– Dzieciaki! Wstajemy! W internetach piszą, iż wysypało! Śniadanie, zęby i jedziemy.
Młodszej części ekipy nie trzeba było długo namawiać. 9-letni syn i 11-letnia wnuczka gwałtownie narzucili coś na siebie i ustawili się pod domem. 14-letnia córka tylko przewróciła się na drugi bok, mamrocząc pod nosem:
– Grzyby? Jakie grzyby… Daj spokój, mama. Przecież to nuda. Myślisz, iż skąd się wzięło powiedzenie „emocje jak na grzybobraniu”?
No tak... Czasy, gdy biegała na bosaka po lesie, by być bliżej natury, już za nami. Szczęściem najmłodszych wciąż ekscytuje grzebanie w mchu i paprociach.
– Babcia, babcia! Zobacz, co znalazłam!
Amelka przybiegła do mnie dzierżąc w dłoniach kilka zajączków. Patrzę i oczom nie wierzę. Wyrosły pod moją osobistą choinką na tyłach domu! No czegoś takiego to jeszcze nie było.
Teraz już jestem pewna, iż wyprawa na grzyby będzie owocna. Oczami wyobraźni widzę siebie ślęczącą w kuchni do 5 nad ranem i czyszczącą prawdziwki oraz podgrzybki. Ten – do suszenia. Będzie na wigilijny barszcz. Ten mały – do marynowania. A ten – na jajecznicę. Trzeba będzie jeszcze podsmażyć... A ocet? Czy mam ocet? Najwyżej w Żabce się kupi wracając...
– No to dokąd jedziemy? Może Spała?
– mąż wyrywa mnie z zamyślenia podczas pakowania kanapek i wody.
– Ale to daleko przecież... Zanim dojedziemy, to już wszystko wyzbierają. Zresztą patrz. Jeden z grzybiarzy wrzucił post, iż tam sucho i nic nie ma. Może Aleksandrów? Jest taki pan Arek Mączka, ja go obserwuję od dawna. Patrz, znów całe kosze nazbierał
– kręcę nosem na propozycję małżonka.
Prawęcice i Zgniłe Błoto. Grzybiarzy więcej niż grzybów
Czyli postanowione. Kurs na Prawęcice – Zgniłe Błoto – to nasz pierwszy kierunek. W tym rejonie są duże połacie lasów, w tym sosnowych, a miłośnicy leśnych skarbów regularnie chwalą się bogatymi zbiorami z tych okolic.
Pół godziny później jesteśmy na miejscu. Tyle iż chyba pół województwa oglądało te same zdjęcia, bo przy drodze stoi sznur samochodów, a w lesie grzybiarze przeczesują teren niemal szpalerem.
Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, mógłby pomyśleć, iż kręcą tu kryminał i właśnie trwa wielka akcja poszukiwawcza. Tyle iż tym razem nikt nie szuka zaginionego. Wszyscy polują na borowiki i podgrzybki.
– I co robimy? Bełdów?
– proponuje małżonek.
– Tam dużo dębów jest. Może borowiki są?
Bełdowskie lasy nie zachwyciły. Ruszamy dalej
W bełdowskich lasach gwałtownie mina nam rzednie. Jest gęsto, pełno paproci, krzewów i dębów. Z głównej ścieżki miejscami praktycznie nie da się zejść między drzewa.
Idziemy już ze 20 minut, a dzieciaki zaczynają się niecierpliwić, iż nie znalazły choćby jednej kurki. Właśnie mijamy małżeństwo z dwójką dzieci. Miny mają takie, jakby właśnie wracali z przegranej bitwy.
Tata na moment łapie z nami kontakt wzrokowy, po czym gwałtownie odwraca się w stronę rodziny i zaczyna wymachiwać wiaderkiem. Trochę tak, jakby próbował ukryć kompromitującą prawdę – na dnie leżą zaledwie cztery grzybki.
– Wracamy. Tu nic nie ma
– mówię kategorycznie.
– No to co robimy? Wracamy?
– pyta lekko rozczarowana ekipa grzybiarzy.
– Jedziemy tam, gdzie zawsze.
Podejmujemy decyzję i ruszamy w stronę Uniejowa. Tam mamy miejscówkę, która nie zawodzi nas od lat. Może szału nie ma, ale nigdy nie wróciliśmy z pustymi rękami.
Nawet gdy nie zrywamy się o 6 rano, licząc na pełne wiadra, tylko traktujemy wypad bardziej jako rodzinny spacer z przyjemnymi niespodziankami po drodze.
Jedziemy w stronę Przykony, niemal do samej granicy województwa łódzkiego i tam robimy przystanek.
Do lasu trzeba jednak kawałek podejść, bo blisko trasy leśnicy prowadzą prace i usuwają stare oraz chore drzewa. Podłoże jest wilgotne, pachnie ściętym drewnem, a buty przyjemnie zapadają się w poduszkach z mchu.
Borowiki w końcu są. Ale większość ma już lokatorów
– Mam! Mam!
– krzyczy syn, bo znalazł pierwszego borowika.
Nie jest to może wielki okaz, ale pierwszy grzybek w okresie cieszy przecież najbardziej.
Za chwilę małżonek:
– O kurczę!
– woła i schyla się po „bliźniaki” – dwa całkiem spore borowiki zrośnięte ze sobą jednym kapeluszem.
Szału jednak nie ma. Widać, iż przed nami szlak przecierało tu już kilka osób. Zdradzają to wiele mówiące dziurki w ściółce i porzucone, przekrojone na pół grzyby, które ktoś zostawił po odkryciu zbyt dużej liczby lokatorów w kapeluszach.
– Zobaczysz, wszystkie borowiki będą do wyrzucenia. Nie było zimnych nocy, więc czerwie nie wymarzły
– stwierdził mój mąż, demonstrując miękkie trzonki.
Ale kto by się tym teraz przejmował, skoro dzieci w wielkim skupieniu wypatrują pod nogami kolejnych trofeów. Co chwilę któreś woła, iż „ma!”, więc wiaderko powoli się zapełnia. Kiedy w końcu jest pełne, zarządzamy odwrót. Obiad sam się przecież nie ugotuje.
Wieczorem przychodzi pora na mniej przyjemną część grzybobrania, czyli przeglądanie, czyszczenie i krojenie naszych leśnych skarbów. Nie będę ukrywać – nie jest to moje ulubione zajęcie.
Tym razem mam jednak pewne ułatwienie. gwałtownie okazuje się, iż mąż miał rację. Mniej więcej dwa grzyby na trzy są już „zamieszkałe”.
Z pełnego wiaderka zostaje może pół kilograma zdrowych grzybów. Obok za to gwałtownie rośnie reklamówka tych, które do garnka już się nie nadają. Szkoda wyrzucać je do śmieci, więc wrócą tam, skąd przyjechały – do lasu i pod choinkę za domem.
I nie jest to wcale taki zły pomysł. Dojrzałe owocniki produkują i rozsiewają zarodniki, dzięki którym grzyby mogą się rozmnażać.
Gdzie jeszcze szukać grzybów w woj. łódzkim?
My sprawdziliśmy Prawęcice, Zgniłe Błoto, Bełdów i okolice Uniejowa, ale grzybowa mapa województwa łódzkiego jest znacznie większa.
Wśród najbardziej znanych kierunków od lat wymienia się Lasy Spalskie oraz okolice Spały, Tomaszowa Mazowieckiego, Twardej, Karolinowa i Swolszewic. Bliżej Łodzi popularne są Grotniki, Las Łagiewnicki, okolice Natolina, Aleksandrowa Łódzkiego i Bełdowa.
Z grzybiarskich grup płyną jednak także meldunki z innych części regionu. Zbieracze pokazują pełne kosze z okolic Bełchatowa, Łękawy, Kurnosa, Trząsu, Szczercowa i Zelowa. Pojawiają się również zdjęcia zbiorów z Kłudzic, Radomska, Dłutowa i Łasku. Okazałymi zdobyczami chwalą się też grzybiarze z okolic Zgierza i Pabianic.
Nie wszędzie jednak sytuacja wygląda tak samo. Z niektórych miejsc dochodzą sygnały, iż w lesie robi się sucho, a zanim koszyk zacznie się zapełniać, trzeba się sporo nachodzić.
– Oj tak, grzybów jest sporo. Co dzień chodzę maksymalnie na 1,5 h i za każdym razem przynoszę minimum kilogram podgrzybków. Wczoraj w ciągu dwóch godzin prawie 3 kg uzbierane. Miejscówki swojej nikt nie zdradzi, ale naprawdę warto iść na grzybki
– napisała jedna z użytkowniczek grupy „Grzyby, Grzybiarze, Identyfikacja – województwo łódzkie”.
Tyle test na własnej skórze i internetowe meldunki. W praktyce choćby najlepsza miejscówka jednego dnia może dać pełny kosz, a drugiego – tylko długi spacer.
Czy warto więc ruszać do lasu? Grzybów potrafi być naprawdę sporo. Problem w tym, iż kiedy zaczyna się wysyp, na grzybobranie rusza chyba połowa mieszkańców kraju. Po morsowaniu to już chyba nasz drugi sport narodowy.
Przy popularnych miejscówkach samochody stoją jeden za drugim, a między drzewami momentami bywa więcej ludzi niż grzybów.
Trzeba więc mieć sporo cierpliwości, własne sprawdzone miejsca albo po prostu trochę szczęścia. Nasz przykład pokazuje jednak, iż choćby jeżeli nie rusza się do lasu o świcie, można w ciągu godziny nazbierać tyle, żeby po odrzuceniu robaczywych okazów coś jeszcze zostało.
Na sos może nie wystarczy, ale na świąteczny barszcz – spokojnie.
https://tulodz.pl/lodzkie/amerykance-dotarly-do-woj-lodzkiego-rosna-calymi-grupami-grzybiarze-zbieraja-je-setkami/l5rVFzpDvwdSsPVb5Fre
3 godzin temu





