Rośliny

Ten trik budzi uśpione nasiona. Wschodzą 3 razy szybciej
Tata i jego działka To, iż tata sprzedał ich wspólną działkę, Olga dowiedziała się zupełnie niespodziewanie i całkiem przypadkiem. Podczas telefonicznej rozmowy, gdy z miejskiego telefonu dzwoniła do mamy do innego miasta. Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach — kiedy przez pomyłkę stajesz się trzecim, niemym uczestnikiem czyjejś rozmowy, tylko słyszysz, jak rozmawiają inni. Jakaś telefonistka połączyła przez przypadek trzy osoby. Dwa miasta, dwie osoby, które przez kilka opłaconych minut dzielą się najważniejszą nowiną: działki już nie ma, sprzedana z zyskiem, teraz można… zdziałać wiele, choćby Olce trochę podarować! Mamy Olgi i jej ciotki Irki głosy były tak znajome, choć dzieliło je sto dwadzieścia kilometrów i linie telefoniczne przesyłające głos jako impulsy elektryczne. Fizyka zawsze była dla Olgi trudna — tata ją zawsze do nauki zmuszał. *** – Tato, czemu we wrześniu słońce jest takie inne? – Jakie, Olciu? – Sama nie wiem… trudno to wytłumaczyć, światło jest jakieś inne, bardziej miękkie, chyba. Niby świeci, ale nie tak jak w sierpniu. – Ucz się fizyki, we wrześniu układ ciał niebieskich jest zupełnie inny! Łap jabłko! – Tata się roześmiał i rzucił Olce ogromne, lekko spłaszczone, pachnące miodem czerwone jabłko. – Papierówka? – Nie, jeszcze niedojrzała. To korzenna prążkowana. Zachrzęściła w ustach, poczuła słodką, białą pianę, nasiąkniętą latem i ziemią. O odmianach jabłek, jak i o fizyce, Ola wiedziała niewiele. I w tym tkwił główny problem — bo Ola, ósmoklasistka, od dwóch lat była zakochana w nauczycielu fizyki. Świat schodził się w jedno, niebo się rozstępowało, a prawa fizyki wcale nie chciały się zmieścić w kratki szkolnego zeszytu. Tata wszystko rozumiał po jej nieobecnych oczach i kiepskim apetycie. O wszystkim mu powiedziała, już rok temu. Przepłakała noc, jak mała, u niego na kolanach. Mama była akurat w sanatorium. Starsza o dwanaście lat siostra studiowała w innym mieście. Na działce tata stawał się szczęśliwy, cały czas podśpiewywał, gwizdał melodie. W domu nigdy tego nie robił. Tu królowali mama i siostra, gdy wracała z miasta. Mama była piękna i dumna, kierownik wojskowej biblioteki, wysoka, o rudych włosach i kozackim charakterze. Farbowała włosy henną, więc co dwa miesiące wychodziła z łazienki z wielkim turbanem na głowie i pachniała trawą i deszczem. Była urzekająca na pierwszy rzut oka. Tata — drobniejszy, starszy o prawie dziesięć lat, zwyczajny. Tak kiedyś mama powiedziała siostrze, a Ola się wtedy obraziła. – Saszka taki trochę niewidoczny. Ale facet nie musi przecież być piękny. Niewidoczny na tle ogniście rudych włosów mamy, jej krzykliwych gestów, bicia talerzy i nieokiełznanego temperamentu. Mama kochała porządek i wygodę. Musiała znosić tatowe „żołnierzyki”, jak się ich nazywało — czasem spali na podłodze w ich małym, dwupokojowym mieszkaniu. Tata służył w wojsku, a po zwolnieniu został głównym mechanikiem w lipieckim telegrafie. Przez żołnierskie znajomości budował swoją działkę — znajomi przyjeżdżali pomagać kopać, stawiać dom. Mały domek z werandą, na której Ola latem uwielbiała czytać. Tata podawał jej miski z agrestem albo truskawkami prosto na dach. Najlepsze chwile. Mama rzadko na działkę zaglądała, dbała o ręce, o urodę. Ola je podziwiała, tata całował. – Takie ręce to tylko do książek, a nie do grzebania w grządkach — żartował i mrugał do Olki… *** Pierwsze krople wrześniowego deszczu zastukały w dach werandy. Wesołe, szybkie, nie melancholijne. Ola schowała książkę. – Oluś, schodź już, mama zaraz przyjedzie z Irką, trzeba obiad ugotować — tata mówił wyjątkowo pogodnym głosem. A Ola stała, patrzyła w niebo — szare, napęczniałe, ale nie groźne. Twarz miała mokrą od deszczu. Okręciła ramionami, żeby się rozgrzać. Tylko na dachu — bliżej nieba, dalej od ziemi — przez chmury przebijały się promienie słońca. Fizyka zapomniana, na pierwszym roku na polonistyce w akademiku miejskiego uniwersytetu panują zupełnie inne zasady. Ola niemal od razu dostała miejsce w akademiku, ale przez pierwszy tydzień września spała na stancji z gospodynią — druga połowa mieszkania zajęta przez studentów. Na zajęciach głębokie zanurzenie w literaturę i język. Wykładowcy, którym cała grupa się podkochiwała — takim autorytetem i charyzmą przyciągali. Po zajęciach tęskniła za domem. Jeszcze nie miała znajomych. Stołowała się skromnie, włóczyła po ulicach do wieczora. Obca uroda wielkiego miasta była zimna i samotna. Tak samotna, jakby Ola wcale nie schodziła stromą ulicą Metalowców, obok głównego gmachu uniwersytetu, przez ciemny, prywatny sektor. Nie ona wracała do nowego domu, nie ona potknęła się i rozdarła nowe, ciasne lakierki. Na kuchni unosił się zapach jabłek od taty, które w podzięce gospodyni przywiózł skrzynkami. Od tego słodkiego, lekko gnijącego zapachu napływały łzy i serce zaczynało się miotać. Gdy zamieszkała w akademiku, okazało się, iż sąsiadki to studentki z NRD — Viola, Magda i Marion. Od niemieckiego głowa pękała, wieczorem wychodziła na podwórko. Niemki przychodziły po Olę, prosiły o papierosa i zawsze potem oddawały kasę, co Polakom wydawało się dziwne. A one dziwiły się polskim przetworom mamy, zwłaszcza pomidorom, które zjadały z kartoflami. Gdy zapasy Olgi się kończyły, wyciągały wędliny, które były nie do pomyślenia — ale same nie częstowały. W maju kończyły roczną praktykę i wracały do Niemiec, na kuchni zostawały stosy zimowych butów, które kupowały na rosyjską zimę. Niemieckie buty! Polki podkradały po cichu… *** – Olciu, posiekaj kapustę, ja wykopię marchewkę. Wywar już gotowy. Mała kuchnia parowała od powolnego gotowania rosołu. Wielka główka kapusty rozłożyła się na desce koronką jasnych liści. Ola oderwała liść, chrupnęła. Z ziemi wszystko pyszne. Zaczęła siekać gwałtownie i z werwą, kapusta pachniała słodko. Otworzyła okno, wpuszczając woń mokrych liści, ogniska i jabłek. Tata widoczny z tyłu, łopata w ziemi, Ola wiedziała, iż bolą go plecy. Rzuciła nóż, wybiegła na ogród, objęła go od tyłu, przytuliła. On się odwrócił, cicho objął, pocałował ją w czubek głowy. Tego wieczoru Irka przyjechała sama — mamę rozbolała głowa, została w domu. *** Za mną uniwersytet, studenckie małżeństwo, praca w gazecie „Nowator” fabryki lotniczej, pierwszy zawał taty, narodziny córki i choćby rozwód. W pięć lat wiele się wydarzyło. Mąż Olgi odszedł do innej, a ona została z dwuletnią Marysią na stancji. Tata przyjeżdżał co dwa tygodnie, przywoził zakupy, bawił się z wnuczką. – Olka, nie miej do mamy żalu, iż nie przyjeżdża jak ja, dobrze? W drodze ją mdli… A może ma kogoś…? – Tato, co Ty?! W tym wieku adoratora?! Tata zaśmiał się gorzko. Zamilkł. Ola nagle zobaczyła, iż wyraźnie posiwiał i posmutniał. choćby przestał podgwizdywać. – Tato, może w poniedziałek wezmę urlop? Pojedźmy na działkę, póki ciepło, razem z Marysią? *** Działka była zasypana liśćmi, ostatni ciepły październik i babie lato. Rozpalili piecyk, zaparzyli herbatę z liści czarnej porzeczki. Ola na gwałtownie smażyła placki ziemniaczane. Tata zgarniał liście, Marysia pomagała, potem sama rozsypywała i piszczała z radości. Masło skwierczało, pękało. Z ogrodu dobiegało tatowe podgwizdywanie. Wieczorem palili ognisko. Ulica pusta, sąsiednie działki również. Tata nadziewał chleb na gałązki wiśniowe, pomagał Marysi trzymać nad ogniem. Ola ogrzewała zmarznięte dłonie przy ogniu, zawsze ją to fascynowało. Przypomniał się pierwszy studencki wyjazd na praktyki do Kazachstanu, gitarowe piosenki przy ognisku, uczucie zakochania bez obiektu — po prostu zakochanie w nocnej, gwiaździstej bezkresności, ciszy stepu, rozkojarzonych akordach gitary, w twarzach. Twarze przy ogniu są inne, niż za dnia. Każda twarz ma swoją tajemnicę i głębię oczu. Tam poznała przyszłego męża. Na pracy zawołali ją na zebranie partyjne — kandydatura Olgi do PZPR. Wieczorem kuła statut i materiały zjazdowe. A potem pytania — o rozwód, kto winien, kto moralnie niezdolny. Ola się jąkała, niemal płakała. W obronie wystąpił kolega: – To nie jest zebranie komunistów, tylko chamskie! Po latach wspominać to będzie z niedowierzaniem… Kiedy się ściemniło, zgasili ognisko. Przy furtce zatrzymał się samochód. Głośno trzasknęły drzwi. Mama! Piękna, w modnym płaszczu, powiedziała, iż z pracy podwiózł ją kolega. Marysia rzuciła się babci, tata się skrzywił, nieporadnie pocałował mamę. – Co to za kolega? – Saszka, naprawdę, po prostu mnie podrzucił! Nie znasz go… Przy kolacji rozmowa się nie kleiła, Marysia marudziła. Mama dopytywała Olę o pracę, myśląc o czymś swoim. Tata milczał, patrzył i pochylał coraz niżej ramiona. Wieczór się popsuł… *** Rok później taty już nie było. Rozległy zawał, odszedł w dwa dni, na początku ciepłego października. Po pogrzebie Ola wzięła urlop, żeby pobyć na działce. Marysię zostawiła babci ze strony męża. Wszystko wypadało z rąk. Jabłek było jak nigdy, Ola rozdawała wiadrami sąsiadom, gotowała konfitury z miętą i cynamonem, jak lubił tata. Przyjechał pomóc tata kolega z pracy, z którym regularnie jeździł do szkółki ogrodniczej w Grójcu po sadzonki. – Zostanę parę dni, Olka, ogarnę ogród, poprzycinam drzewa, jeżeli nie masz nic przeciw, dobrze? – Panie Janie, co Pan! Dziękuję! Na “Olka” zaraz napłynęły łzy, właśnie wtedy uderzyło uczucie absolutnej nieodwracalności, osierocenia. Przedtem jakby czekała, aż tata wróci, iż to koszmar. Pierwsze dni po odejściu, rano między snem a jawą długo nie mogła pojąć, czemu tak źle. Sekunda, przebudzenie, fale czarnych myśli — taty już nie ma. Potem zalewało poczucie winy, iż nie zatrzymała go na świecie. – Działki nie sprzedawaj, Ola, będę przyjeżdżać i pomagać. Wiesz, tamta antonówka, razem wybieraliśmy, ty byłaś jeszcze dziewczynką. Po drodze do Grójca Saszka mówił o tobie więcej niż o siostrze. Długo oglądał sadzonki, ja go popędzałem, denerwowałem się… Janek został trzy dni, przekopał ogród, podciął jabłonie, nawiózł nawozem i pod gankiem posadził trzy krzaki żółtych chryzantem za zgodą Olgi. – Syćko trochę wcześniej lepiej sadzić, ale jesień ciepła — się przyjmą! Na pamiątkę Saszki. Różę jeszcze trzeba okryć, liście zebrać, ale to już następnym razem. Przy pożegnaniu się przytulili. Zaczął padać deszcz. Ola długo stała przy furtce i patrzyła, jak Janek odchodzi. Poczuł, obejrzał się, pomachał, żeby wracała do domu. Deszcz się wzmógł, uderzał w dach. Wiatr gwałtownie trzasnął furtką. Próg domu zasypały żółte płatki chryzantem. Wszystko tu było taty i na zawsze jego pozostanie. Deszcz, drzewa, jesienne zapachy, ziemia. A więc on jest tu — i będzie zawsze. Ola jeszcze się wszystkiego nauczy. Będzie tu jeździć z Marysią do pierwszych przymrozków, tylko dwie godziny autobusem. Potem na wiosnę jak tylko stopnieje śnieg, może uda się zrobić ogrzewanie. Trzeba zacząć oszczędzać. A na wiosnę koniecznie z Jankiem do Grójca po białą porzeczkę, tata zawsze marzył… *** Po pół roku, w kwietniu, akurat gdy spadł pierwszy śnieg, działka została sprzedana. Ola dowiedziała się przypadkowo przez telefon, na powrocie z Grójca, dzwoniąc do domu z automatówki. W ciasnej budce, na podłodze w worku, o korzeniach owiniętych mokrą dziecięcą koszulką, stała sadzonka białej porzeczki.
Ludzie w Poznaniu dalej to robią. Może skończyć się tragedią
'Szlakiem jeleniego wzgórza'. Część trzecia. / Schwengel2009
Ciepły posiłek i szybka reakcja - policja i straż miejska pomagają osobom w potrzebie
Muzeum-Zamek w Łańcucie rekrutuje – oferta pracy przy zabytkowym parku
Cyfrowa komunikacja z lekarzem
Pomysł na weekend: Wybierz się na spacer po fascynującym Lubomierzu
Masz tę roślinę w domu, a choćby nie wiesz, iż kwitnie. Wystarczy jeden zabieg
Co możesz bezpłatnie oddać na PSZOK? Jakie obowiązują limity i o czym musisz pamiętać?
Minęły dwa tygodnie odkąd byłem na swojej działce pod Warszawą, a sąsiedzi postawili u mnie szklarnię i posadzili ogórki oraz pomidory Mam małą działkę poza miastem — nie uprawiam tam warzyw, tylko odpoczywam od miejskiego zgiełku. Ustawiłem grilla, altankę chroniącą przed deszczem i planowałem niedługo postawić ogrodzenie. Pojechałem smażyć kiełbaski, a zastałem szklarnię i grządki z ogórkami oraz pomidorami — postawione przez sąsiadkę, która wcześniej nieustannie pytała, jak można żyć bez własnych upraw. Postanowiłem działać, kupiłem z przyjacielem siatkę i ogrodziłem teren, odcinając jej dostęp do mojej działki i własności. Gdy przyszła się żalić o ogrodzenie, rozebrałem szklarnię i przerzuciłem ją za płot. Od tej pory choćby się nie przywitała.
„Czy nie żyjesz?”. Ponura aplikacja bije rekordy popularności
Tato, poznaj ją – to moja przyszła żona i twoja synowa.
Radny chce rozbetonować pasaż w Płocku. "W okresie letnim wygląda to bardzo dobrze"
„Sprzedaliśmy Państwu dom. Mamy jednak prawo zostać przez tydzień” – mówili poprzedni właściciele. W 1975 roku przeprowadziliśmy się z wioski do miasta. Kupiliśmy dom na przedmieściach i spotkała nas niespodzianka… Wieśniacy zawsze sobie pomagali, moi rodzice też tacy byli. Dlatego zgodzili się, gdy poprzedni właściciele poprosili nas, czy nie mogliby zatrzymać się przez kilka tygodni w już naszym domu, załatwiając formalności. Ci ludzie mieli ogromnego, groźnego psa. Nie chcieliśmy go zabierać, bo nie słuchał nas. Do dziś go pamiętam. Mija tydzień, drugi, trzeci, a poprzedni właściciele dalej mieszkają w naszym domu, śpią do obiadu, rzadko wychodzą i ewidentnie nie zamierzają się wyprowadzać. Najgorsze było ich zachowanie – przez cały czas czuli się tu jak u siebie. Szczególnie matka poprzedniego właściciela. Rodzice ciągle przypominali im o umowie, ale oni wciąż zwlekali z wyprowadzką. Wypuszczali psa, nie pilnowali go – nie tylko załatwiał się w naszym ogrodzie, ale też baliśmy się wyjść z domu. Pies rzucał się na każdego. Rodzice nieraz prosili, by nie spuszczali go ze smyczy. Ale gdy tylko tata szedł do pracy, a brat i siostra do szkoły, pies od razu buszował w ogrodzie. I właśnie ten pies pomógł tacie pozbyć się bezczelnych lokatorów. Siostra wróciła ze szkoły, otworzyła bramę, nie patrząc na psa – czarny bydlak powalił ją na ziemię, ale na szczęście skończyło się tylko na zadrapaniach. Psa złapano i przywiązano. A winę zrzucono na siostrę, iż przyszła za wcześnie. I wtedy się zaczęło! Tata wrócił z pracy, nie zdjęty płaszcz, złapał starą kobietę za sukienkę i wyrzucił ją na ulicę. Za nią wybiegła córka z mężem. Ich dobytek wylądował za płotem w błocie i kałużach. Próbowali napuścić psa na tatę, ale gdy pies to zobaczył, podwinął ogon i schował się w budzie. Ani myślał już bronić właścicieli. Godzinę później cały dobytek był za płotem, brama zamknięta, a pies z właścicielami siedział na ulicy.
Skrzydłokwiat nie dawał kwiatów od miesięcy. Pomogło coś, co zwykle ląduje w deserze
RDC i audycja „Twoje Mazowsze” dziś z wizytą w Mińsku Mazowieckim
To idealna roślina na Walentynki. Prosta w uprawie i efektowna
Sezon Zaufania: Jak Budować Relacje w Polskiej Kulturze
Obcy Dom na Wsi: Tajemnice Zagranicznej Posiadłości
Storczyki natychmiast zaczną wypuszczać nowe pąki. Wystarczy włożyć do doniczki ten owoc
31.01.2026 Poradnik działkowca – o deszczowych ogrodach
Jakie warzywa siejemy w lutym? W tym miesiącu ogrodnicy mają ręce pełne roboty
Tytuł Debiut Biznesu 2025 otrzymał właściciel firmy Artemis Ogrody. Odważnych było znacznie więcej
Gdy warkot silnika Mercedesa na dobre zniknął między drzewami, cisza spadła na mnie jak ciężki koc
Piękne na co dzień do 22.02.2026 Kraków
Pierwszy spacer
Bałtyk mimo mrozów przyciąga tłumy turystów. Wszyscy chcą to zobaczyć
– Świetlano, ależ tam zimą jest zimno!
Jakie ziarna dla ptaków na zimę? Tych nasion nie może zabraknąć w karmniku
Storczyk bez kwiatów nie musi trafić do kosza. Oto metoda, która przywróci pąki w rekordowym tempie
„Odzyskać Prusy” dla Polski
Tato, poznaj ją – będzie moją żoną i twoją synową.
Bagno, trzęsawisko i torfowisko w survivalu: jak je rozpoznać, obejść i nie ugrzęznąć
Tata i jego działka – Historia Odkrywania Sprzedaży Rodzinnej Działki przez Przypadkową Rozmowę Telefoniczną, Fizycznych Zagadek i Powrotów do Ogrodu Pełnego Jabłek, Pamięci po Ojcu-żołnierzu, Miłości, Straty i Przemijania w Polskiej Jesieni
Lepiej wyrzuć je z domu. Przynoszą pecha i psują relacje
Posyp tym silikon. Tanim kosztem usuniesz 99% pleśni i grzybów
Bluszcz z młodszą od siebie partnerką na ściance. Niedawno rozstał się z żoną
Osiedle Grabówka coraz bliżej parku
Historia kieleckich ulic. Karczówkowska
Widzisz w lesie ruszający się brudny śnieg? To nie zwidy. "Od dwóch dni je obserwuję"
Stand-up i dwa spektakle. MDK zaprasza na Karnawałowy Ogródek Teatralny KOT 2026
Urwis szuka domu! To dorosły pies, który dopiero uczy się świata
Bukszpan – profesjonalny fundament eleganckiego i trwałego ogrodu
Ferie w Krakowie 2026. Koniec z bezpłatnymi biletami dla mieszkańców
Lawenda pokocha ich towarzystwo. 5 roślin, które warto obok niej posadzić
Okazałe drzewa na Miedzyniu miały być pomnikami. Zostaną wycięte pod rozbudowę Nakielskiej
Dowborowie pokazali ogród domu w Hiszpanii. Tylko spójrzcie na ten widok
Sauna beczka - co to jest i dlaczego jest coraz popularniejsza?
Leonid uparcie nie wierzył, iż Irka jest jego córką. Żona, Wiera, pracowała w sklepie. Plotkowano, iż często zamykała się tam w magazynie z obcymi mężczyznami. Dlatego mąż nie wierzył, iż drobna Irka to jego dziecko. Nie polubił córki. Tylko dziadek pomagał wnuczce i zostawił jej w spadku dom. Irkę kochał tylko dziadek W dzieciństwie Irka często chorowała. Była bardzo krucha i niskiego wzrostu, „Ani w mojej, ani w twojej rodzinie nie było takich drobinek” – mówił Leonid. „To dziecko to dwa razy od garnka wyższe!” Z czasem niechęć ojca do córki przeszła też na matkę. Prawdziwie Irę kochała tylko jedna osoba – dziadek Mateusz. Jego dom stał na samym skraju wsi, tuż przy lesie. Mateusz całe życie pracował jako leśniczy i choćby na emeryturze codziennie zaglądał do lasu, zbierał jagody, zioła, a zimą dokarmiał zwierzęta. Ludzie uważali go za trochę dziwnego i choćby bali się, bo zdarzało się, iż coś przepowie – i się sprawdzi. Mimo to przychodzili po lecznicze zioła i wywary. Żonę Mateusz pochował dawno temu, pocieszeniem był las i wnuczka. Gdy dziewczynka poszła do szkoły, mieszkała głównie u dziadka. Mateusz opowiadał jej o adekwatnościach różnych ziół i roślin. Nauka Irce przychodziła łatwo, gdy pytali ją, kim chce być, odpowiadała: „Będę leczyć ludzi”. Ale matka mówiła, iż nie stać jej na naukę córki. Dziadek pocieszał: „Nie jestem biedny, pomogę, jak trzeba, choćby krowę można sprzedać”. Przekazał wnuczce dom i szczęście w życiu Córka Wiera rzadko zaglądała do ojca, ale pewnego dnia zjawiła się na progu jego domu. Przyszła prosić o pieniądze, gdy jej syn przegrał w mieście w karty i został pobity, żądali od niego pieniędzy. „Gdy naprawdę potrzeba, wchodzisz na mój próg?”, zapytał surowo Mateusz. „Przez tyle lat nie miałaś czasu mnie odwiedzić!” Odmówił pomocy córce: „Nie będę spłacał długów Andrzeja. Muszę zapewnić naukę wnuczce”. Wiera była wściekła. „Nie chcę was więcej widzieć, nie mam już ani ojca, ani córki!” – krzyknęła i wybiegła z domu. Gdy Irka dostała się do medycznej szkoły, matka z ojcem nie dali jej ani grosza. Tylko dziadek pomagał wnuczce, a stypendium ratowało sytuację, bo Irka dobrze się uczyła. Przed końcem szkoły Mateusz zachorował. Czując, iż odchodzi, powiedział wnuczce, iż zostawił jej w spadku dom. Kazał Irce szukać pracy w mieście, ale nie zapominać o domu. Bo dom żyje, póki czuć w nim ludzkiego ducha. Zimą trzeba palić w piecu. „Nie bój się nocować tu sama. Tutaj odnajdziesz swoje szczęście” – przepowiedział Mateusz. „Będziesz szczęśliwa, kochanie”. Chyba coś przeczuwał. Przepowiednia Mateusza się spełniła Mateusz zmarł jesienią. Irka pracowała jako pielęgniarka w szpitalu powiatowym. W weekendy jeździła do domu dziadka, rozpalała piec, by nie zmarznąć. Dziadek narąbał tyle drewna, iż wystarczyłoby na długo. Prognozy pogody nie były dobre, a Irka miała dwa wolne dni. Nie chciała siedzieć w mieszkaniu, wynajmowała pokój u starszych krewnych koleżanki z medycznego. Wieczorem przyjechała do wsi. W nocy rozpętała się śnieżyca. Rano wiatr ucichł, ale śnieg dalej padał i zasypał drogę. Gdy usłyszała stukanie w drzwi, zaniepokoiła się. Przed progiem stał obcy młody mężczyzna. „Dzień dobry, muszę odkopać samochód, utknęła mi maszyna vis-à-vis waszego domu. Jest jakaś łopata?”, zapytał. „Stoi przy schodach, proszę wziąć. Może pomogę?” – odpowiedziała dziewczyna. Wysoki nieznajomy popatrzył ironicznie na drobną Irkę: „Jeszcze by cię śniegiem zasypało”. Mężczyzna sprawnie posługiwał się łopatą. Odpalił auto, ale po kilku metrach znowu ugrzązł. Znowu łapał za łopatę. Irka zaprosiła go do domu na gorącą herbatę. Mówiła, iż chyba śnieżyca się skończy i droga będzie przejezdna, nie jest to zapadła wieś – samochodów jeździ tu sporo. Nieznajomy, po chwili wahania, poszedł za Irką do domu. „Nie boisz się mieszkać sama przy lesie?”, spytał. Wyjaśniła, iż przyjeżdża tu tylko na weekendy, pracuje w mieście, myśli, jak będzie się wydostawać, jeżeli autobus nie przyjedzie. Nieznajomy – Staszek – zaproponował pomoc, bo również musiał dotrzeć do powiatu, mieszkał tam. Irka się zgodziła. Po pracy Irka postanowiła wrócić pieszo. I wtedy spotkała niespodziankę – nagle obok niej pojawił się Staszek. „Chyba twój ziołowy napar ma w sobie coś magicznego” – zażartował. „Bardzo chciałem cię jeszcze raz zobaczyć. Może jeszcze kiedyś napiję się twojej herbaty?” Ślubu nie zrobili. Irka nie chciała, Staszek najpierw nalegał, potem odpuścił. Ale była między nimi szczera miłość. Irka już wiedziała – nie tylko w książkach mężczyźni noszą swoje żony na rękach. Kiedy urodził się ich pierwszy synek, w szpitalu dziwili się, jak taka drobna kobieta mogła urodzić takiego siłacza! Na pytanie o imię odpowiedziała: „Będzie Mateusz, na cześć wyjątkowego człowieka”.