Jestem listonoszką na osiedlu Zalesie w Nowym Targu i swoją trasę znam na pamięć — który pies ujada na płot, gdzie leży złamana płyta chodnikowa, w którym oknie stoi zawsze ta sama doniczka z pelargonią. Tamtego dnia, w połowie października, miałam dostarczyć przesyłkę poleconą na ulicę Przemyską, akurat tam, gdzie działka pani Danuty kończy się murkiem z polnego kamienia, a za murkiem zaczyna się już nieużytek i stary wyrobisko po dawnym kamieniołomie.
Szłam skrajem tej skarpy, bo tak było bliżej, i nie powiem, iż się nie spieszyłam — zostały mi jeszcze trzy ulice, a zza Gorców nasuwały się już chmury, które obiecywały deszcz do wieczora. I właśnie tam, między dwoma głazami, usłyszałam coś, co brzmiało jak skrzypienie zawiasów u starej furtki, tylko cichsze.
Zatrzymałam się. Torba z przesyłkami ciążyła mi na ramieniu, zegarek pokazywał za dwadzieścia trzynastą, a ja i tak przykucnęłam, żeby zobaczyć, co tam piszczy.
W szczelinie między dwoma kamieniami, tam gdzie wiatr i woda przez lata wyżłobiły coś na kształt niszy, siedział rudy kociak. Może dziesięć tygodni, może trzynaście — nie znam się na tym tak dobrze jak sąsiadka, która ma trzy koty i każdemu robi urodziny. Ale to, co mnie zatrzymało, to nie wiek kotka, tylko to, jak idealnie wszedł w tę skalną kieszeń. Jakby ktoś odlewał ten otwór na miarę, z zaokrągleniem akurat pod jego bok, z półeczką akurat pod łapki.
Nie miauczał głośno, nie prosił o pomoc. Siedział, mrużąc oczy w stronę ścieżki, jakby obserwował przechodzących ludzi z własnej loggi.
Koło mnie przeszła kobieta z wózkiem na zakupy, choćby nie zwolniła — pewnie codziennie tędy wraca z Biedronki i nic już jej nie zaskakuje. Zresztą ja też miałam zamiar iść dalej, bo przesyłka polecona czeka, a odbiorca podpisuje tylko do czternastej. Ale coś mnie przy tym kamieniu zatrzymało na dłużej, niż powinnam.
W dole wyrobiska, jakieś piętnaście metrów od tego miejsca, stał zaparkowany srebrny Opel Astra z włączonymi światłami awaryjnymi. Przy nim mężczyzna w granatowej kurtce robociarza kręcił się wokół otwartej klapy bagażnika, przeszukując coś między skrzynkami. To był pan Ryszard, który prowadzi mały warsztat samochodowy przy ulicy Kokoszków — znam go, bo co miesiąc odbiera u niego paczki z częściami. Krzyknął w moją stronę, iż szuka kotka od trzech dni, iż jego córka, Zuzia, płakała codziennie po szkole, bo rudy zniknął z obejścia akurat w dniu, kiedy przyjechali do dziadków na dłużej.
Powiedziałam mu, gdzie jest, i iż raczej nie trzeba go wyciągać siłą — siedzi tak, jakby to było jego własne mieszkanie, bez żadnego niepokoju w ciele.
Pan Ryszard podszedł bliżej, uklęknął na kamieniach w swoich roboczych spodniach, i zamiast od razu wyciągać rękę po kota, przez chwilę po prostu patrzył, jak ten otwór w skale pasuje do zwierzaka. Powiedział coś w stylu, iż to wygląda, jakby kamienie same zrobiły dla niego mieszkanie, jeszcze zanim on się urodził.
Wtedy od strony ogrodzenia działki pani Danuty odezwał się głos. To była ona sama, w kaloszach i w starym swetrze córki, z sekatorem w ręku, bo przycinała żywopłot. Zawołała, iż ten kamieniołom jest jej, iż ziemia pod nim też, i iż od miesiąca prosi gminę, żeby wreszcie to wyrobisko zasypać, bo dzieci tam włażą, a teraz jeszcze koty.
Pan Ryszard odpowiedział bez podniesionego głosu, iż nic nie zasypuje, tylko zabiera swojego kota, i iż zrobi to bez żadnej szkody dla jej murku. Ona na to, iż już trzeci sąsiad traktuje tę skarpę jak własny podwórek, iż nikt nie pyta o zgodę, a przecież to ona płaci podatek od tej działki, nie ktoś inny.
Stałam z tą przesyłką na ramieniu i patrzyłam, jak dwoje dorosłych ludzi kłóci się o kawałek skały, podczas gdy kotek siedział w swojej niszy i obserwował to wszystko z góry, zupełnie nieporuszony, jakby już wcześniej widział podobne przedstawienia.
W końcu pani Danuta zamilkła, odłożyła sekator na murek i zeszła kilka kroków niżej. Przykucnęła obok pana Ryszarda, obok kota, i zobaczyła z bliska to samo, co ja wcześniej — iż ten otwór w skale naprawdę jest wyjątkowy, iż zaokrąglenie kamienia pasuje do grzbietu zwierzaka tak, iż nie trzeba żadnej poduszki, żadnego koszyka. Powiedziała tylko, iż przez dwadzieścia lat chodziła tędy setki razy i nigdy nie zauważyła tej szczeliny.
Pan Ryszard sięgnął po kota obiema rękami, delikatnie, pod brzuch i pod łapki, i rudzielec dał się wyjąć bez jednego pisku, jakby wiedział, iż to już koniec przygody. Owinął go w swoją kurtkę robociarza i ruszył w stronę Opla, ale przy murku odwrócił się jeszcze do pani Danuty.
Powiedział, iż jeżeli gmina rzeczywiście ma zasypać to wyrobisko, to chciałby przedtem przyjść z córką i sfotografować tę skalną niszę, bo Zuzia i tak będzie chciała to pamiętać. Pani Danuta na to, iż nie musi czekać na żadną decyzję gminy, iż może przyjść, kiedy chce, bo furtka od jej strony jest zawsze otwarta dla sąsiadów, tylko dotąd nikt nie pytał.
Wyjęła z kieszeni swetra złożony kawałek papieru — to był ten sam wniosek do urzędu gminy o zasypanie wyrobiska, który nosiła przy sobie od tygodni, żeby podpisać go u sąsiadów jako świadków. Podarła go wtedy na pół, na miejscu, i powiedziała, iż teren zostaje, tylko ogrodzi go niżej, żeby dzieciom było bezpieczniej, a kotom i tak nic nie zrobi żadne ogrodzenie.
Ja dotarłam na Przemyską z moją przesyłką z piętnastominutowym opóźnieniem, odbiorca jeszcze zdążył podpisać. A kiedy wracałam tą samą skarpą po tygodniu, zobaczyłam, iż przy tej niszy w kamieniu stoi już mała tabliczka z napisem "Dom Rudego", wbita w ziemię byle jak, pisana flamastrem dziecięcą ręką. Nikogo przy niej nie było, tylko wiatr szarpał kartkę, a ja poszłam dalej swoją trasą, bo i tak byłam już spóźniona o kolejne dziesięć minut.

3 godzin temu




