To nie są moje dzieci chcesz pomagać siostrze, proszę bardzo, ale nie moim kosztem. Sama rozwaliła rodzinę, a teraz podrzuca dzieci, gdy układa sobie życie.
Dziennik, poniedziałek, 6 maja
Ale wam się tu przytulnie zrobiło, braciszku. Serio, zazdroszczę powiedziała Justyna, przesuwając palcem po serwecie i rozglądając się po naszej kuchni. Milena postawiła na stole salaterkę, po czym usiadła naprzeciwko mnie. Uśmiechnąłem się do siostry, nie zauważając, jak żona ściska w ręce chusteczkę.
Naprawdę się staraliśmy. Pół roku szukaliśmy odpowiedniego domu, zanim trafiliśmy na to miejsce odparłem.
Dla tego domu sprzedaliśmy mieszkanie i przeprowadziliśmy się z Warszawy do Torunia, bliżej mojej rodziny. Własna działka, ogródek, cisza Milena marzyła o tym trzy lata. Dwa miesiące temu jej marzenie w końcu się ziściło.
A mnie się rodziny nie udało utrzymać westchnęła Justyna, spuszczając wzrok na talerz. Trzy miesiące minęły, a wciąż czuję się, jakbym chodziła we mgle. Budzę się w nocy, a obok nikogo. Dzieci pytają, gdzie tata. Nie wiem, co im odpowiadać.
Mama, pani Teresa, która siedziała na czele stołu, wyciągnęła rękę, by pogłaskać córkę.
Nic się nie martw, córeczko. Wszystko się jakoś ułoży, zobaczysz. Najważniejsze, iż dzieci zdrowe. A ten drań jeszcze pożałuje, iż odszedł.
Mały Marcel, mój czteroletni siostrzeniec, w tym momencie zsunął się z krzesła i pobiegł do salonu. Po chwili rozległ się łomot coś spadło z półki.
Marcelek, uważaj! krzyknęła Justyna, choćby nie podnosząc się z miejsca.
Trzyletnia Marta zaczęła kwilić na jej kolanach i domagać się uwagi. Justyna bujała ją lekko, nie przerywając rozmowy:
Dobrze, iż teraz mieszkacie tu, blisko. Mama po operacji ledwo chodzi, a nie ma komu pomóc.
Ja ledwo dojechałam taksówką dołączyła pani Teresa, masując kolano. Czwarte piętro bez windy, ciśnienie mi szaleje. Jak się wdrapałam, to myślałam, iż padnę. Wnuki nie dla mnie.
Milena wstała, by przynieść gorące danie. Na parapecie stały sadzonki pomidorów zielone, delikatne łodyżki w plastikowych kubeczkach. Za miesiąc będą już w warzywniku pierwsze własne pomidory w życiu.
Mam nadzieję, iż nie będziecie mieli nic przeciwko, jeżeli czasem zostawię wam dzieci? głos Justyny dogonił Milenę w kuchni. Tylko jak już nie będę miała wyjścia. Rzadko. Muszę znaleźć pracę, po lekarzach biegać, z adwokatem spotkać się w sprawie rozwodu. A dzieci gdzie mam zostawić?
Milena się odwróciła. Wzrok Justyny był taki bezradny, aż zbyt znajomy. Ma 27 lat, a gra jak po nutach.
Jasne, Justa. Pomożemy, żaden problem. Prawda, Milenka? odpowiedziałem, nie widząc napięcia u żony.
Wszyscy spojrzeli na nią. Trzy pary oczek czekały na jej słowa.
Tak, oczywiście, jeżeli będzie trzeba powiedziała Milena. Justyna od razu się rozpromieniła.
Jesteście moim wybawieniem. Przecież tylko na chwilę, najwyżej na dwie godzinki.
Goście rozjechali się koło jedenastej. Zamówiłem mamie taksówkę, pomogłem jej zejść jęczała na każdych schodach, kurczowo trzymając się barierki. Justyna wsadziła zaspane dzieci do swojej wiekowej Skody i odjechała, machając przez okno: Dziękuję, jesteście najlepsi!
Milena sprzątała stół, zmywała naczynia. Objąłem ją od tyłu, pocałowałem w głowę.
Widzisz, jak było fajnie? Mama zadowolona, Justyna się pośmiała. Dobrze, iż się przeprowadziliśmy.
Taak.
Coś nie tak? Zmęczona jesteś?
Trochę.
Nie powiedziała, co ją gryzie. Tylko jak już nie będę miała wyjścia kręciło się w głowie. Doskonale wiem, jak z tylko czasami robi się codziennie, bo tak wygodniej.
***
Tydzień później Justyna zadzwoniła z rana.
Milena, pomóż. Muszę pilnie do lekarza, a mama nie może zostać z dziećmi. Tylko na trzy godzinki, odbiorę w porze obiadu.
Milena zerknęła na laptop i tabele z kwartalnym raportem. Klient czekał na piątek.
Justyna, mam na dziś termin
One są ciche, pobawią się same! Puścisz bajkę, i już. Błagam, naprawdę muszę.
Pół godziny później dzieci były u nas. Obiad minął, Justyny dalej nie było, stopniowo zapadał wieczór.
O szóstej wróciłem z pracy. Zajrzałem do salonu dzieci siedziały przed telewizorem.
O, Justyna jeszcze nie odebrała?
Nie. Miał być obiad, napisała potem, iż się spóźni.
Nic nie szkodzi wzruszyłem ramionami, wyjmując z lodówki piwo. Przecież to rodzina.
Milena wyraźnie milczała. Marcel już zdążył rozlać sok na dywan, a Marcie skończyły się pieluchy w plecaku była tylko jedna.
Justyna zjawiła się dopiero tuż po dziesiątej wieczorem. Świeża, uśmiechnięta, pachnąca kawą z dobrej kawiarni.
Przepraszam, wszystko się przedłużyło. Naprawdę uratowaliście mi dzień!
Raport Milena kończyła do trzeciej rano. W głowie dźwięczały jej dziecięce krzyki.
***
Po czterech dniach znowu telefon. Tym razem bardzo ważna rozmowa o pracę. Justyna przywiozła dzieci o dziewiątej, obiecała odebrać po południu. Tamtą środę miałem wolną po nocnej zmianie, spałem długo i wstałem na obiad.
Dzieci jeszcze tu?
A jak myślisz.
Tam, nie przejmuj się nalałem sobie herbaty, włączyłem TV. Przecież daję radę.
Dawał radę tyle, iż przez trzy godziny oglądał mecz, a Milena biegała między Maciejem, który ciągle prosił mnie, bym się z nim bawił, a laptopem.
Justyna zabrała dzieci po ósmej.
Koniec trzeciego tygodnia dzieci pojawiały się u nas trzy, czasem cztery razy w tygodniu. Kilka godzin zawsze przeciągało się do wieczora. Powód? Lekarze, prawnicy, rozmowy kwalifikacyjne, spotkania z koleżankami…
Pewnego wieczoru Milena usiadła naprzeciw mnie.
Bartek, tak się nie da.
Co się nie da?
Trzy razy w tygodniu. Nie mam kiedy pracować.
Zmarszczyłem brwi.
Wiesz przecież, iż Justynie jest teraz ciężko. Mąż ją zostawił, sama jest. Jesteśmy rodziną.
Rozumiem. Tylko iż ona miała odbierać dzieci w południe, a przyjeżdża późnym wieczorem. To nie jest pomoc, to…
Co?
Milena chciała powiedzieć bezczelność i wykorzystywanie, ale ugryzła się w język.
Mama dziś dzwoniła powiedziałem. Mówiła, iż Justyna musi mieć czas dla siebie, na ogarnięcie się. Jest młoda, jej się życie posypało. Jestem bratem, muszę pomóc.
A ja?
Jesteś moją żoną powiedziałem tak, jakby to było oczywiste. Jesteśmy rodziną.
Milena odwróciła się do okna. Na parapecie stały jej sadzonki, wyciągnięte, gotowe do przesadzenia. Chciała się nimi zająć w weekend. Nie dyskutowała dalej.
***
Piątkowy wieczór. Wróciłem z pracy.
Justyna dzwoniła. Jutro znowu musimy popilnować dzieci, ma dwie rozmowy i chce zepsuty samochód oddać do mechanika.
Milena odłożyła laptop.
Bartek, rozmawialiśmy już o tym. Nie dam rady każdej soboty.
Przestań, czemu taka sztywna jesteś? Przecież to moja siostra. Co ci szkodzi? Siedzisz w domu.
Pracuję z domu. To różnica.
Popracujesz, gdy dzieci będą oglądać bajki. No już
Milena znowu zeszła z tonu. Miała na tę sobotę inne plany sadzonki czekały, ale cóż.
Dobrze, niech je przywiezie wymamrotała.
W sobotę Justyna zjawiła się błyszcząca, ubrana w nową sukienkę, włosy zrobione, jak na randkę, nie rozmowę o pracę.
Dziękuję, jesteście super! Odbiorę najpóźniej przed szóstą!
A plecak?
Zostawiłam w aucie, już przynoszę!
Wcisnęła Milenie plecak i zniknęła. Bartek (ja) w tym czasie krzątałem się przy aucie w garażu obiecałem sąsiadowi, iż mu pomogę.
Po południu Marcel znudził się bajkami i zaczął biegać po domu, Marta płakała głodna, spragniona, znów na ręce. Milena zajmowała się dziećmi pośród gotowania.
O drugiej przyszedłem na chwilę.
Jak leci?
Możesz popatrzeć na dzieci? Chciałam sadzonki wreszcie przesadzić.
Już, chwilka, umyję ręce.
Wyszła na działkę, zaczęła przygotowywać ziemię. Po dziesięciu minutach usłyszała płacz i wrzaski.
W salonie ja siedziałem z telefonem na kanapie. Marcel stał pośrodku, wokół ziemia, potłuczony gliniany doniczek, rozdeptane sadzonki pomidorów. Wszystko, nad czym żona pracowała przez dwa miesiące.
Co się stało?
Wlazł na parapet, nie zdążyłem zareagować rzuciłem, nie odrywając wzroku od ekranu.
Milena spojrzała na zniszczone rośliny. To nie były już tylko rośliny to była jej marzenie o normalnym życiu, znowu opóźnione przez cudze dzieci.
Ciociu Mileno, jesteś zła? zapytał niepewnie Marcel.
Nie, kochanie, idź do wujka powiedziała, zbierając skorupy doniczki.
Odparłem obojętnie:
Przecież możesz nowe zasadzić.
Milena zamilkła. W jej oczach pojawiło się coś dziwnego smutek, rozczarowanie.
Piąta minęła, Justyny nie ma. W szóstej wiadomość: Jeszcze chwilka. W siódmej cisza. Milena sama zadzwoniła, ale Justyna nie odbierała.
Dopiero po ósmej słychać było podjazd auta. Milena wyjrzała podjeżdża czarny SUV, wyraźnie lepszy niż ich Skoda.
Justyna wysiada rozpromieniona, lekko chwiejąc się na obcasach. Za kierownicą siedzi facet w skórzanej kurtce.
Dzięki, Leszek! macha mu na do widzenia.
Samochód odjeżdża. W drzwiach staje Justyna.
Cześć! Sorry, mam nadzieję, iż nie czekaliście długo. Wpadłam na znajomego po rozmowie, podrzucił mnie.
Milena czuła zapach alkoholu i jakiegoś słodkiego likieru. Rozmowy o pracę nie było, mechanika też.
Jak rozmowa? spytała Milena chłodno.
Co? A, super, mam czekać na telefon.
A warsztat?
Pauza.
Następny tydzień, długa kolejka.
Kłamie. choćby nie mrugnie.
W środę możesz? dodała Justyna, przeglądając telefon.
Nie.
To zabrzmiało stanowczo. Justyna uniosła brwi.
Jak to nie?
W środę nie mogę.
Ale przecież i tak siedzisz w domu…
Pracuję z domu. Mam własne sprawy.
Justyna zrobiła najpierw zranioną minę, w oczach pojawiły się łzy.
Milena, zrozum, jak mi ciężko. Sama z dwójką dzieci. Myślałam, iż mogę liczyć na was, a ty choćby jednego dnia nie możesz…
Wspierałam cię trzy tygodnie. Ale ja nie jestem ani niańka, ani przedszkole.
Co się z tobą stało? głos Justyny się zaostrzył. Przecież to nie są ci obcy!
Ale też nie są moi. To twoje dzieci, Justyna, twoja odpowiedzialność.
W drzwiach stanąłem ja. Słyszałem końcówkę rozmowy. Mina mi zrzedła.
O co tu chodzi?
Justyna rzuciła się w moją stronę skarżącym tonem:
Braciszku, twoja żona nie chce mi pomóc. Proszę tylko o jeden dzień
Przycisnęła dłoń do piersi. Milczałem.
Wiecie, w jakiej jestem sytuacji. Myślałam… Chyba źle myślałam…
Miała łzy w oczach, machnęła ręką i wyszła. Na progu rzuciła przez ramię:
Więcej empatii by się przydało, Milena. Empatii.
Wzięła dzieci, bez słowa do widzenia. Milena długo patrzyła w noc. W środku poczuła coś dziwnego wyrzut, może wstyd. Może przesadziła?
Zwróciłem się do niej:
Po co tak ostro?
Jak ostro?
Przecież Justyna po ludzku prosiła. A ty
Nie dokończyłem, wyszedłem.
Tydzień spokoju. Potem, prosto po pracy, próbowałem jeszcze raz:
Justyna dzwoniła. Znów rozmowa o pracę, ważna. Daj jej ten jeden raz, co? Ostatni raz. jeżeli się spóźni sam się nią zajmę.
Milena rzuciła mi ciężkie spojrzenie. Byłem rozdarty na pół między żoną a siostrą.
Dobrze. Ostatni raz.
***
Następnego dnia Justyna znów wpadła w biegu, całując dzieci.
Dziękuję, dziękuję! Już jadę, ktoś na mnie czeka!
Zamknęła drzwi. Milena została sama z dwójką dzieci.
Około obiadu sprawdziła telefon zobaczyć pocztę. I zobaczyła nowe zdjęcie w mediach społecznościowych, twarz Justyny.
Kliknęła. Zdjęcie: Justyna w kawiarni, wokół wesołe towarzystwo, ktoś obejmuje ją ramieniem. Podpis: Spotkanie z klasą jak tęskniłam za normalnym życiem.
Wrzucone 20 minut temu.
Milena spojrzała na ekran i wszystko zrozumiała. Żadnych rozmów o pracę, żadnych wizyt u lekarza. Justyna po prostu zostawiała dzieci i zajmowała się sobą. Jej mąż może wcale nie taki zły, może po prostu nie dał rady.
Milena zadzwoniła do mnie.
Bartek, wracaj i zajmij się swoimi siostrzeńcami.
Co się stało? Przecież jestem w pracy…
To niech twoja mama odbiera dzieci. Ja mam dosyć.
Milena, o co chodzi?
Sprawdź profil twojej siostry. Spójrz, gdzie teraz jest. Potem pogadamy.
Cisza. W końcu westchnąłem.
Dobrze, zwolnię się szybciej.
Wróciłem po dwóch godzinach. Spojrzałem na dzieci, potem na żonę.
Widziałem zdjęcie powiedziałem cicho.
I co?
Może rzeczywiście spotkała się ze znajomymi…
Bartek, ona od dłuższego czasu wraca podchmielona. Ostatnio choćby facet, który ją podwiózł, był obcy. Jesteś ślepy?
Ale to moje siostrzeńce! Nie są niczemu winne.
A ja winna? To nie są moje dzieci. Nie muszę ich pilnować. Chcesz pomagać siostrze proszę bardzo, ale nie moim kosztem.
Ona to moja siostra!
Sama sobie zawiniła, a teraz podrzuca dzieci i idzie się bawić.
Co ty wygadujesz!
Prawdę. Każde zostawienie dzieci potem impreza. Kłamstwa o lekarzach, rozmowach, mechanikach. Mi się wszystko poukładało. A tobie?
Milczałem długą chwilę, zacisnąłem zęby.
Dobra. Rozumiem. Usłyszałem cię.
Justyna przyjechała bardzo późno. Dzieci spały na kanapie. Chciała coś powiedzieć iż były korki, rozładowany telefon ale zatrzymałem ją.
Justyna, od dzisiaj koniec.
K koniec czego? zapytała niepewnie.
Przestajemy być niańką. My nie jesteśmy przedszkolem.
Spojrzała na Milenę, w oczach pojawiło się zrozumienie.
Ona cię nastawiła przeciwko mnie?
Sam tak zdecydowałem.
Wzruszyła ramionami, wzięła śpiącego Marcela na ręce.
Już wiem, na czym stoję. Taka ta rodzina.
Wyszła, nie dziękując. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
***
Rano siedzieliśmy w kuchni. Zadzwoniła mama.
Tak, mamo?
Milena słyszała przez telefon podniesiony głos mamy.
Co to ma być? Nie możecie pomóc siostrze? Przecież ja już nie mogę. Wstyd
Mamo, my też mamy swoje życie.
Kupiłeś dom i już ci się w głowie przewróciło! Już wiem wszystko!
Głuchy sygnał w słuchawce. Spojrzałem na Milenę.
Teraz się obraziła.
Widziałam.
Siedzieliśmy w ciszy. Za oknem świeciło słońce, na parapecie pusty doniczek po sadzonkach. Myślałem: miesiąc temu przeprowadziliśmy się tu z nadzieją na spokój, własną przestrzeń, nowe życie. Tymczasem dostaliśmy nie swoje problemy i rodzinę, która stawia wymagania.
Nacisnąłem dłoń Mileny.
Przepraszam. Trzeba było prędzej to uciąć.
Nie odpisała. Ścisnęła tylko moją rękę. To nie była wygrana. Mama obrażona, Justyna wściekła, przed nami miesiące cichej wojny. Ale dziś, po raz pierwszy, poczułem ulgę. Powiedzieliśmy nie. I zostaliśmy wysłuchani.
Reszta potem.
Dziś nauczyłem się tego: warto bronić swoich granic. choćby jeżeli rodzi to niezrozumienie i burzę bo jeżeli nie ja je postawię, nikt inny tego za mnie nie zrobi.

1 tydzień temu







