WYBIERAJ: ALBO TWÓJ PIES, ALBO JA! MAM DOŚĆ TEJ PSIEJ WONI! — OŚWIADCZYŁ MĄŻ. ONA WYBRAŁA MĘŻA, ODWIÓZŁA PSA DO LASU… A WIECZOREM USŁYSZAŁA, ŻE ODCHODZI DO INNEJ Renata kochała swojego męża, Marka, do szaleństwa. Mieszkali razem pięć lat, dzieci jeszcze nie mieli, za to był Max — stary owczarek niemiecki, którego Renata przygarnęła jeszcze jako szczeniaka, na długo przed poznaniem Marka. Max był członkiem rodziny. Inteligentny, wierny, rozumiał wszystko bez słów. Ale lata robiły swoje: zaczęły go boleć łapy, źle pachniał, a sierść wypadała mu garściami. Marek długo znosił tę sytuację. Ale kiedy Max nie wytrzymał do spaceru i zostawił kałużę na nowym panelu w korytarzu, jego cierpliwość się skończyła. — Koniec! Dość tego! — wrzasnął Marek, wsadzając pysk starego psa w kałużę. — Żyję w psiarni! Smród, sierść w jedzeniu, a teraz jeszcze to! Renata, zdecyduj się: ja, czy ten wrak! — Marek, co ja z nim zrobię? On ma dwanaście lat… — zapłakała Renata, przytulając winnego psa. — Do schroniska! Do lasu! Uśpij go! Mam to gdzieś! — odciął się mąż. — o ile go tu wieczorem nie będzie — ja odchodzę. Chcę mieszkać w czystości, a nie sprzątać po twoim zawszonym „synku”! Renata była słaba. Panicznym lękiem napawała ją samotność. Bała się stracić Marka, który utrzymywał ich dom, z którym mieli plany na wakacje, na kredyt… Wybrała męża. Wywiozła Maxa za miasto. Pies ledwo wskoczył do auta, skomląc z bólu w stawach, ale polizał jej rękę. Myślał, iż jadą na spacer. Renata płakała całą drogę. Zostawiła go w lesie, dwadzieścia kilometrów od miasta. Przywiązała do drzewa, żeby nie pobiegł za samochodem. — Przepraszam cię, Max… Przepraszam… — szeptała, nie mogąc patrzeć w jego wierne, starsze oczy. Max nie wyrywał się. Po prostu usiadł i patrzył na nią. Wszystko zrozumiał. Renata zostawiła mu miskę z karmą, wsiadła do samochodu i odjechała. W lusterku widziała, jak pies rzuca się za nią mimo bólu, napina smycz i szczeka. Chrapliwie, rozpaczliwie. Ten szczek dźwięczał w jej uszach całą drogę do domu. Wróciła rozbita. Oczy miała spuchnięte od płaczu. Marek był w domu. Pakował rzeczy. — Co robisz? — nie rozumiała. — Już po wszystkim. Maxa nie ma. Odwiozłam go… Marek spojrzał na nią z zimnym uśmiechem. — Super. gwałtownie poszło. Ale wiesz… i tak odchodzę. — Jak to? Dokąd?! — Do Magdy. Znasz ją z księgowości. Spotykamy się już pół roku. Jest w ciąży. Renata osunęła się na krzesło. Świat się zatrząsł. — Ale… przecież postawiłeś warunek… Pies albo ty… Po co?! — Sprawdzałem — cynicznie stwierdził Marek. — Chciałem zobaczyć, czy masz charakter. Zdradziłaś przyjaciela dla moich spodni. Wiesz, bałbym się z tobą żyć. jeżeli psa, który cię kochał przez dziesięć lat, wywiozłaś do lasu, to mnie — gdy zachoruję — pewnie wyrzucisz na śmietnik. Zamknął walizkę. — Żegnaj, Renata. I wiesz co… Max był jedynym facetem w tym domu. Ty jesteś zwyczajną zdrajczynią. Gdy drzwi za nim trzasnęły, Renata zawyła. Zrozumiała, co zrobiła. Dla człowieka, który jej nie kochał, zabiła duszę kogoś, kto ją uwielbiał. Chwyciła kluczyki i pojechała z powrotem do lasu. Była noc. Padał deszcz. Dojechała pod drzewo. Smycz była przegryziona. Miska przewrócona. Maxa nie było. — Max! Max! Chłopczyku mój! — krzyczała, biegając po mokrym lesie, drąc twarz o gałęzie. Szukała go trzy dni. Wieszała ogłoszenia, pisała do wolontariuszy. Nie spała, nie jadła. Czwartego dnia zadzwonił telefon. — Szuka pani owczarka? Podobnego znaleziono przy trasie. Potrąciła go ciężarówka. Renata pojechała na identyfikację. To był Max. Przegryzł smycz, pobiegł jej szukać. Biegł do domu. Na bolących łapach, przez ból i strach. Biegł do tej, która go zdradziła. I zginął na poboczu, nie doczekawszy się. Renata pochowała Maxa. Minęły dwa lata. Mieszka sama. Nie wyszła ponownie za mąż — nie potrafi zaufać ludziom, ani sobie samej. Marek jest szczęśliwy z nową żoną i dzieckiem. Zapomniał o Renacie jak o złym śnie. Dla niego to była tylko „próba”, wygodny powód do odejścia i zrzucenia winy na żonę. A Renata… Renata pracuje jako wolontariuszka w schronisku dla starych psów. Sprząta im boksy, zbiera odchody, opatruje rany. Próbuje odkupić swoją winę. Co noc śni jej się ten sam sen: stoi przy drzewie, a Max patrzy na nią. Woła go, a on nie podchodzi. Tylko patrzy. Bez złości. Z nieskończoną psią tęsknotą. I w tym spojrzeniu — jej wyrok. Morał: Zdrada nie zostaje wybaczona. Nigdy nie poświęcaj wiernych przyjaciół dla tych, którzy stawiają ci ultimatum. Ten, kto naprawdę kocha — nie zmusza do wyboru. jeżeli zmusza — już cię zdradził, a ty tylko przedłużasz nieunikniony koniec, popełniając tragiczną pomyłkę.

3 dni temu

WYBIERAJ: ALBO TWÓJ PIES, ALBO JA! MAM DOŚĆ WĄCHANIA TEJ PSEUDOSMRODKU! ZAWYROKOWAŁ MĄŻ. ONA WYBRAŁA JEGO, ZAWIOZŁA PSA DO LASU… A WIECZOREM USŁYSZAŁA, ŻE ODCHODZI DO INNEJ.

Ewelina kochała swojego męża, Pawła, niemal do szaleństwa. Pięć lat razem, dzieci nie zdążyli się jeszcze doczekać, ale był z nimi Wafel stary owczarek niemiecki, którego Ewelina znalazła na ulicy jako szczeniaka, jeszcze zanim poznała Pawła.

Wafel był dla niej kimś więcej niż psem był rodziną. Mądry, lojalny, rozumiał Ewelinę bez słów. Ale lata płynęły nieubłaganie: Wafelowi siadały stawy, coraz trudniej chodził, zaczął brzydko pachnieć, sierść wypadała garściami.

Paweł znosił to długo. Ale kiedy Wafel nie wytrzymał razu pewnego i nasikał w korytarzu na nowiutkie panele, stracił cierpliwość.

Koniec! Mam dość! wrzasnął Paweł, przystawiając nos starego psa do kałuży. Mieszkam w chlewie! Fetor w mieszkaniu, sierść w jedzeniu, a teraz jeszcze szczyny na podłodze! Ewelina, wybieraj ja albo ten wrak!

Paweł, przecież to już staruszek… Ma dwanaście lat, gdzie go wyślę? płakała Ewelina, obejmując drżącego psa.

Do schroniska! Do lasu! Uśpij! Wszystko mi jedno! odciął się. o ile do wieczora nie będzie go w domu, ja wychodzę. Chcę żyć w normalnych warunkach, a nie sprzątać po tym twoim synku!

Ewelina była słaba. Bała się samotności, panicznie. Bała się utracić Pawła, który utrzymywał dom, z którym mieli plany na kredyt i wakacje…

Wybrała męża.

Zapakowała Wafla do samochodu i ruszyła za miasto. Ledwo zdołał wskoczyć na tylne siedzenie, wyjąc z bólu w łapach, ale i tak polizał ją po ręce. Myślał, iż jadą na spacer.

Ewelina płakała przez całą drogę.

Wysadziła go w pasie leśnym dwadzieścia kilometrów od Krakowa. Przywiązała smycz do drzewa, żeby nie pobiegł za autem.

Przepraszam, Wafelku, wybacz mi… szepnęła, nie mogąc spojrzeć w jego stare, oddane oczy.

Wafel nie szarpał się. Po prostu usiadł i patrzył na nią. Zrozumiał wszystko.

Ewelina zostawiła mu miskę z karmą, wsiadła z powrotem do samochodu i odjechała, widząc w lusterku, jak Wafel, zapominając o bolących łapach, ciągnie za nią resztkami sił na smyczy i szczeka ochryple, rozpaczliwie.

To wyło jej w uszach całą drogę do domu.

Wracała rozbita. Spuchnięte oczy, szloch tłumiony do poduszki.

W drzwiach stał Paweł, pakował walizki.

Co ty robisz? zapytała, niedowierzając. Zrobiłam to. Nie ma Wafla. Odwiozłam go…

Paweł spojrzał na nią z lodowatym uśmiechem.

Dobrze, gwałtownie poszło. Ale wiesz co… i tak odchodzę.

Jak to? Gdzie?!

Do Kasi. Znasz ją, z księgowości. Spotykamy się od pół roku. Jest w ciąży.

Ewelina usiadła jak rażona. Świat zawirował.

Ale… wystawiłeś mnie na próbę… Pies albo ty… Dlaczego?

Chciałem sprawdzić, czy masz choć trochę charakteru, powiedział cynicznie. Myślałem, iż może się postawisz. A ty… Dla mnie zdradziłaś przyjaciela. Wiesz, choćby strach byłoby z tobą dłużej żyć. Jak potrafiłaś pozbyć się psa, który cię kochał przez tyle lat, mnie pewnie też byś wyrzuciła na bruk, gdybym zachorował.

Zamknął walizkę.

Żegnaj, Ewelina. I wiesz co? Wafel był jedynym prawdziwym facetem w tym domu. Ty jesteś tylko zdrajczynią.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, Ewelina zawyła z rozpaczy.

Zrozumiała, co zrobiła. Dla kogoś, kto jej nie kochał, zabiła ufność tego, kto ją uwielbiał bezgranicznie.

Chwyciła kluczyki od auta i pojechała w noc.

Padał deszcz. Ciął zimno, była noc.

Dojechała do tamtego drzewa.

Smycz była przegryziona. Miska przewrócona. Wafla nie było.

Wafel! Wafelku! Mój chłopczyku! biegała po mokrym lesie, drapiąc twarz o gałęzie.

Szukając go całą dobę rozwieszała ogłoszenia, pisała do wolontariuszy, nie spała, nie jadła.

Na czwarty dzień zadzwonił telefon.

Szuka pani owczarka? Znalazłem podobnego przy trasie. Potrąciła go ciężarówka.

Ewelina pojechała na rozpoznanie.

Nie miała wątpliwości. To był jej Wafel.

Najprawdopodobniej przegryzł smycz i ruszył, ile miał sił, szukać jej. Biegł do domu, na bolących łapach, przez ból, przez strach do tej, która go zdradziła. Nie dobiegł. Zginął przy drodze, nie doczekawszy jej powrotu.

Ewelina pochowała Wafla.

Minęły dwa lata.

Mieszka sama. Już nikomu nie ufa ani ludziom, ani sobie.

Paweł jest szczęśliwy z nową żoną i dzieckiem. O Ewelinie zapomniał. Dla niego to była tylko próba, świetny powód, by odejść, oddając jej całą winę.

A Ewelina? Pracuje jako wolontariuszka w schronisku dla starych psów. Sprząta im boksy, myje miski, opatruje rany. Pragnie choć trochę odpokutować swoją winę.

Co noc śni jej się jeden i ten sam sen: stoi przy drzewie, a Wafel patrzy na nią. Woła go, ale nie podchodzi. Po prostu patrzy. Bez złości. Z niekończącą się psia tęsknotą.

I w tym spojrzeniu jej wyrok.

Morał: Zdrady nie da się odwrócić. Nie poświęcaj wiernych przyjaciół dla tych, którzy stawiają ci ultimatum. Człowiek, który naprawdę kocha, nigdy nie każe ci wybierać. jeżeli musisz wybierać to znaczy, iż on już cię zdradził. A każda kolejna decyzja będzie tylko pogłębiać ból.

Idź do oryginalnego materiału