Wszystko wydawało się normalne w wychowaniu trojaczków dopóki jedno z dzieci nie zaczęło mówić rzeczy niewytłumaczalnych.
Wychowywaliśmy nasze trojaczki tak samo, ale pewnego dnia jedno z nich zaczęło opowiadać rzeczy, których żadne siedmioletnie dziecko nie powinno wiedzieć.
Od początku ludzie żartowali, iż nigdy ich nie rozróżnimy. Dlatego daliśmy im muszki: niebieską, czerwoną i turkusową. Trzy identyczne chłopcy z identycznymi uśmiechami, własnym tajemnym językiem i niezwykłą umiejętnością kończenia zdań za siebie. Czuło się to, jakby wychowywać jedną duszę w trzech ciałach.
Ale wtedy Tymek ten w turkusie zaczął budzić się ze łzami. Nie z powodu koszmarów. Z powodu tego, co nazywał wspomnieniami.
Pamiętacie ten stary dom z czerwonymi drzwiami? zapytał pewnego ranka.
My nie pamiętaliśmy. Nasz dom nigdy nie miał czerwonych drzwi.
Dlaczego już nie widujemy pani Kowalskiej? Zawsze dawała mi miętowe cukierki.
Nie znaliśmy nikogo o takim nazwisku.
Potem przyszedł wieczór, gdy szepnął: Tęsknię za tatowym zielonym Polonezem tym z wgniecionym błotnikiem.
Nigdy nie mieliśmy Poloneza.
Na początku śmialiśmy się, iż to dziecięca wyobraźnia. Ale ton Tymka nie był żartobliwy. Mówił ze spokojną pewnością, jakby przypominał sobie własną przeszłość.
Wkrótce zaczął rysować. Strona za stroną to samo miejsce: dom z czerwonymi drzwiami, tulipany w ogrodzie i bluszcz pnący się po kominie. Jego bracia uważali to za fajne. Tymek wydawał się tylko smutny, jakby stracił coś ważnego.
Pewnego dnia, gdy grzebałem w pudłach w garażu, zapytał mnie o swoją starą rękawicę do bas








