WŁOCH

renatawinczewska.wordpress.com 2 miesięcy temu

Niewielka to była przyjaźń. Raptem wielkości pudełka od zapałek w kłębie. Do tego dochodzą smukłe nogi, długości prawdopodobnie czterech centymetrów. Może to choćby nie była przyjaźń, ale znajomość. Z racji tego, iż nie znam płci, nie jestem więc w stanie określić, czy to była znajoma, czy znajomy. Na potrzeby chwili będę brutalna i nazwę owego osobnika Włochem. Dlaczego tak? Dlatego iż wyglądał(a) jak jeden wielki włos. Włosy były wszędzie, na nogach, na głowie, na całym żyjątku były włosy. Jeden duży włos bywa określany Włochem, stąd moje skojarzenia. No dobra, to teraz możemy zmierzać dalej.

Niewielka emocja musiała towarzyszyć osobie, która Włocha wystawiała. Na miejscu zbrodni, zostały porzucone resztki ściółki i kokos przecięty na pół, miąższ jego dawno już musiał zostać wydłubany, bo pozostał suchy i gładki. Niewątpliwie, były to pozostałości po jego dawnym życiu. Meble i podłoga, jakim się ów Włoch przyglądał przez wiele lat. Ile mogło to być lat? Tego nie wiem. W teorii samice potrafią dożyć dwudziestu lat, samce zaś od pięciu do dwunastu. Terrarium – małe, bezpieczne, w którym Włoch mógł przenudzić całe swoje życie, ku zadowoleniu… czyjemu zadowoleniu? Może miał właściciela, a ten z jakiegoś powodu przestał się nim opiekować. Może przeszkadzał komuś z domowników i ten w skrytości się go pozbył? Może… jest tyle pytań o to „może”.

Niewielki był mróz, kiedy go znalazłam. Może zero, może choćby jeden stopień ponad. Włoch leżał skulony, zwinięty w kłębek. Ile czasu tak leżał? Nie wiem. Może go fala roztopów odsłoniła, może nie. Niestety nie żył. Można snuć przypuszczenia o jego końcu, zważając na obrażenia jakich Włoch doznał. Miał dwie nogi odłamane całościowo, jedną naderwaną. Czyżby to uszkodzenie mechaniczne powstałe w wyniku wyrzucania go bezpośrednio z terrarium, gdzie meble i ściany mają moc cięcia kończyn? Czyżby ktoś Włocha zauważył pod tym budynkiem w którym pracuję i samozwańczo rzucił się na owego w celu wyeliminowania go ze społeczeństwa, jako jednostkę niepożądaną, a może choćby powodującą obrażenia jadowe, albo inne zawałowo-sercowe. Może zamarzł i odpadły mu owe kończyny? Nie wiem, jest tyle „może” hipotez o jego końcu.

Niewielki zrobiłam mu pogrzeb. Jako, iż uważam pająki za istoty niezwykle inteligentne i przychodzące z posłannictwem, nie umiałam przejść obok nieszczęsnego Włocha obojętnie. Zabrałam go w kartonie do domu. Poczekałam do wieczora, żeby sprawdzić, czy nie ożyje. Nie ożył. Miał dziwny, nieprzyjemny zapach, uznałam więc, iż już nie ożyje. Razem z kartonem jaki służył mu za trumnę włożyłam jego ciało do kominka. Papieru nie zabroniono palić, więc czasami palę jakieś dokumenty, tu dokumentem był Włoch. Dziwna to była kremacja. Skwierczało i trzaskało, jakbym paliła drewno. Kiedy się wypalił ogień, zajrzałam do kominka. Włoch został taki jak był, w jednym kawałku, złożonym jak przedtem. Nie mogłam w to uwierzyć. Wzięłam pogrzebacz i rozgarnęłam go na popiół. Niezwykła sytuacja. Włoch był, Włocha nie ma. Już nie biega po terrarium, już nie ma zapachu, włosów, życia… nie ma Włocha.

Niewiele rozumiem z tej sytuacji. Jedno jest pewne – pająk, który mnie odwiedza w taki niemożliwy sposób, zapowiada ważne dla mnie zdarzenia, które następują w trybie natychmiastowym. Minęły dwa dni – nie stało się nic. Ten pająk był martwy, może oznacza, iż jest śmierć o której powinnam wiedzieć, ale nikt mnie o niej nie zawiadomi. Ogromny, egzotyczny, martwy ptasznik. Odprowadziłam go tak, jak mogłam i zostałam z pytaniem… „i co dalej?”

Idź do oryginalnego materiału