`WYŻEŃCA` (Frag. szers. utw.)
(...)
Choć sztorc ścierał na osełce z najlepszego piaskowca,
I na omłocie starannie utwardzał u klepadła,
To nie wieścił mu ni zwiastun jeden tak rychłego końca,
Jak głownia jego wraz z kosiskiem na kamieniu się rozpadła.
Machajką swą miłą uciesznie rwał do potańca,
A ześcibolił żniwnie w pojedynkę pewno i spichrz cały,
Śmiał się `haha` gdy klinga ucinała młodziane pędy,
I w lekceważeniu oczy jego na swe uczyny choćby nie ukradkowały.
A kępy siłą stały sztywnie jak pasły zwierzyniec,
Na ustroniach zagród, i tam gdzie polany,
I w gwarnicach motłochu jak na ofiarnych stołach,
Aż po kąt zapuszczony, przez bok dzidą omijany.
Raz wyciął jak drwalik sosen na podściółce lasu,
Raz ścinał po sztuce, nim salwą ruszyli z kopyta w popłochu,
Wszystko na powagę postronników, by go wyceniali w krocie,
I zmykali gdy drzewcem wywija jak skrą przy czarnym prochu.
Sztrych jego zakrzywni wychwasty niżał w obręb ziemi,
A chwalbował siłą, bo grzebietem taszczył wór puściutki,
Gdzie ni na wycen cienia choćby tyciej drogoceny,
Zagodnej czci z poszanowaniem w otoczeniu ludzkim.
I naliczał, mnożył, odpadał szkodnik za szkodnikiem,
Dłoń jego karciła karki i przednie fasady,
Miast ściskać bratnie łapsko w powitalnym dygu,
Odganiał paździerz, tak wolał, i był im w się we ślady.
A jak mówili, iż gburny, grubiański, i do skoku wyrywny,
Bo rzuca się w kije do bicia i zdziczale ryczy,
Rozminęli się z istnym, choć mogła ich brać zaślepota,
Że choć w hurm ścina kukiełki, to wyłącznie spośród dziczy.
A dzicz płochliwa, nie wali na znak, na alarm nie bije,
Bo bezbronna waruje, i ni w grupie to postrachaja,
A on pożywką rozochocony, iż załzawiona stoi,
I fajura kruszna z niej, a nie obłożny, rychło odzewny rębajło.
Raz napotkał na swej ścieżce, a ta wiła parkiem,
Człowiekę niepostawną przez zaczynek znany,
Co nałkana się przyznała, iż w psie ryło dała,
I tak bracina jej oddany został pochwytany.
A iż nóż bocianisty posiadał nasz pan -
Ale broń Boże nie do tępicielstwa, bożto jeno tarcza -
To raz jeden tegoż dnia dobył ostrza za rękojeść,
Wcześniej zebrał śluzne z szyi, podchodził i harczał.
Wpierw plwoty wymierzył i rozpylił jej ryju -
`Kurwina!` - głośnie odmówił człowieczyńce
Człowieczeństwa, i naharał pod lewne oczęto zylą,
Upust dał ślince, a ponoć widziano też sińce.
Takie bujały na wietrze czekając swego żeńca
Jak popy makowe górskiego rolnika,
Zawsze wyłon ktoś zza winkla na pełnej niedrgnięty
I nie szczudłał nachodu, bez gry polnego konika.
Ni najmniejszej chwaścicy nie oszczędził w pojebie,
Szramił szewro na odroślach i rozcinał, co wyrosłe z rówieśnych
Nasion, i rzędem, po jednym padali oniemiali
I nasiąkiem gnili w otchłannej wilgoci ściół podleśnych.
(...)





