Wieczorem dostałem list z domu. Ojciec pisał, iż w tym roku nie da rady przekopać pola pod kartofle. Że kolana mu puchną, a łopata wyślizguje się z rąk. „Szkoda, iż cię tu nie ma, synu, we dwóch zrobilibyśmy to w jeden dzień”. Czytałem to w celi, pod rozmazaną jarzeniówką, i wiedziałem, iż siedzę tu już trzeci rok, a został jeszcze rok i cztery miesiące.
Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Nie przez hałas — do hałasu zdążyłem przywyknąć. Przez to, co ojciec wypisywał między wierszami. On nigdy nie prosił. Tym razem też nie prosił. Tylko stwierdził fakt, a to bolało bardziej niż jakakolwiek prośba.
Nad ranem, kiedy oddziałowy zrobił obchód i sprawdził kraty, usiadłem przy stoliku i napisałem odpowiedź. Krótko, żeby cenzura nie miała z czym walczyć. „Tato, pod żadnym pozorem nie ruszaj tej ziemi. Nie kop, nie orz, choćby nie wchodź tam z widłami. Właśnie tam zakopałem całą kasę z napadu”. Wiedziałem, jak to działa. Każdy list z więzienia przechodzi przez łapy funkcjonariuszy. A funkcjonariusz, który widzi słowo „kasa”, nie odkłada takiej kartki do segregatora.
Ojciec nigdy nie dostał tego listu. Dostała go policja.
W sobotę rano, koło siódmej, pod dom w Zawierciu podjechały trzy radiowozy. Sąsiedzi mówili później, iż wyszli na podwórka w kapciach i patrzyli, jak siedmiu funkcjonariuszy rozstawia taśmy. Ojciec stał przy furtce w starej flanelowej koszuli i częstował ich herbatą. Podobno odmówili. Przyszli kopać, nie pić.
Przez dwa dni przekopali cały ogród. Najpierw łopatami, potem przyjechał choćby policyjny georadar. Z miasta w Trzebini, z wydziału kryminalnego. Skakali po grządkach, rozwalili stary klomb pod płotem, wycięli agrest, który matka sadziła jeszcze przed moim urodzeniem. Ziemia po nich została jak po przejściu czołgu. Czysta, czarna, przewrócona na metr w głąb. Idealna pod sadzenie.
Ojciec siedział na ławce pod gruszą i patrzył. Nie wchodził im w drogę. Raz tylko zapytał, czy może im pomóc kopać, bo „ręce go swędzą od tego leżenia”. Sierżant podobno spojrzał na niego jak na wariata.
Nic nie znaleźli. Bo niby co mieli znaleźć? Całą kasę z napadu, czyli czterdzieści siedem tysięcy złotych, oddałem wtedy niemal w całości — tyle, ile zdążyłem wydać, poszło na długi. W ziemi nie było ani jednego banknotu. Była tylko glina z piaskiem i korzenie starych drzew.
Po trzech dniach policja spakowała sprzęt i odjechała. Ojciec wyszedł na pole, popatrzył na te wszystkie wykopane doły, na rozwalony płot, na wycięty agrest. I wtedy przyszedł mój drugi list. Tym razem cenzura puściła go bez mrugnięcia.
„Stary, możesz sadzić. Ziemia jest przekopana lepiej niż niejednym ciągnikiem. To jedyne, co mogłem dla ciebie zrobić zza krat”.
Odpisał po tygodniu. Krótko. Że siedzi na ławce i czyta, a pole przed nim jest równe jak stół. Że kartofla już w ziemi, wczesna Irga, bo na późną zawieje by ją zjadły. Że agrest wycięty, ale to nic, i tak już nie rodził od lat. Na końcu dopisał tylko jedno zdanie: „Synu, a te kamienie, co mi wykopali spod płotu, odwieźli na budowę do sąsiada. Też się przydały”.
Siedziałem na pryczy i śmiałem się tak, iż oddziałowy przyszedł sprawdzić, co się dzieje. Powiedziałem, iż załatwiłem ojcu orkę za darmo. Pokręcił głową. Ale widziałem, iż sam ledwo powstrzymuje uśmiech.
Za cztery miesiące będę warunkowo. Ojciec obiecał, iż zostawi mi jedną bruzdę nieobsianą, żebym miał co robić po powrocie. Odpisałem, iż nie ma mowy. Bruzdę to ja sobie wyrobię własną łopatą, od płotu do samej gruszy. A on będzie stał przy furtce i mówił, iż krzywo.





