama wypytywała Olgę o pracę, myślała o czymś zupełnie innym. Tata milczał, patrzył na mamę z troską, opuszczał ramiona coraz niżej. Wieczór stracił urok…

***
Rok później tata odszedł. Rozległy zawał, zmarł w dwa dni, na początku ciepłego, słonecznego października. Zaraz po pogrzebie Olga wzięła urlop, by zamieszkać chwilę na działce. Marysię zostawiła u teściowej.

Nic się jej nie udawało. Jabłek była rekordowa ilość. Rozdawała sąsiadom wiadrami, gotowała powidła z miętą i cynamonem tak, jak lubił tata. Przyjechał pomóc jego przyjaciel, dawny współtowarzysz z pracy, z którym jeździli razem do szkółki w Sadzie Sandomierskim po odmiany drzew.
Zostanę kilka dni, Olgo, przekopię ogród, przytnę drzewa, jeżeli pozwolisz.
Panie Janie, proszę… Dziękuję!
Od Olgo łzy napływały do oczu, i wtedy naszło ją uczucie straty, niemocy i sierotstwa. Zupełnie jakby do tej pory czekała, iż tata wróci. Pierwsze dni po jego śmierci, tuż po przebudzeniu, nie mogła pojąć, skąd to cierpienie. Ułamek sekundy świadomość, iż tata już nie wróci.

Potem przyszło poczucie winy, iż nie zdołała go zatrzymać.
Działki nie sprzedawajcie, będę wpadał, pomagał. Wiesz, Olgo, tę antonówkę wybierałem z twoim tatą, jak byłaś dziewczynką. W drodze do Sandomierza Staś więcej opowiadał o tobie niż o siostrze. Byłaś śmieszna, malutka. Mówił, iż drzewa nas przeżyją. Sadzonki oglądał długo, ja go poganiałem, irytowałem się…
Pan Jan został trzy dni, przekopał ogród, przyciął jabłonie, wysypał kompost, tuż przed gankiem posadził trzy krzewy żółtych chryzantem, oczywiście zapytawszy Olgę.
Powinno się je sadzić trochę wcześniej, ale może się przyjmą, ciepła jesień. Na pamiątkę Stasia… Róże przykryję przy następnym przyjeździe, liście trzeba będzie sprzątnąć.
Pożegnali się. Zaczął padać deszcz. Olga długo stała przy furtce, patrząc jak pan Jan odchodzi. Poczuł to, odwrócił się, pomachał, żeby Olga wracała do domu. Deszcz szumiał, fortunnie zamknął furtkę z trzaskiem. Próg domu pokryły żółte płatki chryzantem. Wszystko tu było tatowe i zawsze takie pozostanie. I deszcz, i drzewa, i jesienne zapachy, sama ziemia. Więc tata jest tu, zawsze wśród nich. A ona? Olga wszystkiego się nauczy. Zabierze Marysię na działkę przed pierwszymi przymrozkami, to tylko dwie godziny drogi. Potem wróci wiosną może uda się założyć ogrzewanie. Trzeba zacząć odkładać złotówki. Na wiosnę pojedzie z panem Janem do Sandomierza, wybierze białą porzeczkę, tak chciał tata…

***
Po pół roku, na początku kwietnia, gdy zalegał jeszcze ostatni lód, działkę sprzedano. Olga dowiedziała się o tym przypadkiem, przez telefon na telegrafie, gdy wracała z Sandomierza. W małej kabinie, przy jej stopach w reklamówce, owinięty wilgotną dziecięcą koszulką, stał sadzonka białej porzeczki.

Nie wszystko da się zatrzymać, choćby najpiękniejsze rzeczy i miejsca. ale wspomnienia, dobro i miłość żyją w nas dalej, dopóki pamiętamy o tych, którzy byli blisko. Może właśnie to jest największym darem od tych, co już odeszli siła by żyć dalej i doceniać zwyczajne chwile życia.

Idź do oryginalnego materiału