Marta stanęła przy furtce swojego działkowego ogródka w Konstancinie i przez chwilę po prostu patrzyła na rządek marchewki, który zasadziła jeszcze w kwietniu, tuż przed śmiercią męża. Teraz było wrzesień. Ziemia pachniała wilgocią po nocnym deszczu, a ona wciąż nie potrafiła zebrać się, żeby wykopać pierwsze warzywa — jakby ten ogród był ostatnią rzeczą, która łączyła ją z Tadeuszem.
Działkę odziedziczyła po nim razem z długiem na dwadzieścia dwa tysiące złotych w PKO, o którym nie miała pojęcia aż do pierwszego listu z banku. Syn, Piotr, przyjeżdżał coraz rzadziej, zawsze z tym samym tekstem przez telefon: "Mamo, sprzedaj tę działkę, weź gotówkę i wynajmij sobie coś w bloku, po co ci to męczarnia". Marta nie umiała mu wytłumaczyć, iż nie chodzi o pieniądze. Chodziło o to, iż Tadeusz przez trzydzieści lat co wrzesień siadał na starym drewnianym zydlu między grządkami, wyciągał scyzoryk z rogową rączką i obierał pierwsze ziemniaki, mrucząc pod nosem coś z Wodeckiego, zawsze tę samą zwrotkę, bo dalszych słów nie pamiętał.
Sąsiadka z działki obok, pani Halina, przechodziła codziennie koło ogrodzenia i powtarzała jedno i to samo: marchew trzeba zbierać, zanim przyjdą pierwsze przymrozki, bo popęka i będzie się nadawać tylko dla królików. Marta kiwała głową i nic nie robiła. Bała się, iż kiedy wyjmie z ziemi ostatni owoc jego pracy, sezon skończy się naprawdę — a razem z nim skończy się i on.
W sobotę, dwudziestego września, Piotr przyjechał starym passatem, z teczką od notariusza pod pachą. Postawił ją na drewnianym stole ogrodowym, między słoikami po przecierach z zeszłego roku, odsunął jeden słoik łokciem i powiedział:
— Mamo, bank czeka. Odsetki rosną, już ponad dwa tysiące doszło od lipca. A ty tu grzebiesz w ziemi jak w zeszłym wieku, kartofle jakieś, marchewki. Podpisz i będzie po sprawie.
— Nie krzycz na mnie, Piotrku.
— Ja nie krzyczę, ja mówię do rzeczy.
Marta nic nie odpowiedziała. Ścisnęła w dłoni scyzoryk męża — ten sam, z rogową rączką, wytarty od trzydziestu lat obierania — i uklękła przy grządce. Zaczęła kopać, powoli, palcami rozgarniając wilgotną ziemię, jakby chciała synowi coś pokazać, zamiast tłumaczyć słowami.
Wykopała pierwszą marchewkę — krzywą, rozdwojoną u dołu, dokładnie taką, z jakich zawsze śmiał się Tadeusz, mówiąc, iż to marchewka na dwie nogi jak on po trzecim piwie. Podała ją synowi bez słowa. Piotr obracał ją w palcach dłużej, niż było trzeba, oglądał tę rozdwojoną nóżkę, i milczał.
— Pamiętasz, jak biegałeś tu z Kaśką z podwórka i ojciec wam pokazywał, jak po zapachu liścia poznać, iż pomidor już dojrzały? — spytała, nie patrząc na niego, tylko dalej grzebiąc w ziemi.
— Pamiętam. — Głos mu się trochę złamał. — Miałem chyba siedem lat.
Usiedli przy stole, na którym wciąż leżała teczka z dokumentami. Marta odsunęła ją na bok łokciem, tak jak wcześniej Piotr odsunął słoik.
— Wiesz, co mnie tak trzyma? — powiedziała w końcu. — Nie ten dług. Ja się boję, iż jak podpiszę, to zostanie mi pusty stół w kuchni i telewizor. I nic więcej.
Piotr długo nic nie mówił, kręcił w palcach długopis, który wyjął odruchowo z kieszeni marynarki. Potem otworzył teczkę, ale zamiast aktu notarialnego wyciągnął z niej stary zeszyt w twardej okładce, poplamiony ziemią na rogach.
— Znalazłem to na strychu, jak sprzątałem po pogrzebie. Nie chciałem ci mówić wcześniej, bo… nie wiem, bałem się, iż się rozpłaczesz i nie będziesz chciała choćby wejść na tę działkę.
To był kalendarz siewów Tadeusza — zapisany jego charakterem pisma, z datami, ile deszczu spadło, kiedy sadzić fasolę, kiedy okopywać ziemniaki.
— Zobacz, tu jeszcze na przyszły rok ma zapisane, co chciał posadzić. Poczekaj — Piotr przewrócił kartkę — czosnek pisze, iż trzeba sadzić na Marcina.
Marta wzięła zeszyt do ręki, przesunęła kciukiem po zamazanym atramencie.
— To on zawsze mówił, iż listopad na czosnek, nie wcześniej.
Siedzieli tak dobrą godzinę, przerzucając kartki, aż zrobiło się ciemno i pani Halina zapaliła światło na swojej werandzie.
— Dobra — powiedział w końcu Piotr, zamykając zeszyt. — Nie będziemy sprzedawać całości. Panu Zenkowi, temu od Haliny, część wydzierżawimy pod uprawę, on już pytał zresztą, ma maszyny. Resztę zostawiamy tobie. A ja będę tu przyjeżdżać co miesiąc, pomogę przy robocie i będę wrzucał po pięćset złotych na spłatę tego długu, z pensji, dopóki się nie wyprostujesz.
— Piotrku, to twoje pieniądze, na co ci to…
— Mamo. — Przerwał jej krótko. — Ja też chcę tu jeszcze przyjeżdżać. Nie tylko dla ciebie.
Rozmawiali jeszcze o szczegółach, kto zadzwoni do notariusza, żeby przepisać sprawę na dzierżawę zamiast sprzedaży, ile trzeba będzie oddać z pierwszej raty w listopadzie. Nie było w tym nic uroczystego — Piotr sprawdzał coś w telefonie, Marta zbierała ze stołu okruszki po chlebie, który zjedli w międzyczasie.
Następnego ranka, jeszcze przed ósmą, Marta wykopała resztę marchwi, ziemniaki i ostatnią fasolę, zanim zdążyły przyjść pierwsze przymrozki, dokładnie tak jak radziła pani Halina. Scyzoryk męża nosiła teraz w kieszeni fartucha, nie w zamkniętej szufladzie komody.
Kiedy skończyła, usiadła na starym zydlu Tadeusza, otarła ziemię z rąk o fartuch i popatrzyła na puste już grządki. Od strony furtki dobiegł ją krzyk Piotra, który akurat przyjechał z workami na kompost:
— Mamo, mam ci pomóc te worki znieść, czy sama se poradzisz jak zawsze?
— Poradzę, poradzę — odkrzyknęła, wstając z zydla. — Ale chodź, kawę zrobię.

1 tydzień temu




