Tata i działka
To, iż tata sprzedał ich działkę, Zofia dowiedziała się nagle i zupełnie przypadkiem. Było to podczas rozmowy telefonicznej z mamą, gdy dzwoniła z poczty w innym mieście. Takie rzeczy wydają się możliwe tylko w filmach: stajesz się mimowolnym świadkiem rozmowy dwóch osób, gdy telefonistka przez pomyłkę podłącza trzeci numer. Dwa miasta, dwie kobiety przez kilka wykupionych minut mówiły o najważniejszym: działki już nie ma, sprzedana korzystnie, więc można… adekwatnie wszystko, choćby trochę wesprzeć Zosię pieniędzmi!
Głosy mamy i jej siostry Janiny takie bliskie, aż boli. Sto dwadzieścia kilometrów, drgające fale słów zamienione w impulsy elektryczne, płynące drutami. Fizyka zawsze była dla Zosi trudna, tata zmuszał ją do nauki.
***
Tato, dlaczego we wrześniu słońce jest inne?
Jakie, Zosiu?
Sama nie wiem Inaczej świeci, łagodniej chyba. Jest jasno, ale nie tak, jak w sierpniu.
Fizyki trzeba się uczyć, położenie planet jest inne! Łap jabłko! zaśmiał się tata, rzucając jej ogromne, lekko spłaszczone, błyszczące jabłko pachnące miodem.
Papierówka?
Nie, papierówki jeszcze nie dojrzały. To antonówka pasiasta.
Odgryzła chrupiący kawałek, usta wypełniły się słodką pianką, która chłonęła lato z ciepłymi deszczami i soki ziemi. Odmiany jabłek, tak samo jak fizyki, Zosia za bardzo nie znała. I w tym był problem! Bo ósmoklasistka Zofia Malinowska od dwóch lat była zakochana po uszy w nauczycielu fizyki. Świat zawęził się do jednego punktu, niebo pękało, a prawa fizyki, materia i przestrzeń nie mieściły się w prostokątach zeszytów. Tata od razu to zauważył po jej nieobecnym spojrzeniu i kiepskim apetycie. Zosia opowiedziała mu wszystko już rok temu, przepłakała całą noc przy jego kolanach. Mamy wtedy nie było wypoczywała w sanatorium. Starsza o dwanaście lat siostra studiowała w Krakowie.
Na działce tata był inny, szczęśliwy, cały czas coś nucił pod nosem, a w domu nigdy tego nie robił tam królowała mama, do której wszyscy się porównywali. Mama była piękna, elegancka, prowadziła wojskową bibliotekę, wysoka, dumna, z charakterem. Miedziane loki, które farbowała henną, pachniały ziołami i deszczem. Zosia pamiętała, jak mama wychodziła z łazienki z wielkim turbanem na głowie. Mama przyciągała uwagę wszystkich. Tata niższy i znacznie starszy wydawał się na jej tle cichy i niepozorny. Tak kiedyś powiedziała ciotka Janina, a Zosia przypadkiem usłyszała i bardzo się wtedy obraziła.
Nasz Kazik jest niepozorny. Ale mężczyzna nie musi być piękny.
Niepozorny przy mamie, która potrafiła rzucić talerzami i miała ognisty temperament. Mama ceniła wygodę i porządek. Musiała jednak tolerować żołnierzyków, jak ich nazywał tata kolegów z armii, którzy bywali w ich dwupokojowym mieszkaniu w Poznaniu. Niektórzy zatrzymywali się po drodze, inni szukali pracy. Tata, zwolniony w 1961 roku po odwilży wojskowej jako major, został później mechanikiem w urzędzie telegraficznym. To właśnie żołnierze pomagali mu budować działkę, kopali i pracowali za darmo, zmieniając się nawzajem. Dom z jednym pokojem i werandą, na której Zosia lubiła czytać latem. Tata podawał jej tam miskę z agrestem albo truskawkami to były najszczęśliwsze chwile. Mama na działce bywała rzadko, chroniła ręce długie, zadbane, z pięknymi paznokciami. Zosia je podziwiała, tata całował.
Takie ręce to do książek, a nie do grzebania w ziemi śmiał się tata, puszczając jej oko
***
Pierwsze krople wrześniowego deszczu zastukały w dach werandy. Wesoło, z wigorem, bez jesiennej melancholii. Zosia zamknęła książkę.
Zosiu, schodź, mama zaraz przyjedzie z Janiną, trzeba obiad ugotować głos taty na działce brzmiał jakoś inaczej, pogodnie.
Zosia zwlekała, wyciągnęła szyję do nieba, szarego, napęczniałego, ale nie groźnego. Twarz chłodna od deszczu. Otuliła ramiona, żeby się ogrzać. Tylko na dachu bliżej nieba, dalej od ziemi widać było promienie słońca przecinające chmury nad innymi działkami. Fizyka ginęła wobec życiowych spraw na pierwszym roku polonistyki w internacie, w innym mieście, były zupełnie nowe reguły.
Prawie od razu zakwaterowano Zosię w akademiku, ale pierwszy tydzień września musiała mieszkać w wynajmowanym pokoju z właścicielką, obok inni studenci. Na wykładach nowości, język i literatura głębiej niż kiedykolwiek. Wykładowcy urzekali całą grupę charyzmatyczni, błyskotliwi. Po zajęciach zaś nachodziła przytłaczająca tęsknota za domem, przyjaciół jeszcze nie miała.
Jadła w szkolnej stołówce, spacerowała po ulicach Wrocławia aż do nocy. Piękno dużego miasta wydawało się obce. Było zimno i samotnie, jakby to nie ona schodziła stromą ulicą Metalowców koło gmachu uniwersytetu, potykając się w nowych, ciasnych lakierkach i obijając nogę.
W kuchni pachniało jabłkami od taty, które przywiózł właścicielce mieszkania. Od tej słodkości łzy cisnęły się do oczu i dusza biła się o wolność.
W akademiku okazało się, iż jej współlokatorki to studentki z NRD Viola, Magda, Marion. Wieczorami od rozmów po niemiecku bolała ją głowa, więc wychodziła na schody pooddychać świeżym powietrzem. Tam, gdzie Niemki zwykle paliły papierosy. Zawsze wpadały po Zosię, wyłudzały pojedyncze papierosy, ale potem oddawały za to kilka złotych co dziwiło Polki. Niemki fascynowały się polskimi przetworami, szczególnie pomidorami, które jadły z pieczonymi ziemniakami. Kiedy Zosi spiżarnia się kończyła, one wyciągały swoje kiełbasy, których nikt inny wtedy nie miał, ale same raczej nie dzieliły się nimi. W maju kończyły staż i wracały do Berlina, zostawiając przy śmietniku stos zimowych butów kupionych na polskie zimy. Niemiecka skóra! Nasze dziewczyny rozchwytywały je po cichu.
***
Zosiu, posiekaj kapustę, ja wykopię marchewkę. Rosół już gotowy.
W maleńkiej kuchni szyby parowały po długim gotowaniu. Wielki główka kapusty rozwinęła się koronką jasnozielonych liści. Zosia odkroiła jeden smakował jak ziemia, zawsze najlepszy. Siekała rytmicznie, lekko i szybko, kapusta pachniała słodko. Otworzyła okno wpadł zapach jesieni, dymu, jabłek. Tata w ogrodzie ciężko wbijał łopatę w ziemię, Zosia wiedziała, iż bolą go plecy. Rzuciła nóż, wybiegła, objęła go od tyłu. Odwrócił się, przytulił i pocałował ją w czubek głowy.
A siostra Janina tego dnia przyjechała sama mamę rozbolała głowa, została w domu.
***
Minęły studia, szybkie małżeństwo, praca w gazetce Nowator przy wytwórni samolotów, pierwszy zawał taty, narodziny córeczki i choćby rozwód. Pięć lat wiele zmienia. Mąż Zosi odszedł do innej, a ona została z dwuletnią Marysią w wynajmowanym mieszkaniu. Tata przyjeżdżał dwa razy w miesiącu na weekendy z zakupami, bawił wnuczkę.
Zosiu, na mamę się nie gniewaj, iż rzadziej do was wpada niż ja, wiesz? Źle znosi drogę I chyba ma kogoś, może…
Tato, daj spokój! W waszym wieku kawaler?
Tata zaśmiał się smutno, umilkł. Nagle Zosia dostrzegła, iż posiwiał, przygasł. choćby nucić przestał.
Tato, a może pójdę na urlop? I pojedziemy na działkę, póki jeszcze ciepło, z Marysią?
***
Działka tonęła w liściach ostatni ciepły tydzień października, babie lato. Rozpalili piecyk, zaparzyli herbatę z liści porzeczki. Zosia smażyła placki ziemniaczane. Tata grabił liście, Marysia pomagała, za chwilę jednak sama je rozrzucała i śmiała się. Tłuszcz skwierczał. Tata z głębi ogrodu znów zaczął nucić.
Pod wieczór rozpalili ognisko. Ulica była pusta, sąsiednie działki zamknięte. Tata nadziewał kromki chleba na gałązki wiśni, pomagał Marysi trzymać nad ogniem. Zosia grzała zmarznięte dłonie ogień ją zawsze porywał.
Przypomniała sobie swój pierwszy studencki obóz w Kazachstanie, śpiewy przy gitarze, zauroczenie zakochanie się bez konkretnego obiektu, tylko w nocy, gwiazdach, ciszy stepu i twarzach wokół ognia. Tam poznała przyszłego męża. A właśnie tamtej jesieni w pracy powołano ją na zebranie, miała zostać przyjęta do partii. Wcześniej uczyła się statutu, materiałów zjazdowych. Tymczasem pytano, kto zawinił w jej rozwodzie i czy jest moralnie stabilna. Zosia jąkała się, prawie płakała. Koledzy ją bronili. Jeden z nich wstał, zająknął się:
To zebranie chamów, nie komunistów!
Po latach śmiesznie wspominać…
Kiedy zrobiło się ciemno, ognisko wygasło. Pod bramką zatrzymał się samochód, głośno trzasnęły drzwi. Mama! Piękna, w jaskrawym płaszczu; przywiózł ją kolega z pracy. Marysia rzuciła się do babci, tata skrzywił się, nieporadnie pocałował żonę.
Kto to ten kolega?
Kaziu, co za różnica, tylko mnie podwiózł! Przecież go nie znasz
Przy kolacji rozmowa się nie kleiła, Marysia kaprysiła. Mama wypytywała Zosię o pracę, myśląc wyraźnie o czymś innym. Tata milczał, patrzył na żonę, coraz niżej opuszczając ramiona. Wieczór był nieudany…
***
Rok później taty już nie było. Rozległy zawał, zmarł w dwa dni, w samym początku ciepłego października. Krótko po pogrzebie Zosia wzięła urlop, żeby pomieszkać na działce. Marysię zostawiła teściowej.
Wszystko jej leciało z rąk. Jabłek było wyjątkowo dużo, rozdawała je sąsiadom, gotowała powidła z miętą i cynamonem, bo tata tak lubił. Przyjechał pomóc jego dawny kolega z wojska, z którym jeździli do matecznika w Ryczywole po sadzonki.
Zosiu, zostanę parę dni, przekopię ogród, przytnę drzewa, jak pozwolisz.
Panie Janie, bardzo dziękuję
Na tatowe Zosiu napłynęły jej łzy poczuła ostateczność, utratę i bezsilność, jakiej jeszcze nie znała. Do tej pory miała nadzieję, iż tata wróci, iż to tylko zły sen. Pierwsze dni bez niego, tuż przed świtem, na granicy snu i jawy nie potrafiła pojąć, czemu jest tak fatalnie źle. Ułamek sekundy, pełne przebudzenie i fale czarnych myśli tata nie wróci.
Potem przyszło poczucie winy, iż nie zdołała go zatrzymać na świecie.
Tylko nie sprzedawaj działki, będę tu przyjeżdżał i pomagał. Wiesz, Zosiu, tę antonówkę wybieraliśmy razem; byłaś wtedy dzieckiem. W drodze do Ryczywołu Kazik więcej mówił o tobie niż o Janinie. Byłaś wtedy taka zabawna. Mówił, iż drzewa przeżyją go. Sadzonki dokładnie oglądał, ja się niecierpliwiłem…
Pan Jan został trzy dni, przekopał ogród, przyciął jabłonie, nawiózł ziemię, zasadził przed progiem trzy krzewy żółtych chryzantem, pytając Zosię o zgodę.
Przydałoby się je wsadzić wcześniej, ale jesień ciepła, przeżyją! Na pamiątkę Kazika Róże jeszcze przykryję następnym razem, liście zbiorę
Pożegnali się. Zaczął padać deszcz. Zosia długo stała przy bramce, patrząc, jak Jan idzie w deszczu. On się jeszcze odwrócił, pomachał ręką Idź do domu. Deszcz uderzał w dach, wiatr zatrzasnął bramkę z jękiem. Na progu domu leżały żółte płatki chryzantem. Tu wszystko jest tatowe i tak już pozostanie. Deszcz, drzewa, zapachy, ziemia. Tata jest blisko i zawsze będzie. A ona, Zosia, wszystkiego się nauczy. Będzie przyjeżdżała z Marysią aż do pierwszego mrozu, autobusem to tylko dwie godziny. Potem na wiosnę, gdy stopnieje śnieg, może uda się zrobić ogrzewanie. Powinna zacząć odkładać po trochu pieniądze. Na wiosnę pojedzie z panem Janem do Ryczywołu, wybierze białą porzeczkę tata od dawna marzył
***
Po pół roku, na początku kwietnia, gdy stopniał pierwszy śnieg, działka została sprzedana. Zosia dowiedziała się o tym zupełnym przypadkiem przez telefon w kolejce na poczcie, wracając właśnie z Ryczywołu. W ciasnej kabinie telefonicznej, na podłodze w reklamówce, zamotanej w dziecięcą koszulkę, stała sadzonka białej porzeczki…








