Trzydzieści jeden stopni o północy. Ewa Kowalczyk leżała na wierzchu kołdry, bo pod nią było nie do wytrzymania, i słuchała, jak syn przewraca się w drugim pokoju z boku na bok, jakby próbował znaleźć na materacu chłodniejsze miejsce, którego tam nie było. Wentylator na komodzie tylko przesuwał gorące powietrze z kąta w kąt. Za oknem beton oddawał ciepło jak piec, który ktoś zapomniał wygasić po całym dniu.
Rano na Rynku termometr pokazał 38 stopni. Na Krzykach asfalt pękał w kilku miejscach, jakby ktoś przejechał po nim czymś zbyt ciężkim.
Marek Lewandowski od dwudziestu trzech lat wbijał łopatę w ziemię tego miasta i tego lata po raz pierwszy pomyślał, iż robi to za mało skutecznie. Kiedy zadzwonili z ratusza z propozycją udziału w nowym programie nasadzeń, siedział akurat przy alei Karkonoskiej, gdzie między płytami chodnikowymi rosły tylko chwasty, i patrzył, jak powietrze nad jezdnią faluje od gorąca.
— Kolejna akcja na konferencję prasową — mruknął do słuchawki.
Ale pojechał na spotkanie. Rada miasta przeznaczyła 18 milionów złotych na pięć lat nasadzeń w czternastu dzielnicach — najpierw tam, gdzie było najgoręcej: Krzyki, Fabryczna, część Psiego Pola. Klony, lipy, platany, pasy zieleni wzdłuż Odry, żeby powietrze mogło swobodnie przepływać między parkami a blokami.
Ewa zgłosiła się na szkolenie, bo sąsiadka powiedziała jej, iż miejska spółka szuka ludzi z Kozanowa, a ona akurat od pół roku była bez pracy. Pierwszego dnia szkolenia stała z sadzonką klonu w rękach i czuła, iż korzenie są cięższe, niż się spodziewała, i iż jeżeli źle je ułoży w dole, drzewo nie przyjmie się nigdy. Nigdy w życiu nie sadziła niczego większego od pietruszki na balkonie.
— Trzymaj prosto, nie krzyw się do niej, ona nie gryzie — powiedział Marek, który akurat przechodził obok z taczką.
Zasadziła to drzewo krzywo, poprawili je razem. Miesiąc później syn zapytał ją, przechodząc obok alejki, czy to jest „jej" drzewo. Powiedziała, iż tak.
Jesienią 2023 roku, gdy platany przy Grabiszyńskiej miały już po metr wysokości, w kamienicy numer 42 rozległo się trzaśnięcie drzwi. Pani Halina Zarzycka zbiegła na podwórko z pretensją, iż korzeń podniósł płytę chodnikową tak, iż potknęła się, wracając z zakupami, a najbliższy platan zasłania jej okno w kuchni tak, iż od południa musi zapalać światło.
— Jutro rano ma tu być piła — powiedziała do Marka, który akurat przycinał żywopłot po drugiej stronie ulicy.
Przyszedł do niej tego samego wieczoru z sekatorem w plecaku, chociaż nie musiał. Usiadł na schodku przed klatką, nie na ławce, tylko na zimnym betonie, żeby było widać, iż nie idzie na chwilę.
— Proszę pani, ja rozumiem, iż okno jest ważne — powiedział. — Ale to drzewo za dziesięć lat da tyle cienia, iż w pani kuchni latem będzie chłodniej o kilka stopni.
— Chłodniej to sobie pani będzie miała gdzie indziej. Ja chcę widzieć niebo z okna, nie liście.
Nie ustąpiła tego wieczoru. Rada osiedla zebrała się tydzień później, w sali, gdzie ktoś zapomniał wyłączyć jarzeniówkę, która mrugała przez całe spotkanie. Zarzycka postawiła sprawę twardo: albo drzewo idzie, albo ona pisze do gazety. Marek zaproponował kompromis — będzie osobiście przycinał koronę dwa razy do roku, wiosną i jesienią, tak żeby światło wracało do kuchni, a drzewo zostało w ziemi.
Zgodziła się, ale zastrzegła, iż ma przyjeżdżać on, nikt inny, i iż ma pukać do drzwi za każdym razem, żeby sprawdzić, czy jest zadowolona.
Przyjeżdżał od tamtej pory co pół roku, z sekatorem i drabinką, i zawsze pukał, choć czasem nikt nie otwierał. Przycinał gałęzie tak, żeby światło wpadało przez okno ukosem, dokładnie tam, gdzie stał stół kuchenny.
Do końca 2024 roku w mieście przybyło ponad 40 tysięcy nowych drzew i blisko 1,8 miliona krzewów wzdłuż ulic i brzegów rzek. Ewa awansowała na brygadzistkę i sama uczyła teraz nowych ludzi trzymać sadzonkę prosto. Miejskie czujniki pokazały latem różnicę niemal 2 stopni względem 2019 roku, a na Karkonoskiej ludzie znów jeździli rowerem w środku dnia, bo nie trzeba było już przemykać pod murami w poszukiwaniu cienia.
We wrześniu 2026 roku Marek przyjechał na Krzyki z motkiem sznurka w kieszeni kurtki, tej samej, którą nosił od dwudziestu lat. Owinął sznurek wokół pnia klonu przy przystanku, zmierzył, zapisał liczbę w zeszycie — metr dwa centymetry obwodu — i schował ołówek za ucho.
Z okna trzeciego piętra przy Grabiszyńskiej otworzyło się okno. Pani Zarzycka wystawiła głowę, spojrzała w dół, gdzie stał z drabinką pod platanem.
— Dzień dobry, panie Marku. W przyszłym tygodniu ma pan przyjechać, prawda? Liście już zasłaniają lampę nad zlewem.
— W przyszłym tygodniu, jak zwykle — odpowiedział, zwijając sznurek.
Zamknęła okno. Zapisał w zeszycie datę następnego przycinania, obok liczby oznaczającej obwód klonu, i poszedł dalej alejką, sprawdzać, które drzewa trzeba podlać.

5 godzin temu





![Zioła, łąki kwietne i ekoquiz. Tarnowski Dzień Miejskiego Ogrodnika przyciągnął mieszkańców [zdjęcia]](https://tarnow.ikc.pl/wp-content/uploads/2026/09/Tdzien-ogrodnika-fot.-artur-gawle0001.jpg)