Nazywam się Bartłomiej Wach, mam czterdzieści dwa lata i od dziewięciu lat jestem lekarzem weterynarii w przychodni przy ulicy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy. Widziałem różne rzeczy w tym zawodzie, ale to, co zobaczyłem w mieszkaniu mojej teściowej pewnego wtorku w marcu, zostanie ze mną na długo.
Teściowa nazywa się Halina, ma siedemdziesiąt trzy lata i mieszka sama od śmierci teścia, od jedenastu lat, w bloku na Wyżynach. Trzeba ją znać, żeby zrozumieć, co się stało. Halina zawsze była inna niż inne babcie z jej klatki. Podczas gdy sąsiadki karmiły gołębie i plotkowały na ławce, ona oglądała programy o gadach na kanale przyrodniczym i miała w regale pełną półkę książek o wężach, jeszcze z czasów, kiedy pracowała jako laborantka.
Trzy lata temu znajomy jej zmarłego męża, hodowca z Torunia, poprosił, żeby przypilnowała młodego pytona tygrysiego, bo wyjeżdżał na kontrakt do Niemiec i nie miał komu go zostawić. Miało być na dwa miesiące. Halina nazwała węża Kacper i nigdy go nie oddała. Pomogłem jej wtedy urządzić porządne terrarium — grzałka, higrometr, miska na wodę wielkości balii. Zrobiłem to solidnie, bo wiedziałem, na co stać dorosłego pytona, kiedy urośnie.
I urósł. Z węża, którego można było owinąć sobie wokół nadgarstka jak bransoletkę, zrobiło się stworzenie długości niemal czterech metrów, którego sama Halina nie była już w stanie unieść. Mimo to nie bała się go ani przez chwilę. Wypuszczała go z terrarium wieczorami, kiedy oglądała telewizję — leżał wtedy koło fotela albo pod stolikiem, gdzie stał kubek po herbacie i talerzyk z resztkami sernika, bo Halina zawsze coś podjadała przy telewizorze.
Zacząłem coś podejrzewać gdzieś w lutym, kiedy żona — czyli córka Haliny — wróciła od matki i powiedziała mi, śmiejąc się, iż Kacper śpi teraz z mamą w łóżku. Nie przywiązałem do tego wagi. Ludzie trzymający gady od lat mają inny próg czułości niż reszta. Ale kiedy powiedziała, iż wąż zaczął się owijać wokół nóg i brzucha Haliny w nocy, a raz rano znalazła go leżącego w poprzek łóżka, głową blisko klatki piersiowej — coś mi zaświtało. Zawodowo.
Pytony w naturze duszą zdobycz owijając się wokół niej z każdym wydechem coraz mocniej, aż ofiara nie może nabrać powietrza. To nie jest atak nagły — to proces, czasem trwający godzinami. I pozostało jedna rzecz, którą wie każdy weterynarz zajmujący się gadami: wąż, który przestaje jeść i zaczyna szukać ciepłego, dużego ciała, żeby się do niego przytulić na całej długości, czasem robi to z jednego powodu. Mierzy.
Zadzwoniłem do Haliny tamtego wieczoru i zapytałem wprost, czy Kacper jadł ostatnio. Odmówiła jedzenia trzy razy z rzędu, powiedziała spokojnie, jakby to była dobra wiadomość. — Może się źle czuje, biedaczek — dodała.
Pojechałem do niej we wtorek rano, bez zapowiedzi, z torbą sprzętu. Zastałem ją w kuchni, w szlafroku w kwiatki, robiącą kawę po turecku, a przez uchylone drzwi do sypialni zobaczyłem koniec terrarium — otwarty, pusty. Kacpra nie było w środku.
— Gdzie on jest? — zapytałem, może za ostro.
— Śpi ze mną teraz, mówiłam ci — odpowiedziała, stawiając przede mną filiżankę. — Tak się do mnie przywiązał.
Wtedy nie krzyczałem. Powiedziałem tylko, iż muszę go zobaczyć, i poszedłem do sypialni. Leżał na łóżku, zwinięty wzdłuż całej pościeli, cztery metry umięśnionego ciała, głowa oparta niedaleko poduszki Haliny. Zmierzyłem go z przyzwyczajenia zawodowego — nawyk silniejszy od strachu. Trzy metry osiemdziesiąt centymetrów, około trzydzieści osiem kilogramów.
Usiadłem obok niej w kuchni i powiedziałem to, co musiałem powiedzieć jako lekarz, nie jako zięć: iż pyton, który odmawia jedzenia i zaczyna owijać się wokół dużego ciała w nocy, może po prostu sprawdzać, czy zdobycz zmieści mu się w gardle. Że to nie jest czułość. Że mogła się obudzić pewnego ranka i nie obudzić się wcale.
Nie krzyczała, nie płakała. Popatrzyła tylko na drzwi sypialni, potem na swoje ręce trzymające filiżankę, i powiedziała cicho: — On był jedynym, kto ze mną spał od jedenastu lat.
Tego samego dnia po południu zadzwoniłem do znajomego z ogrodu zoologicznego w Poznaniu, który prowadzi tam sekcję gadów. Umówiliśmy transport na piątek. Halina podpisała formularz przekazania — jeden dokument, dwie strony, kwota symboliczna, sto złotych, bo taką stawkę przyjęła placówka za pytona tej wielkości i kondycji. Nie wzięła żadnej rekompensaty poza tym.
W piątek rano przyjechał transporter z klatką transportową obitą pianką. Halina stała w progu, w tym samym szlafroku, i patrzyła, jak dwóch pracowników niesie skrzynię do windy. Nie płakała. Zapytała tylko pracownika, czy będzie mógł dostawać króliki co dziesięć dni, tak jak u niej, i czy terrarium w zoo będzie miało odpowiednią wilgotność. Zapisała sobie numer telefonu do kuratora gadów na kartce z kalendarza wiszącego przy lodówce.
Wieczorem tego samego dnia zadzwoniła do mnie i do żony. Powiedziała, iż terrarium jest już puste, umyte, iż oddała je sąsiadowi z parteru, bo ktoś na klatce hoduje agamy. Zapytała, czy w niedzielę przyjedziemy na obiad, bo zrobi żurek. Nikt z nas nie wspomniał więcej o Kacprze tamtego wieczoru.
Poszedłem tam w niedzielę. Terrarium rzeczywiście zniknęło z sypialni, na jego miejscu stała skrzynia z pelargoniami, które Halina przesadziła z balkonu, bo w marcu jeszcze przymrozki. Na stole w kuchni leżała kartka z numerem telefonu do zoo w Poznaniu, przypięta magnesem w kształcie jabłka. Zapytałem, czy planuje tam pojechać.
— W kwietniu, jak się ociepli — odpowiedziała, nalewając żurek do talerzy. — Chcę zobaczyć, czy mnie pozna.
To wszystko, co wiem. Nie wiem, czy poznał. Wiem tylko, iż w tamten wtorek zważyłem węża, który spał w łóżku siedemdziesięciotrzyletniej kobiety, i iż w piątek nie było go już w tym mieszkaniu.

1 tydzień temu








