To nie są moje dzieci. Chcesz — pomagaj siostrze, ale nie moim kosztem. To ona rozbiła rodzinę i teraz próbuje zrzucić na nas swoje dzieci, żeby móc układać sobie życie po swojemu

1 tydzień temu

To nie są moje dzieci. Chcesz pomóż siostrze, ale nie moim kosztem. Sama rozwaliła rodzinę, a teraz próbuje podrzucić swoje dzieci, podczas gdy układa sobie życie.

Ależ wam przytulnie tutaj, braciszku, naprawdę zazdroszczę.

Joanna przeciągnęła palcem po obrusie, przyglądając się kuchni z miną surowego rzeczoznawcy. Sławomira postawiła na stół misę sałatki i usiadła naprzeciwko męża. Staszek uśmiechnął się do siostry, nie zauważając, jak żona ściska serwetkę w dłoni.

Naprawdę się staraliśmy. Pół roku szukaliśmy, aż wreszcie nam się poszczęściło.

Dla tego domu sprzedali mieszkanie i przeprowadzili się tutaj, pod Łódź, bliżej rodziny Staszka. Działka, ogród, cisza Sławomira marzyła o tym od trzech lat. Dwa miesiące temu marzenie wreszcie się spełniło.

A mnie się nie udało rodziny utrzymać, Joanna spuściła wzrok na talerz. Minęły już trzy miesiące, a do dziś czuję jakby wszystko było za mgłą. Budzę się w nocy, obok nikogo. Dzieci pytają, gdzie tata. Już nie wiem, co odpowiadać.

Pani Danuta, która zasiadała na szczycie stołu, sięgnęła, by pogłaskać córkę po dłoni.

Spokojnie, córeczko. Wszystko się ułoży. Najważniejsze, iż dzieci zdrowe. Ten drań jeszcze pożałuje, iż odszedł.

Czteroletni Krzyś, siostrzeniec, wpadł w tym momencie do salonu. Za chwilę dobiegł huk coś spadło z półki.

Krzysiu, uważaj! rzuciła Joanna, choćby się nie podnosząc.

Trzyletnia Ola zacisnęła piąstki na rękach mamy, domagając się uwagi. Joanna rozkołysała ją na kolanach, ciągle mówiąc:

Dobrze, iż teraz jesteście bliżej. Bo mama po operacji ledwo chodzi, sama nie da rady.

Ledwo mnie taksówka dowiozła, podłapała Danuta, masując kolano. Czwarte piętro bez windy, ciśnienie skacze. Jak się wdrapałam, to już myślałam, iż padnę. Co ja mogę z wnukami…

Sławomira wstała, by podać ciepłe danie. Na parapecie stały sadzonki pomidorów drobne, zielone łodyżki w torfowych kubeczkach. Za miesiąc przesadzi je do gruntu. Jej pierwsze własne pomidory w życiu.

Mam nadzieję, iż nie odmówicie, jak czasem poproszę, byście zostali z dziećmi? głos Joanny dobiegł ją w kuchni. Tylko jak naprawdę nie będę miała wyboru. Muszę znaleźć pracę, chodzić po lekarzach, spotkać się z prawnikiem od rozwodu… A dzieci gdzie?

Sławomira obróciła się. Joanna patrzyła na brata z tą specyficzną bezbronnością, którą Sławomira już nauczyła się rozpoznawać. Dwadzieścia siedem lat, a potrafi grać jak z nut.

Staszek kiwnął głową, patrząc na siostrę pełen współczucia.

Pewnie, Asiu. Pomożemy, co za problem. Prawda, Sławek?

Wszyscy spojrzeli na nią. Troje par oczu czekających na adekwatną odpowiedź.

Tak, oczywiście. Gdyby była pilna potrzeba, odpowiedziała Sławomira.

Twarz Joanny rozpromieniła się.

Jesteście moimi wybawicielami! Tylko na chwilę, obiecuję. Zawsze gwałtownie wrócę.

Goście rozjechali się około jedenastej. Staszek zamówił taksówkę dla matki, pomógł jej zejść po schodach na każdym jękach trzymała się balustrady. Joanna wsadziła śpiące dzieci do wysłużonego Poloneza i odjechała, jeszcze krzycząc z okna: Dziękuję za wieczór, jesteście najlepsi!

Sławomira sprzątała po kolacji, odkładając talerze do zlewu. Staszek objął ją od tyłu, pocałował w czubek głowy.

Widzisz? Fajny wieczór. Mama zadowolona, Joanna się rozchmurzyła. Dobrze, iż się tu przenieśliśmy.

Mhm.

Coś się stało? Zmęczona jesteś?

Trochę.

Sławomira nie powiedziała, co ją gniecie. To czasem, jak już naprawdę muszę wciąż kołatało się po głowie. Za dobrze znała, jak te słowa zamieniają się w: codziennie, bo tak najłatwiej.

Minął tydzień. Joanna zadzwoniła rano.

Sława, uratuj mnie. Muszę pilnie do lekarza, mama nie może z dziećmi. Dosłownie na trzy godziny, odbiorę do obiadu.

Sławomira zerknęła na laptop, na otwarte tabele kwartalnego raportu. Klient czeka na piątek.

Asia, mam pilny raport…

One są ciche, pobawią się same! Włączysz bajki i tyle. Błagam, naprawdę muszę.

Po pół godzinie dzieci już były u niej. Obiad minął, po Joannie ani śladu, potem niepostrzeżenie nastał wieczór.

O szóstej wrócił Staszek. Zajrzał do salonu, zobaczył dzieci przed telewizorem.

O, Asia jeszcze nie odebrała?

Nie. Mówiła, iż po obiedzie będzie, potem napisała, iż się spóźni.

Nic się nie stało, wzruszył ramionami, wyjmując z lodówki piwo. Przecież to nie obcy. Niech posiedzą.

Sławomira przemilczała. Krzyś zdążył rozlać sok na dywan, Olce skończyły się pieluszki w plecaku została tylko jedna.

Joanna przyjechała po dziewiątej. Świeża, uśmiechnięta, pachnąca kawą.

Przepraszam, wszystko mi się wydłużyło. Jesteście anioły, dziękuję!

Raport Sławomira kończyła o trzeciej w nocy, głowa już jej nie pracowała, w uszach dźwięczał dziecięcy krzyk.

Cztery dni później powtórka. Rozmowa o pracę, bardzo ważna. Joanna przywiozła dzieci o dziewiątej rano, obiecała, iż odbierze o trzeciej. Tego dnia Staszek był w domu odsypiał po nocnej zmianie. Wyszedł dopiero na obiad.

A one jeszcze tu?

Jak widzisz.

No i dobrze, nalał sobie herbaty, włączył mecz. Nie przejmuj się, jestem tu.

Był, tak. Oglądał w salonie ligę piłkarską, kiedy Sławomira biegała między dziećmi a komputerem. Krzyś dwa razy przychodził Wujku Staszek, pobaw się ale ten tylko machał ręką: Później, Krzysiu, jeszcze mecz.

Joanna odebrała dzieci o ósmej wieczorem.

Pod koniec trzeciego tygodnia wizyty stały się schematem. Trzy razy w tygodniu, czasem cztery. Lekarze, prawnicy, rozmowy, koleżanki. Tylko na chwileczkę zawsze przedłużało się do wieczora.

Pewnego wieczoru, kiedy wreszcie zostały same, Sławomira usiadła naprzeciw męża.

Staszek, tak się nie da dalej.

Co się nie da?

Trzy razy w tygodniu. Nie wyrabiam z pracą.

Zmarszczył brwi.

Sławka, ona ma ciężko teraz. Mąż odszedł, sama z dwójką. Jesteśmy rodziną.

Rozumiem. Ale ona obiecuje do obiadu, przyjeżdża wieczorem. To już nie pomoc, to…

Co takiego?

Chciała powiedzieć bezczelność i usiadła nam na karku. Ale spojrzała na niego i zamilkła.

Dzwoniła dziś mama, kontynuował Staszek. Mówi, iż Asia musi mieć czas. Jest młoda, życie jej się rozpadło. Ja jestem bratem, muszę pomóc.

A ja?

Ty jesteś moją żoną, powiedział to tak, jakby to było oczywiste. Jedna rodzina.

Sławomira odwróciła się do okna. Za szybą ciemniało, na parapecie podciągały się sadzonki czekały na przesadzenie. Chciała zająć się nimi w sobotę.

Bojować nie miało sensu.

W piątek wieczorem Staszek wrócił z pracy i od progu:

Asia dzwoniła. Pytała, czy jutro możecie z dziećmi zostać. Dwa spotkania i jeszcze auto musi oddać do serwisu.

Sławomira odłożyła laptop, spojrzała spokojnie na męża.

Staszek, już o tym rozmawialiśmy. Ja nie mogę w każde soboty.

No co ty, jakbyś była obca, rzucił kurtkę na krzesło, przeszedł do lodówki. Przecież to siostra. Co to za problem? I tak siedzisz w domu.

Ja nie siedzę. Ja pracuję z domu. To nie to samo.

Popracujesz, jak dzieci będą bajki oglądać. Przewracasz oczami.

Chciała się sprzeciwić, ale zobaczyła jego zmęczoną twarz i zamilkła. Jutro sobota. Chciała w końcu wysadzić sadzonki już były gotowe.

Dobrze. Niech dzieci przywiezie.

Rano Joanna zjawiła się zaraz po dziewiątej. Sławomira w progu zamarła. Siostra męża w nowej sukience, świeża fryzura, makijaż jakby szła na randkę, a nie rozmowę o pracy.

Jesteście niesamowici! Joanna wepchnęła Krzysia i Olę do korytarza. Odbiorę o piątej, najpóźniej o szóstej.

Gdzie plecak?

Ojej, w samochodzie! Już przynoszę.

Po minucie wręczyła Sławomirze plecak.

Tam są pieluchy, ubranka. Lecę, spieszę się!

Drzwi trzasnęły. Sławomira została w korytarzu sama z dziećmi i ledwo zapakowanym plecakiem. Staszek w tym czasie grzebał w garażu przy samochodzie, obiecał pomóc sąsiadowi.

Koło pierwszej Krzyś się znudził bajkami, zaczął biegać po domu. Ola marudziła raz głodna, raz spragniona, raz chciała na ręce. Sławomira latała między kuchnią a dziećmi, próbując zrobić choć obiad.

Po drugiej Staszek zajrzał do domu.

Jak idzie?

Dobrze, otarła spocone dłonie o fartuch. Dopilnujesz ich chwilę? Chcę sadzonki w końcu wysadzić nim się zmarnują.

Tak, tylko ręce umyję.

Wyszła na działkę, chwyciła kubeczki z sadzonkami, rozłożyła narzędzia. Przysiadła nad grządką, zaczęła kopać dołki. Po kilku minutach z domu dobiegł huk, potem płacz dziecka.

Rzuciła łopatkę i wbiegła do środka.

W salonie Staszek siedział na kanapie z telefonem. Krzyś stał na środku pokoju, wokół potłuczony gliniany garnek, rozrzucona ziemia, połamane łodyżki pomidorów. Te, które Sławomira dwa miesiące hodowała na parapecie.

Co się stało?

Wszedł na parapet, Staszek choćby nie spojrzał. Nie zdążyłem.

Sławomira patrzyła na ziemię, na te delikatne, zielone łodyżki, zgniecione dziecięcą stopą. Dwa miesiące pielęgnowała sadzonki. Podlewała, doglądała światła, wyczekiwała, aż dojrzeją.

Ciociu Sławko, jesteś zła? Krzyś spojrzał z przerażeniem.

Nie, uklękła, zaczęła zbierać skorupy. Idź do wujka Staszka.

W końcu Staszek odłożył telefon.

Daj spokój, to tylko sadzonki. Dasz radę nowe posadzić.

Nie odpowiedziała. W gardle ścisnął ją żal. To nie były tylko sadzonki. To była jej tęsknota za zwyczajnym życiem, którą znów odsunęła przez cudze dzieci.

O piątej Joanna nie przyjechała. O szóstej SMS: Jeszcze chwilę. O siódmej dalej nic. Sławomira zadzwoniła sama nieosiągalna.

Po ósmej rozbrzmiał za oknem warkot silnika. Wyjrzała pod dom podjechał czarny SUV. Drogi, błyszczący, zdecydowanie nie z serwisu.

Drzwi się otworzyły, wyszła Joanna. Wesoła, zaróżowiona, chwiejąca się na obcasach. Za kierownicą mężczyzna koło czterdziestki w skórzanej kurtce.

Dzięki, Michał! pomachała. Oddzwonię!

Samochód odjechał. Joanna ruszyła do drzwi, napotykając wzrok Sławomiry.

Cześć! Przepraszam, iż się spóźniłam. Po rozmowie spotkałam znajomego, podwiózł mnie.

Sławomira poczuła woń wina, słodki zapach likieru. Żadnej rozmowy nie było. Żadnego serwisu. Joanna po prostu podrzuciła dzieci i pojechała się bawić.

Jak poszła rozmowa? spytała bez emocji.

Co? A, dobrze, mają dzwonić.

A serwis?

Asia zawahała się na moment.

Przestawili na przyszły tydzień. Kolejka…

Łże. choćby nie mrugnie.

Słuchaj, a w środę dasz radę? Mam kolejną rozmowę…

Nie.

Słowo wypadło twardo, krótko. Joanna spojrzała w górę.

Ale jak to nie?

Normalnie. Nie dam rady w środę.

Ale dlaczego? Przecież i tak siedzisz w domu…

Pracuję z domu. Mam też swoje życie.

Joanna ściągnęła brwi, jej twarz posmutniała usta zadrżały, oczy się zaszkliły.

Sławomira, rozumiesz przecież, jak mi ciężko. Sama z dwójką dzieci… Myślałam, iż mogę liczyć na ciebie i brata, nie mam nikogo bliższego. choćby jednego dnia nie możesz…

Pomagam już trzy tygodnie. Ale nie jestem nianią ani przedszkolem.

Co się z tobą dzieje? jej głos się zaostrzył. Z czym problem, iż z dziećmi siedzisz? Przecież nie są ci obce!

Bo nie są moje, odpowiedziała spokojnie Sławomira. To twoje dzieci, Asia. To twoja odpowiedzialność.

W drzwiach pojawił się Staszek. Usłyszał końcówkę rozmowy, twarz miał pochmurną.

Co tu się dzieje?

Joanna odwróciła się do brata, głos jej zadrżał.

Braciszku, twoja żona nie chce mi pomóc. Proszę o jeden dzień, a ona…

Szlochała, przyciskając dłoń do piersi.

Wiecie, w jakiej jestem sytuacji. Myślałam, iż rodzina zawsze pomoże. A jednak…

Nie skończyła, machnęła ręką, ruszyła do auta. Na progu się jeszcze obejrzała.

Trochę ciepła by ci się przydało, Sławomira. Trochę serca.

Bez słowa wyjęła telefon, zamówiła taksówkę. Dopóki czekała siedziała obok, nie patrząc na Sławomirę. Potem zabrała śpiące dzieci i odjechała.

Sławomira stała na progu i poczuła wewnątrz nieprzyjemne ukłucie czy to była wina, czy wstyd? Może rzeczywiście przesadziła?

Staszek patrzył za autem, potem spojrzał na żonę.

Ale po co tak?

Jak po co?

Przecież prosiła normalnie. A ty… nie dokończył, wszedł do domu.

Tydzień była cisza. Potem Staszek wrócił z pracy, już z progu:

Asia dzwoniła. Znowu rozmowa kwalifikacyjna, bardzo ważna. Może jeszcze raz jej pomóc? Nie bądź uparta.

Rozmawialiśmy już…

Ostatni raz, obiecuję. Jakby się spóźniła, sam się tym zajmę.

Sławomira spojrzała na niego. Zmęczony, bezradny zawieszony między żoną a siostrą.

Dobrze. Ostatni raz.

Następnego dnia Joanna wpadła do domu, całując dzieci w biegu.

Dzięki, spieszę się, już czekają!

Drzwi trzasnęły. Została z Krzysiem i Olą.

Koło południa, odruchowo, zajrzała na telefon sprawdzić pocztę. W mediach społecznościowych mignęła znajoma twarz. Joanna. Nowe zdjęcie.

Kliknęła w profil. Fotka: Joanna przy stoliku w kawiarni, wszędzie goście z kieliszkami, ktoś obejmuje ją ramieniem. Męska dłoń. Podpis: Spotkałam się z ludźmi ze szkoły! Jak tęskniłam za normalnym życiem.

Dodane dwadzieścia minut temu.

Patrzyła na ekran i nagle wszystko stało się jasne. Żadnych rozmów. Żadnych lekarzy i serwisów. Joanna podrzuca dzieci i żyje jak chce. I mąż, który ją zostawił może wcale nie był takim draniem. Może też się po prostu zmęczył.

Wykręciła numer Staszka.

Przyjedź i pilnuj swoich siostrzeńców.

Ale co się stało? Jestem w pracy.

To niech twoja mama odbierze. Ja już nie zamierzam.

Sławomira, co się wydarzyło?

Wejdź na fejsbuka swojej siostry. Sprawdź, gdzie jest. Porozmawiamy później.

Cisza. Potem ciężki oddech.

Dobra. Spróbuję się urwać wcześniej.

Przyjechał dwie godziny później. Wszedł, spojrzał na bawiące się dzieci, potem na żonę.

Widziałem zdjęcie, powiedział cicho.

I co powiesz?

Może naprawdę poszła na kawę ze znajomymi…

Staszek, zawsze wraca podchmielona. Ostatnio facet w SUV-ie ją podwoził. Serio, nic nie zauważasz?

To są moje siostrzeńcy, jego głos się podniósł. One nie są niczemu winne.

A ja jestem winna? poczuła, jak rośnie w niej gniew. To nie moje dzieci. Nie muszę się nimi opiekować. Chcesz pomagać siostrze pomagaj. Ale nie moim kosztem.

To moja siostra!

Twoja siostra sama wszystko zniszczyła. Teraz podrzuca nam dzieci i idzie się bawić.

Przesadzasz!

Nie. Każde ważne spotkanie kończy się winem i imprezą. Wszystko mi jasne. A tobie?

Staszek milczał. Przetarł ręką twarz.

Dobrze. wyszeptał w końcu. Usłyszałem.

Joanna zjawiła się późno. Dzieci spały przykryte na kanapie. Cicho weszła, zaczęła tłumaczyć korki w mieście, wyładowany telefon ale Staszek przerwał jej:

Joasia, tak już nie będzie.

Co ma nie być? zamrugała.

Nie będziesz podrzucała dzieci i znikała na cały dzień. Nie jesteśmy nianiami.

Przez moment w jej oczach błysnęło zrozumienie.

Ona ci to nagadała?

Nie. Sam tak zdecydowałem.

Prychnęła, wzięła Krzysia na ręce.

Już wiem, jakich mam krewnych.

Wyszła, nie podziękowała. Drzwi trzasnęły aż szyby zadrżały.

Następnego poranka pili herbatę w kuchni. Zadzwonił telefon na wyświetlaczu Mama.

Staszek odebrał.

Tak, mamo.

Sławomira wychwyciła w słuchawce urwany głos teściowej.

Jak to, nie możesz pomóc siostrze? Sama nie mogę, wiesz przecież

Mamo, my też nie możemy. Mamy własne życie.

A tak! Domek kupili i sumienie zgubili! Wiem już wszystko!

Krótki sygnał przerwanego połączenia. Staszek odłożył telefon, spojrzał na żonę.

Obraziła się.

Widziałam.

Milczeli chwilę. Za oknem świeciło słońce, na parapecie pusty doniczek po rozbitych sadzonkach. Sławomira patrzyła i myślała: miesiąc temu przeprowadzili się tu dla spokoju, własnego domu, własnego ogródka i życia. Zyskali cudze dzieci, cudze problemy i rodzinę, od której są ciągle coś winni.

Staszek położył dłoń na jej ręce.

Przepraszam, rzekł cicho. Powinienem był to wcześniej zatrzymać.

Nie odpowiedziała. Ścisnęła tylko jego palce. To nie było zwycięstwo. Teściowa obrażona, Joanna wściekła, przed nimi długie miesiące zimnej wojny. Ale pierwszy raz od kilku tygodni nie czuła zmęczenia, tylko coś na kształt ulgi. Powiedziała nie. I mąż ją usłyszał.

Reszta później.

Idź do oryginalnego materiału