Miałem wtedy dyżur w schronisku za Radomiem. Sierpień, upał taki, iż asfalt na podjeździe pachniał smażonym chlebem, a z lasu ciągnęło żywicą i kurzem. W biurze zawieszony na ścianie plakat z cyklem życia kleszcza, obok kaligrafowany napis „Nie każde zwierzę chce być twoim przyjacielem”. Akurat kończyłem wpisywać do zeszytu karmienie szczeniąt — dwie godziny temu przywieźli miot z okolic Zwolenia, pięć sztuk, wszystkie z wylizanymi do sucha miskami.
Drzwi otworzyły się z takim brzękiem dzwonka, iż odruchowo wstałem. W progu stała kobieta w zielonej chuście na głowie, pod pachą trzymała wiklinowy kosz. Pachniała smażoną cebulą i jakimś słodkim mydłem, takim z targu. Za nią mężczyzna w roboczych gumiakach, oboje około sześćdziesiątki.
— Przepraszam, iż nachodzimy — zaczęła kobieta, a mężczyzna od razu postawił kosz na podłodze, bliżej mojego biurka, jakby się bał, iż nie zdążą — bo to sprawa tego, no…
Pochyliła się nad koszem i odsunęła lnianą szmatę. W środku leżał pies. Nie wychudzony, ale taki, co to widać, iż od dawna nie widział grzebienia. Sierść na bokach zlepiona w strąki, łapy czarne, a na karku coś, co mogło być blizną albo starym otarciem. Nie warczał, nie szczekał. Patrzył na mnie z takim zmęczeniem, z jakim patrzy się na kogoś, kto za chwilę powie „nie”.
— Ile państwo mają tego psa? — zapytałem.
Kobieta otworzyła usta i popatrzyła na mężczyznę. Ten wzruszył ramionami i wbił wzrok w podłogę, konkretnie w plamę po oleju do smarowania bramy.
— Trzy dni — powiedziała. — Trzy dni go mamy. Znalazł nas pod spożywczym, tam gdzie pozostało ta budka z lodami. Myślałam, iż zgubiony. No i tak się nam plątał pod nogami, że…
— W trzy dni to nie zdążył się pani oduczyć niczego — przerwałem, bo znałem ten schemat. Psy z prywatnych hodowli zaczynają sprawiać kłopoty po tygodniu, nie po trzech dniach. — Co się stało.
Mężczyzna pierwszy raz mnie objął tym swoim dołem wizjera, czy jakoś tak. W każdym razie oczy miał zmęczone, podkrążone, jak ktoś, kto wstaje o czwartej do piekarni.
— Zabił nam kota — powiedział. — Tak po prostu. Rano wychodzę po gazetę, otwieram furtkę, a on stoi nad Wiktoriuszem, pysk cały…
Machnął ręką, jakby odganiał muchę.
— Pana kot był na podwórku? — zapytałem.
— A gdzie miał być? — zdziwiła się kobieta. — Nasz kot, nasze podwórko. Dziesięć lat go mieliśmy.
— A pies był na smyczy?
Zapadło milczenie. W okno uderzyła mucha, ta wielka, sierpniowa, z metalicznym brzęczeniem. Potem mężczyzna prychnął przez nos.
— No, nie był — przyznała kobieta. — Ale to nie to. Problem w tym, iż on jest zły. Od pierwszej nocy się rzuca do kratek w piwnicy. Wyje przez sen. Nie daje się pogłaskać, tylko od razu kłapie. Ja go się boję. Mój mąż też.
Mężczyzna nie potwierdził, ale też nie zaprzeczył. Patrzył na mój plakat z kleszczem i mruczał coś pod nosem o sąsiadce spod czwórki, której dziecko bawi się na tej samej ulicy.
Nie powiedziałem im wtedy tego, co powinienem był powiedzieć: iż pies po tygodniu kwarantanny da sobie spokój, iż kłapanie na kraty to odruch z boksu, iż jak się go nie przeziębnie to zrobi się z niego kanapowiec. Zamiast tego zapisałem im w zeszycie termin za dwa tygodnie na odbiór, wziąłem datę urodzenia, adres, chociaż oboje mieszkali trzysta metrów stąd, bo znaliśmy się z widzenia z targu. Podałem im psa na drugą stronę biura i od tego momentu wszystko poszło szybko. Kobieta podpisała zrzeczenie, mężczyzna odsunął kosz nogą, jakby w środku było coś zepsutego. Wyszli, a ja siedziałem nad otwartym zeszytem i patrzyłem, jak pies w kącie bije ogonem o kaloryfer.
Tydzień później już nie bił. Po czternastu dniach pierwszy raz podszedł do siatki i polizał mi rękę przez oczka. Chudy jak patyk, z tym samym wyrazem pyska co u zwierząt przywiezionych z interwencji. Nazwałem go Czerwony, bo jedyna rzecz, która mu się wtedy nie podobała, to czerwona smycz, na widok której odchodził pod ścianę.
Przychodziła do niego taka dziewczyna, może dwadzieścia pięć lat, z piekarni przy Rynku w Radomiu. Miała mąkę pod paznokciami, a w torbie zawsze pachniało chałką. Wyprowadzała go na spacery do lasu, uczyła komendy „zostaw”, potem „do mnie”, potem „rower”. Czerwony po miesiącu już czekał na nią przed bramą w godzinach, kiedy zwykle kończyła zmianę. Aż któregoś dnia usłyszałem, jak ktoś wjeżdża na podwórze starym volkswagenem passatem, takim w kolorze zgniłej zieleni, pamiętam dokładnie. Wyszedł z niego mężczyzna w gumiakach, ten sam sprzed miesiąca, tylko tym razem z teczką, nie z koszem.
— Pan po psa? — zapytałem, bo tak z przyzwyczajenia.
— Pies nie mój — powiedział. — Żona wysłała. Kot był mój. Wiktoriusz. Jak on się nazywał u pana?
— Czerwony.
— Czerwony… — powtórzył, jakby próbował to słowo na zębie. — Ładnie.
Wszedł do środka, zdjął czapkę, chociaż miał na głowie tylko wiatr i to, co zostało z siwych włosów. Potem otworzył teczkę i położył na biurku wycinek z lokalnego tygodnika. Na zdjęciu Czerwony w szelkach, podpisany „Bohater spod Radomia. Pies, który ugryzł dzika”. Dziennikarz kazał się z nim fotografować, ja trzymałem nogę od bramy, żeby dzik nie wbiegł na podwórze.
Mężczyzna przeczytał artykuł na głos, do końca, powoli, jakby to była modlitwa za Wiktoriusza. Potem złożył gazetę, wsunął do teczki i powiedział coś, czego nie zapomnę, bo to była jedna z tych rzeczy, których się nie mówi przy ladzie:
— Nie mieliśmy prawa go trzymać. Moja żona to wie. Ale co z tego, skoro cholernie chcieliśmy, żeby się udało. Jak z tym domkiem za miastem. Wszystko ładnie wygląda, dopóki się nie wprowadzisz.
Wyszedł bez zrzeczenia, bez psa, tylko z tym wycinkiem. Odprowadzał go wzrokiem Czerwony, spokojny jak nie on. A ja stałem w drzwiach i patrzyłem, jak passat zjeżdża na Radom, bardzo długo, aż zniknął za stacją benzynową. Dopiero potem zauważyłem, iż na parapecie leży koperta, a w niej dwieście czterdzieści złotych i kartka z jednym zdaniem, napisanym kobiecym pismem: „Na karmę dla Czerwonego. Bo kot był nasz, nie jego”.
Tego samego dnia po południu przyszła dziewczyna z piekarni i powiedziała, iż bierze psa na zawsze. Podpisała umowę adopcyjną, zapłaciła obowiązkowe dwieście osiemnaście złotych, a ja dorzuciłem jej z koperty dwustu złotych na pierwszą wizytę u weterynarza. Resztę zostawiłem do słoika na rezerwat dzików, bo od tego dzika Czerwony miał bliznę, a od blizny zacząłem wierzyć, iż nie każde zwierzę musi odejść z tego schroniska. Czasem zostaje na kartce w teczce, w gazecie, w słoiku na parapecie.
Wieczorem, już po zamknięciu, poszedłem do Czerwonego, żeby mu powiedzieć, iż jutro jedzie do domu. Nie powiedziałem. Zamiast tego usiadłem na płycie betonowej obok budy, a on położył mi łeb na kolanie, z pyskiem tam, gdzie jeszcze godzinę temu pachniało chałką. W lesie darły się sójki, z drogi od strony Kozienic ciągnął kurz, a ja siedziałem i myślałem o tym, co by było, gdyby tamta kobieta od razu powiedziała prawdę: iż ciężko jej patrzeć na psa, który odgryzł głowę jej kotu, i iż dlatego wolała kosz z wikliny niż karton, bo kosz jest ładniejszy. Nie wyjęła tego z siebie do końca, ale zostawiła dwieście czterdzieści złotych, z których zostało i na karmę, i na weterynarza, i na to, żebym w niedzielę kupił sobie gumy do butów. Bo mi od tych dyżurów odpadła jedna podeszwa. To też napisałem w zeszycie, pod spodem, małymi literami, żeby nikt nie widział: „Podeszwa — dwadzieścia dziewięć złotych. Reszta — dla dzika”.

1 tydzień temu








