Cztery lata w Stavanger. Tyle mnie nie było.
Wracałem pociągiem z Warszawy, walizka na kółkach uderzała o stopnie peronu. Nikt nie wiedział, iż przyjeżdżam. Chciałem zrobić Magdzie niespodziankę — wpaść do domu, przytulić ją od tyłu, kiedy będzie podlewać pelargonie na parapecie. Nasz dom. Ten, który razem budowaliśmy zanim wyjechałem.
Przez cztery lata wstawałem o piątej rano, żeby zdążyć na pierwszą zmianę na platformie wiertniczej. Spałem w kontenerze z trzema innymi chłopakami. Jadłem zupki chińskie podgrzewane w mikrofalówce, która śmierdziała czymś kwaśnym. Co miesiąc wysyłałem do Polski osiem, czasem dziesięć tysięcy złotych. Na konto matki. Bo tak się umówiliśmy — ona przypilnuje remontu, pomoże Magdzie, dopilnuje, żeby niczego nie zabrakło.
„Wszystko w porządku, synku. Nie martw się”.
„U mnie dobrze, kochanie. Oszczędzaj na bilet, nie przylatuj co pół roku”.
Wierzyłem. Pracowałem po dwanaście godzin, żeby oni mieli lepiej.
Przed furtką stanąłem o siedemnastej czterdzieści. Pachniało deszczem i liśćmi, które nikt nie zagrabił. Zerknąłem przez szczelinę w płocie — i zamarłem.
Magda klęczała na ścieżce przy kompostowniku. Głowa ogolona do skóry. Policzki zapadnięte. Zbierała palcami kawałki rozbitej doniczki, a obok niej stało wiadro z brudną wodą. Ręce jej się trzęsły jak u kogoś, kto od tygodni nie jadł do syta.
— Pospiesz się z tym, Magda — usłyszałem głos matki z tarasu. — Jak się ktoś skaleczy, to potrącę ci z jedzenia.
Nogi wrosły mi w ziemię.
Z domu wyszedł Adam, mój młodszy brat. W nowiutkiej skórzanej kurtce, z telefonem przy uchu. Roześmiał się, patrząc na Magdę.
— No co się gapisz? Sprzątaj, bo mama zaraz przyjdzie.
Chciałem wyważyć furtkę. Ale coś mnie powstrzymało. Po latach pracy przy maszynach nauczyłem się jednego: jak coś się psuje, najpierw słuchasz. Hałas powie ci, od czego się zaczęło.
Więc słuchałem.
Magda próbowała wstać. Kolana się pod nią ugięły. Złapała się krawędzi wiadra.
— Adam, ja naprawdę nie mam już siły…
— To co, mam ci kanapkę zrobić? — prychnął. — Jak się nie podobają warunki, to wracaj do siebie.
— Do siebie? — Magda uniosła głowę. — Przecież to jest mój dom…
Adam podszedł bliżej. Zobaczyłem, jak cofnęła ramiona, jakby chciała zniknąć w sobie.
— Twój? — warknął. — Brat wysyła kasę na mamy konto. Więc dom jest mamy. A ty tu jesteś… jak to się mówi… gościem. I to takim, co nie płaci.
Na taras weszła matka. Miała na szyi wisiorek z kolibrem, który przywiozłem Magdzie z Norwegii na piątą rocznicę.
— Magda — powiedziała spokojnie — skończ to i zejdź mi z oczu. Dziś mamy gości.
— Ja chcę zadzwonić do Tomka — powiedziała Magda. — Ma prawo wiedzieć, iż jestem chora.
Matka machnęła ręką.
— Nie będziesz go denerwować. Pracuje ciężko. To, iż ciebie boli brzuch, to nie powód, żeby robić z siebie gwiazdę.
Magda podniosła głowę.
— To rak, Halina. Nie ból brzucha.
Zrobiło mi się słabo.
— Rak, rak… — matka wzruszyła ramionami. — Ludzie żyją z gorszymi rzeczami. A ty przesadzasz. W zeszłym tygodniu znowu chciałaś iść do lekarza. Prywatnie! Wiesz, ile kosztuje prywatna wizyta u onkologa? Czterysta złotych! Za jedno wejście!
— Bo w NFZ czeka się miesiącami…
— To trzeba było wcześniej pomyśleć — ucięła matka. — Zanim zachorowałaś.
Wtedy przestałem słuchać.
Popchnąłem furtkę. Zawiasy zaskrzypiały tak, iż oboje podskoczyli. Walizka poleciała na ziemię. Adam upuścił telefon. Matka chwyciła się za klatkę piersiową.
A Magda…
Magda patrzyła na mnie tak, jakby zobaczyła ducha.
— Tomek…
Podszedłem do niej. Przyklęknąłem przy ścieżce, w tej mokrej trawie, obok wiadra z brudną wodą. Pachniała lekami, wilgocią i czymś, czego nie chciałem nazwać.
— Wróciłem — powiedziałem.
Złapała mnie za rękaw. Palce miała chude jak patyki.
— Tomek, ja nie… ja nie chciałam cię martwić…
Matka natychmiast zaczęła coś mówić. Że Magda przesadza. Że sama jest sobie winna. Że robiła awantury, wynosiła rzeczy z domu, iż chciała sprzedać ten wisiorek z kolibrem…
Zerknąłem na jej szyję.
— Ten? — zapytałem.
Zakryła wisiorek dłonią.
— Ile dałaś na jej leczenie? — zapytałem. — Z tych pieniędzy, które wysyłałem?
Cisza.
— No… płaciliśmy za niektóre wizyty…
— Dwie — powiedziała Magda. Zajęło mi chwilę, żeby zrozumieć. — Jedenaście miesięcy, Tomek. Dwie wizyty.
Wstałem. Powoli. Matka patrzyła na mnie, jakbym miał zaraz wybuchnąć.
Nie krzyczałem.
Wyciągnąłem telefon.
Nie wiedzieli jednego. Kiedy leciałem z Norwegii, na moim telefonie czekało siedemnaście nieodebranych połączeń z kancelarii prawnej w Stavanger. Wszystko wyjaśniło się, gdy otworzyłem maila.
— Wiesz co, mamo — powiedziałem spokojnie — masz rację. Żadne krzyki nic tu nie naprawią.
Matka odetchnęła. Adam się rozluźnił. Zobaczyłem, jak wymieniają spojrzenia.
— Poza tym — dodałem — i tak miałem wam coś zakomunikować. Wszystkim.
— Co takiego? — spytała matka.
— Firma wypłaciła mi odszkodowanie za wypadek na platformie. Uszkodzenie barku. — Opuściłem rękaw, pokazałem bliznę po operacji. — Trochę ponad dwa miliony czterysta tysięcy złotych.
Cisza, jakiej w tym domu nie słyszałem nigdy.
— Żartujesz — szepnął Adam.
— Nie.
Matka zrobiła krok w moją stronę. Ta sama kobieta, która dwie minuty wcześniej kazała mojej żonie sprzątać rozbitą doniczkę, teraz wyciągała ręce, jakby zaraz miała się rozpłakać ze wzruszenia.
— Mój Boże… Tomek, synku, to cudowna wiadomość!
— Pieniądze będą na koncie za dziesięć dni — dodałem.
I na tym skończyłem.
Nie powiedziałem im, iż odszkodowanie było już zabezpieczone przez norweską kancelarię. Że ani matka, ani brat nie mogli dotknąć ani złotówki.
W ciągu godziny matka przyniosła Magdzie herbatę z miodem. Adam zaproponował, iż podwiezie ją do szpitala. Matka zdjęła wisiorek z kolibrem i podała go Magdzie.
— Ja tylko… ja tylko pilnowałam, żeby się nie zgubił — powiedziała.
Magda patrzyła na nią z taką miną, jakby pierwszy raz w życiu widziała coś obrzydliwego.
Zabrałem wisiorek.
— Ja go przypilnuję.
W szpitalu w Bydgoszczy, przy ulicy Juraszów, lekarz długo oglądał wyniki. Potem podniósł oczy znad kartek.
— To zaawansowany nowotwór jelita grubego. Pani Magda powinna była być operowana sześć miesięcy temu. Kto doprowadził ją do takiego stanu?
Nie odpowiedziałem.
Następnego dnia Magda złapała mnie za rękę.
— Nie kłóć się z nimi przez wzgląd na mnie.
— To nie jest tylko o ciebie.
— A o co?
— O to, iż oni uwierzyli, iż mogą ci to zrobić i nikt nie zapyta dlaczego. — Zacisnąłem dłoń na jej palcach. — I iż wydawali pieniądze, które miały cię utrzymać przy życiu.
Przez dziesięć dni grałem spokojnego.
Matka dzwoniła codziennie.
„Tomek, a kiedy dokładnie przyjdzie to odszkodowanie?”
„Wiesz już, na który bank?”
„Myślałeś o inwestycji? Bo Adam ma fajny pomysł na myjnię…”
Adam przyjechał do szpitala z kwiatami. Tym razem parkował pod sam wejściem nowym audi Q7, które — jak się okazało — zarejestrował na nazwisko matki, żeby „uniknąć podatku”.
— Słuchaj — pochylił się do mnie — jak już przyjdą te pieniądze, to moglibyśmy rozkręcić interes. Ja znam się na samochodach…
— Pomyślę — powiedziałem.
Uśmiechnął się, jakby już widział kluczyki do salonu.
Nie wiedział, iż każda jego wiadomość, każdy przelew, każdy paragon z myjni trafiał do mojego prawnika.
Pięć dni po moim przyjeździe matka sama przyniosła mi teczkę — segregator pod pachą, dumna mina.
— Przygotowałam wszystko — oznajmiła. — Żeby było uczciwie. Jak przyjdą pieniądze, to będziemy wiedzieli, co do kogo należy.
Otworzyłem segregator.
Przelewy. Faktury za remont. Umowa kupna audi. Wypłaty z konta, na które przez cztery lata wysyłałem pieniądze.
Wszystko.
— Prowadziłaś to? — zapytałem.
— Oczywiście. Nie jestem nieodpowiedzialna.
— Dziękuję — powiedziałem.
Wyszła zadowolona. Jak ktoś, kto właśnie przypieczętował swoją część tortu.
Trzy dni później poprosiłem ich oboje do kancelarii.
Matka włożyła najlepszy kostium. Adam — nowy zegarek. Obok mnie siedział prawnik, pan Michalski, i księgowa. Na stole leżały cztery segregatory.
— No — matka zatarła dłonie — to jak dzielimy te miliony?
Prawnik otworzył pierwszy segregator.
— Czterysta dwadzieścia tysięcy złotych — zaczął — przelanych z konta pana Tomasza na konto pani Haliny w ciągu ostatnich czterech lat.
Matka zbladła.
— To drugi — ciągnął — rachunki na leczenie pani Magdaleny. Wszystkie dwie wizyty.
Trzeci segregator. Mój prawnik uniósł papiery.
— A to dokumentacja, którą państwo sami dostarczyli. Opisy przelewów. Faktury. Numery kont.
Adam zerwał się z krzesła.
— Co to ma być?!
— Cztery lata — powiedziałem. — Przez cztery lata wysyłałem wam pieniądze na leczenie mojej żony. A wy kupowaliście za nie samochody, remonty i zegarki.
Matka zaczęła płakać. Tym gniewnym płaczem, kiedy ktoś nie żałuje tego, co zrobił, tylko tego, iż został złapany.
— Jestem twoją matką! — krzyknęła.
— A ona była moją żoną — odpowiedziałem.
To była jedyna rzecz, jaką powiedziałem tego dnia.
Pozew karny za przywłaszczenie, pozew cywilny o zwrot, wniosek o zabezpieczenie majątku. Wszystko podpisane.
Magda operację przeszła w Gdańsku, na specjalistycznym oddziale onkologicznym. Chemioterapia. Radioterapia. Trzy miesiące, potem badania kontrolne. Wyjście drugi raz na prostą.
Pewnego wieczoru, w wynajętym mieszkaniu niedaleko Myślęcinka, stanąłem w progu kuchni. Zegar nad lodówką pokazywał za dziesięć siódma. Magda siedziała przy oknie, włosy odrastały jej krótkie, ciemne, miękkie jak u dziecka, a na kuchence zaczynał gwizdać czajnik.
Dotknęła włosów palcami, niepewnie, jakby sprawdzała, czy to na pewno jej.
— Wyglądam okropnie, prawda?
Zdjąłem czajnik z ognia, zanim zdążył wrzasnąć na całe mieszkanie. Podszedłem, pocałowałem ją w czoło.
— Nie — powiedziałem. — Wyglądasz jak najsilniejsza osoba w tej rodzinie.
Nalałem wrzątek do dwóch kubków. Usiadłem obok niej przy oknie, w którym odbijały się światła sąsiedniego bloku, i czekałem, aż herbata się zaparzy.





