Zdziwiona, gdzieś pomiędzy nocą
a świtem
rozglądam się.
Małe okienko, delikatnie
zawieszone
w przestrzeni.
Na ścianie wyryte
twarze.
Smutne, cierpiące.
Nie odwracam wzroku.
Najwidoczniej ktoś tutaj
leczył się z paranoi.
Nie ma drzwi —
nie szkodzi.
Okienko jest w sam raz dla mnie.
Idealne.
Na zewnątrz jest jak w baśni Andersena.
Kolory przenikają się wzajemnie.
Strumień i zieleń.
Jest pięknie.
Nic mnie nie niepokoi.
Paź królowej usiadł mi na dłoni.
Dostrajam tylko chmury i słońce,
co właśnie wschodzi.
Taki jest właśnie
mój sen prowadzony.






