Rośliny

Prawda, która ścisnęła serce do bólu Wieszając świeżo uprane pranie na sznurku w ogrodzie, pani Tatiana usłyszała ciche szlochanie zza płotu. Zajrzała i zobaczyła tamzą sąsiadkę – ośmioletnią Sonkę, dziewczynkę, która choć chodziła już do drugiej klasy, wyglądała na drobną, jakby miała nie więcej niż sześć lat. – Sasieńko, znów cię ktoś skrzywdził? Chodź do mnie – Tatiana odsunęła poluzowaną deskę w płocie, bo Sonka często uciekała do nich, szukając wsparcia. – Mama mnie wypchnęła za drzwi. Powiedziała: „Wyłaź!” i razem z wujkiem Kotem balują w środku – wycierając łzy, tłumaczyła dziewczynka. – Chodź do domu, Liza z Michałkiem właśnie jedzą, to i ciebie nakarmię. Tatiana ratowała Sonkę nie raz przed surowymi rękami mamy, która w gniewie potrafiła skrzywdzić córkę. Byli sąsiadami, więc Tatiana często zabierała małą do siebie, póki Anna – mama Sonki – nie wróciła do równowagi. Sonka zawsze zazdrościła Lizie i Michałkowi, dzieciom cioci Tani i jej męża. W ich domu zawsze było ciepło, spokojnie, a relacje rodziców były serdeczne i pełne troski. Sonka czuła ogromną zazdrość – aż ściskało ją w środku – i uwielbiała przebywać w tej rodzinnej atmosferze. W domu Sonki wszystko było zabronione. Mama zmuszała ją do noszenia wody, sprzątania w komórce, pielęgnowania grządek, mycia podłóg. Anna urodziła córkę samotnie i od początku nie polubiła dziecka. Gdy żyła jeszcze babcia, która kochała wnuczkę, było łatwiej – babcia broniła Sonkę. Potem babcia odeszła, a dla dziewczynki zaczęły się ciężkie czasy. Anna, rozgoryczona samotnym losem, szukała mężczyzny i w końcu w autobusowej bazie poznała nowego kierowcę, pana Kota. gwałtownie zamieszkali razem, a Kotowi obecność małej Sonki nie przeszkadzała – wręcz widział w niej przyszłą pomoc domową. Anna wszystko okazywała Kotowi, a córkę ignorowała, karciła, zmuszała do pracy i nie szczędziła klapsów. Groziła jej choćby domem dziecka. Sonka, nie mając siły, często siadała pod czarną porzeczką u płotu, płakała. Tatiana, jeżeli tylko zauważyła, natychmiast zabierała ją do siebie. Sąsiedzi i znajomi potępiali Annę – w miasteczku ludzie wiedzieli, jak traktuje dziecko. Tatiana również nie milczała, choć Anna rozpuściła plotkę, iż sąsiadka chce jej odbić Kotka. Anna z Kotem często imprezowali, a wtedy Sonka uciekała do Tatiany, znajdując tam schronienie. Czas mijał, Sonka dobrze się uczyła, dorastała. Po ukończeniu podstawówki chciała pójść do miasta do szkoły medycznej. Anna stanowczo się sprzeciwiła, kazała iść do pracy. Sonka wybiegła z domu zapłakana – u nich nie wolno było płakać. Po rozmowie z Tatianą – której dzieci już studiowały w mieście – sąsiadka postanowiła porozmawiać z Anną: – Anka, zachowujesz się okropnie! Inne matki dają dzieciom szansę, a ty nie kochasz swojej córki… Przecież to twój obowiązek, sumienie ci nie podpowiada? Sonka świetnie skończyła szkołę, zasługuje na naukę. Anna na początku krzyczała, a potem przyznała ze złością, iż jest surowa, bo nie chce mieć z córką takich problemów, jak sama miała. W końcu zgodziła się, by Sonka wyjechała do szkoły medycznej. Sonka była szczęśliwa, choć wyróżniała się skromnym strojem. Często odwiedzała Tatianę, a z rodziną rzadko się kontaktowała – w domu czekały ją tylko problemy. W międzyczasie Kot związał się z młodszą kobietą i odszedł. Anna zrozumiała prawdę, iż o dziecko nikt nie zadbał, a Sonka nie zna matczynej miłości. Ten moment ścisnął jej serce i odebrał oddech. Sonka podjęła pracę, zaczęła utrzymywać się sama. Nigdy nie wspominała zła w domu publicznie, choć wszyscy chwalili matkę za wychowanie. Anna coraz częściej sprowadzała do domu pijanych znajomych, a Sonka coraz rzadziej wracała. Próbowała pomóc, zrobić remont, zacząć rozmowy, ale matka nie chciała żadnej zmiany. Po ukończeniu szkoły Sonka wróciła, Anna była zła, żądała od niej pieniędzy. Sonka, wzruszona, zostawiła trochę pieniędzy, pożegnała się… i poszła do sąsiadki. Tatiana cieszyła się, powitała ją uroczyście, wręczyła prezent z okazji ukończenia szkoły z wyróżnieniem. Sonka rozpłakała się: – Ciociu Taniu, dlaczego mama mnie tak traktuje? Dlaczego jestem jej obca? – Nie płacz, Sonko, widocznie tak miało być. Ale jesteś mądra, piękna, będzie cię kochał ktoś wyjątkowy. Sonka wyjechała do wojewódzkiego miasta, znalazła pracę w szpitalu i spotkała swoją miłość – młodego lekarza Olka. Wzięli ślub, a na weselu obok Sonki siedziała Tatiana. Anna otrzymywała od córki wsparcie finansowe i chwaliła się sąsiadom, iż wykształciła dziecko, choć na ślub nie była zaproszona i wnuków nie widziała. niedługo Tatiana znalazła Annę martwą w domu – ile leżała, nie wiadomo. Sąsiadka zauważyła ciszę za płotem. Sonka z mężem pochowali matkę, dom sprzedali. Od czasu do czasu odwiedzali Tatianę.
16. edycja Targów Sadownictwa i Warzywnictwa
Nie kupisz już roślin w plastikowej doniczce. Wchodzi rewolucyjna zmiana
Klucz w dłoni Deszcz uderzał o szybę mieszkania monotonnie, niczym metronom odliczający czas do końca. Michał siedział na krawędzi wygniecionej wersalki, skulony, jakby chciał się stać mniejszy, niewidoczny dla własnego losu. Jego duże, niegdyś silne dłonie, przywykłe do pracy przy tokarce w zakładzie, teraz bezwładnie spoczywały na kolanach. Palce od czasu do czasu zaciskały się w bezsilnej próbie uchwycenia czegoś nieuchwytnego. Nie patrzył po prostu na ścianę — na starych tapetach widział mapę swoich beznadziejnych tras: z miejskiej przychodni do prywatnego gabinetu diagnostycznego. Jego spojrzenie było wyblakłe, jak stary film, zatrzymany na jednej klatce. Kolejny lekarz, kolejne pobłażliwe: „Czego pan oczekuje, w tym wieku to już nie to samo”. Nie złościł się — złość wymaga energii, a tej już mu zabrakło. Zostało tylko zmęczenie. Ból w krzyżu był czymś więcej niż objawem — stał się jego prywatnym pejzażem, tłem dla wszystkich ruchu i każdej myśli, białym szumem bezsilności zagłuszającym wszystko inne. Stosował się do wszystkich zaleceń: zażywał tabletki, smarował się maściami, leżał na zimnej kozetce w fizjoterapii, czując się jak rozłożony na części mechanizm na złomowisku. I przez cały ten czas — czekał. Biernie, niemal religijnie, czekał na ratunek, który ktoś — państwo, genialny lekarz albo mądry profesor — wreszcie miał mu rzucić, zanim pochłonie go powoli grzęzawisko codzienności. Wpatrując się w horyzont swojego życia, widział wyłącznie szarą, deszczową zasłonę za oknem. Jego wola, kiedyś ukierunkowana na rozwiązywanie problemów w pracy i w domu, została sprowadzona do jednej funkcji: wytrzymywać i liczyć na cud z zewnątrz. Rodzina… Była, ale rozpłynęła się gwałtownie i boleśnie. Czas przemknął niezauważenie. Najpierw wyjechała córka – zdolna Kasia, do Warszawy za lepszym życiem. Nie miał jej za złe wyboru, chciał dla niej najlepszego. „Tato, jak tylko stanę na nogi, będę wam pomagać”, mówiła przez telefon, choć nie to było najważniejsze. Potem odeszła żona. Nie po zakupy, tylko na zawsze. Róża zgasła błyskawicznie — bezlitosny rak wykryty zbyt późno. Michał został nie tylko z chorymi plecami, ale także z niemym wyrzutem wobec samego siebie: on, półleżący-półchodzący, wciąż żyje. A ona, jego oparcie, jego energia, jego Różyczka — zgasła w trzy miesiące. Opiekował się nią do końca, jak potrafił. Dopóki kaszel nie stał się chrapliwy, a w jej oczach nie pojawił się ten odchodzący blask. Ostatnie co powiedziała, już w szpitalu, ściskając jego dłoń: „Trzymaj się, Michaś…” Nie wytrzymał. Załamał się całkowicie. Kasia dzwoniła, oferowała, by przeprowadził się do niej, do wynajmowanego mieszkania, przekonywała go. Ale po co miałby tam być? W cudzym domu. I nie chciał być ciężarem. Ona też nie planowała wracać. Teraz odwiedzała go już tylko młodsza siostra Róży, Wanda. Raz w tygodniu, punktualnie, przynosiła zupę w pudełku, kaszę albo makaron z kotletem i nową paczkę leków przeciwbólowych. „Jak Michaś?” — pytała, zdejmując płaszcz. On kiwał głową: „Jakoś”. Siedzieli w milczeniu, gdy Wanda ogarniała jego kawalerkę — jakby sprzątanie mogło wprowadzić porządek także w jego życiu. Potem wychodziła, zostawiając za sobą zapach cudzych perfum i ciche, prawie namacalne poczucie spełnionego obowiązku, który odfajkowuje. Był wdzięczny. I nieskończenie samotny. Jego samotność była nie tylko fizyczna — to była cela wybudowana z własnej bezsilności, żałoby i cichej złości na niesprawiedliwy świat. Pewnego wyjątkowo przygnębiającego wieczoru jego wzrok, wędrując po sfatygowanym dywaniku, natknął się na leżący tam klucz od drzwi. Musiał go upuścić, kiedy ostatni raz wracał z trudem z przychodni. Zwykły klucz. Nic szczególnego. Kawałek metalu. Patrzył na niego, jakby pierwszy raz widział coś niezwykłego, a nie tylko klucz. Leżał. Milczał. Czekał. Przypomniał sobie dziadka. Wyraźnie, jakby ktoś zapalił światło w ciemnym pokoju wspomnień. Dziadek, Stanisław, z pustym rękawem wsuniętym za pas, siadał na stołku i potrafił zawiązać sznurowadła jedną ręką i złamaną łyżką. Powoli, skupiony, z cichym triumfalnym mruknięciem, gdy się udało. „Widzisz, Michaś — mówił, a w jego oczach tliło się zwycięstwo rozumu nad losem — narzędzie jest zawsze obok. Czasem wygląda jak grat. Trzeba tylko zobaczyć w gracie sprzymierzeńca”. Wtedy, jako chłopak, Michał myślał, iż to tylko krzepiące bajanie staruszka, bajka na pocieszenie. Dziadek był bohaterem, a bohaterowie, jak wiadomo, mogą wszystko. On, Michał, był zwykłym człowiekiem i jego wojna z krzyżem i samotnością nie zostawiała miejsca na heroiczne sztuczki z kuchennymi przyborami. Teraz, patrząc na klucz, ta scena przyszła nie jako pokrzepiająca przypowieść, ale jako prosty wyrzut. Dziadek nie czekał, aż ktoś mu pomoże. Wziął, co miał: złamaną łyżkę, i pokonał. Nie ból, nie stratę — bezsilność. A co zrobił on, Michał? Tylko czekał, gorzko i biernie, tuż za progiem cudzej łaski. Ta myśl go poruszyła. Teraz ten klucz… Ten kawałek metalu, w którym pobrzmiewały słowa dziadka, stał się nagle milczącym nakazem. Wstał — najpierw z charakterystycznym jękiem, którego było mu wstyd choćby przy pustym pokoju. Zrobił dwa szurające kroki, wyciągnął się. Stawy chrupnęły jak potłuczone szkło. Podniósł klucz. Potem spróbował się wyprostować — i znajomy, biały nóż bólu przebił krzyż na wskroś. Zamarł, zaciskając zęby i czekał, aż fala nieco ustąpi. Ale zamiast się poddać, wrócić na wersalkę, powoli, ostrożnie podszedł do ściany. Nie zastanawiał się, nie analizował; po prostu poddał się tej potrzebie, odwrócił się do ściany plecami. Przyłożył tępą końcówkę klucza do tapety, na poziomie najbardziej dokuczliwego miejsca. I ostrożnie, testując siły, zaczął się na nim opierać całym ciałem. Nie chodziło o „rozmasowanie” czy „rozgrzanie”. To nie był medyczny zabieg. To był akt nacisku. Tępą, głęboką, wręcz brutalną presją bólu na ból, rzeczywistości na rzeczywistość. Znalazł punkt, gdzie ta walka przyniosła nie nowy atak, ale dziwne, stłumione ukojenie — jakby coś w nim puściło, poluzowało się o milimetr. Przesunął klucz nieco wyżej. Potem niżej. Znowu nacisnął. Powtórzył. Każdy ruch był powolny, badawczy, wsłuchany w reakcję ciała. To nie było leczenie. To były negocjacje. A narzędziem tych negocjacji nie był drogi aparat, ale stary klucz od drzwi. To było głupie. Klucz to przecież nie cud. Ale następnego wieczoru, gdy znów dopadł go ból, powtórzył. I jeszcze raz. Znalazł punkty, gdzie nacisk przynosił ulgę, jakby sam, od środka, rozluźniał żelazne szczęki. niedługo zaczął używać framugi, by delikatnie się rozciągać. Szklanka wody na szafce przypomniała — pić. Po prostu pić wodę. Za darmo. Michał przestał czekać z założonymi rękami. Korzystał z tego, co miał: klucza, framugi, podłogi do leciutkich prostych ćwiczeń, własnej determinacji. Zaczął prowadzić zeszyt, nie o dolegliwościach, ale o „małych zwycięstwach klucza”: „Dziś mogłem postać przy kuchence pięć minut dłużej”. Na parapecie postawił trzy puste puszki po konserwach, które miał wyrzucić. Wsypał do nich ziemię z klombu przed blokiem. Do każdej wsadził kilka małych cebulek. To nie było pole uprawne. To były trzy puszki życia, za które teraz odpowiadał. Minął miesiąc. Następna wizyta u lekarza, nowe zdjęcia — lekarz spojrzał zaskoczony. – Coś się zmieniło. Ćwiczył pan? – Tak — odparł Michał. — Wykorzystywałem to, co miałem pod ręką. Nie wspomniał o kluczu. Lekarz by nie zrozumiał. Michał wiedział. Ratunek nie przypłynął statkiem. Leżał na podłodze, podczas gdy on gapił się w ścianę i czekał, aż ktoś inny zapali światło w jego życiu. Pewnej środy, gdy Wanda przyszła z zupą, zamarła w progu. Na parapecie w puszkach pięknie rósł szczypiorek. W mieszkaniu pachniało nie stęchlizną i lekarstwami, tylko czymś innym, obiecującym. — Ty… To co? — zdołała wydusić, patrząc na niego, stojącego pewnie przy oknie. Michał, właśnie podlewający świeże pędy kubkiem, obrócił się. — Ogródek, — powiedział po prostu. I po chwili dodał: — Chcesz do zupy? Swój, świeży. Została tamtego wieczoru dłużej niż zwykle. Pili herbatę, a on — nie narzekając na zdrowie — opowiedział o schodach w bloku, po których codziennie wdrapuje się o jeden stopień wyżej. Ratunek nie przyszedł w postaci cudownego doktora z magicznym lekarstwem. Ukrył się pod postacią klucza, framugi, pustej puszki i zwykłej klatki schodowej. Nie zlikwidował bólu, straty, wieku. Po prostu dał mu do ręki narzędzia — nie do wygrania wielkiej wojny, ale do codziennych, małych bitew. I okazuje się, iż gdy przestajesz czekać na złote schody z nieba i dostrzegasz zwykłe, betonowe pod nogami, można odkryć, iż samo wspinanie się po nich — to już życie. Powoli, z oparciem, krok po kroku. Ale — do góry. A na parapecie, w trzech puszkach, rósł soczysty szczypiorek. I było to najpiękniejsze domowe ogródeczko na świecie.
Odea Park jako pierwsza w Polsce z certyfikatem ZIELONY DOM
UWAGA ROLNICY ! ŚODR Kielce ogłasza nabór na szkolenie z zakresu stosowania środków ochrony roślin
Nad zalewem Miła w Stąporkowie przeprowadzono prace pielęgnacyjne [zdjęcia]
Palenie gałęzi na własnej działce 2026 - co mówią przepisy? Czy można palić gałęzie na własnej posesji?
Zalety posiadania własnego basenu w ogrodzie
Była koszykarką, dziś jest pogodynką w Polsacie. Jej wykształcenie zdumiewa
Nowy przystanek dla cyklistów. W Zielonej Wsi powstanie nowoczesne Miejsce Obsługi Rowerzystów
Minęły dwa tygodnie, odkąd byłem na swojej działce, a sąsiedzi postawili na moim terenie szklarnię i posadzili ogórki oraz pomidory Mam mały kawałek ziemi poza miastem, gdzie niczego nie uprawiam – po prostu odpoczywam i grilluję, nie chcąc poświęcać czasu w pielęgnację warzyw. Planuję ogrodzenie swojej działki, a na razie jedynie relaksuję się pod altaną. Moja sąsiadka, miłośniczka upraw, nie mogła zrozumieć, jak mogę mieć działkę bez roślin, więc korzystając z braku płotu – swobodnie kręciła się po moim terenie. Pewnego dnia, po powrocie z urlopu, zamiast spokoju zastałem na swojej działce szklarnie oraz grządki z ogórkami i pomidorami. Ogrodziłem teren, a na pytanie sąsiadki, dlaczego odgrodziłem ją od jej sadzonek, wieczorem rozebrałem szklarnię i wszystko wyrzuciłem za płot. Od tamtej pory przestała mnie choćby witać.
Zadbaj o swoje szczęście. Wlej to domowe smoothie do doniczki
Drogi opał daje się we znaki. Właściciele kominków sięgają po inną opcję. Niewielu bierze ją pod uwagę
„Sprzedaliśmy wam dom, mamy prawo zostać jeszcze tydzień” – powiedzieli poprzedni właściciele. W 1975 roku przeprowadziliśmy się z wioski do miasta. Kupiliśmy dom na obrzeżach i spotkała nas niespodzianka… Na wsi ludzie zawsze sobie pomagali, moi rodzice również. Zgodzili się, gdy poprzedni właściciele poprosili, by mogli zostać u nas kilka tygodni, podczas gdy załatwiają sprawy urzędowe. Ci ludzie mieli ogromnego, groźnego psa. Nie chcieliśmy go zabierać, bo nas w ogóle nie słuchał. Pamiętam tego psa do dziś. Mija tydzień, drugi, trzeci – a byli właściciele wciąż mieszkają w naszym domu, śpią do obiadu, rzadko gdziekolwiek wychodzą i wcale nie zamierzają się wyprowadzić. Najgorsze było jednak ich zachowanie, jakby przez cały czas byli gospodarzami – szczególnie matka poprzedniego właściciela. Rodzice ciągle przypominali im o umowie, ale wyprowadzka była stale odwlekana. Wypuszczali psa i nie pilnowali go. Nie dość, iż brudził w naszym ogrodzie, to jeszcze baliśmy się wychodzić, bo rzucał się na każdego. Rodzice wielokrotnie prosili, by go nie spuszczali. Jednak gdy tylko tata szedł rano do pracy, a brat z siostrą do szkoły, pies natychmiast był na podwórku. I tak właśnie pies pomógł tacie pozbyć się tych bezczelnych ludzi. Siostra wróciła ze szkoły i nieuważnie otworzyła furtkę. Czarny bydlak powalił ją na ziemię, ale na szczęście skończyło się tylko na zadrapaniach. Psa odłowili i przywiązali. A mojej młodszej siostrze zrzucili winę, bo… przyszła za wcześnie. Wieczorem się zaczęło! Tata wrócił z pracy, jeszcze w płaszczu, i wyrzucił starą panią w jej ubraniu na ulicę. Za nią wybiegła córka z mężem. Wszystkie rzeczy bezczelnych lokatorów poleciały przez płot w błoto i do kałuży. Próbowali szczuć ojca psem, ale ten, widząc co się dzieje, podwinął ogon i schował się do budy. Nie miał zamiaru nigdzie iść. Godzinę później wszystko co należało do nich było już za bramą, a pies siedział ze swoimi właścicielami po drugiej stronie płotu.
Eurokołchoz kontra pelargonia. Jak rodzi się ekologiczny fejk?
Grilla / Yaro
Reportaż Radia Lublin: Monika Niedziałek „Wietnam szlakiem Kazika”
Bezdomna – Poruszająca opowieść o Niny, która po utracie rodziców i mieszkania szuka schronienia w zniszczonej rodzinnej działce pod Warszawą. Niespodziewanie spotyka tam pana Michała, byłego wykładowcę, którego również los pozbawił domu. Dwoje porzuconych przez bliskich ludzi – młoda dziewczyna i samotny staruszek – wspólnie próbują odbudować swoje życie, odkrywając, iż prawdziwy dom tworzą ludzie, nie mury.
— Przecież mnie nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, gdy zachorowałem… — Nie zostawię cię! – powiedziała Maryna i objęła Igora. – Jesteś najlepszym mężczyzną na świecie! Nigdy cię nie opuszczę… Igor nie mógł uwierzyć, iż to prawda. Miał zły nastrój… Maryna była mężatką przez dwadzieścia pięć lat, a przez cały ten czas przez cały czas podobała się mężczyznom. Już jako dziewczyna była najbardziej rozchwytywana wśród chłopaków. Ale to nie tylko w młodości! choćby w szkole niemal wszyscy chłopcy biegali za Maryną. Przy tym wszystkim – Maryna wcale nie uchodziła za piękność. Nie rozwiodła się z mężem, choć był postacią dość kontrowersyjną. Nie, Maryna przeżyła z Wadimem aż do jego śmierci. Wychowali córkę, wydali ją za mąż. Jej zięć zabrał Darię do Włoch; teraz przysyłali piękne zdjęcia i zapraszali w gości. Z Wadimem nie zdążyli już pojechać… Maryna może jeszcze pojedzie. Wadim – to już przeszłość. Mąż Maryny zginął w wypadku samochodowym. Tak głupio… Potem powiedziano Marynie, iż prawdopodobnie po prostu źle się poczuł za kierownicą. Serce mu zaszwankowało, spanikował, nie zapanował nad autem. — Może stracił przytomność? – domyśliła się Maryna. — Już się nie dowiemy – westchnęła przyjaciółka-lekarka. – Powód: liczne obrażenia nie do pogodzenia z życiem. Maryna była w szoku. Przyjaciółka Ola pomogła jej wszystko zorganizować. Ola zebrała wszystkie szczegóły po lekarskich znajomościach. Grzebali Wadima, a Maryna została sama w dużym domu, który przez lata budowali z mężem. Dla dwojga nie taki duży, ale dla jednej – ogromny balast. Dom to dom. Przydałaby się męska ręka… Daria przyjechała pożegnać się z ojcem. Zaczęła rozmowę z mamą o sprzedaży domu, kupnie mieszkania i ewentualnym przeprowadzce Maryny do nich. — O nie! – krzyknęła Maryna. – Nie po to budowałam ten dom, by go sprzedawać. I do waszych Włoch nie chcę. Widziałam już te Włochy… — Mamo! — Oj, Daruniu, ciemna jesteś! – uśmiechnęła się Maryna przez łzy. – Tylko żartuję. — To jak żartujesz, to może nie jest tak źle. Wszystko było niejednoznaczne. Tak samo niejednoznaczny był zresztą i sam nieboszczyk. Z jednej strony Wadim bywał troskliwym i kochającym mężem. Z drugiej – człowiekiem humorów. Czasem potrafił Marynie wyjąć wszystkie nerwy. Potem przepraszał, a Maryna, jako osoba pogodna, nie rozpamiętywała takich momentów. Tak żyli. Dwadzieścia pięć lat! Oszaleć można… Daria pobyła trochę w domu, pojechała do swojego męża – odpowiadała za ognisko domowe. Maryna została sama. Chociaż znała siebie. Wiedziała – to tylko na chwilę. I rzeczywiście. Pół roku opłakiwała męża, po czym otrząsnęła się i zobaczyła, iż już kręci się koło niej kilku adoratorów. Swoją drogą choćby mama Maryny kiedyś była zdumiona tak dużym zainteresowaniem wobec córki. — Co oni w tobie widzą? Padaliby za tobą, jak muchy! Nie jesteś przecież żadną pięknością… Czy ja czegoś nie widzę? — Dobra jesteś, mamo. – śmiała się Maryna, malując usta. – Uroda to pusty dźwięk. Kobieta powinna być czarująca, z osobowością. Z pazurem! — Idź już, kobito, baw się – rechotała mama. – Bo narzeczony się znudzi, pójdzie precz. — Przyjdzie inny – wzruszała ramionami Maryna. Minęło prawie trzydzieści lat od tej rozmowy z mamą, a nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, iż po czterdziestce trudno o wolnego faceta – Maryna tej bolączki nie rozumiała. Miała czterdzieści sześć lat i aż dwóch dobrych kandydatów. Serce Maryny ciągnęło do Michała. Bardzo jej się podobał – i z wyglądu, i rozmowa z nim była interesująca. Sympatyczny, inteligentny. Można z nim wyjść do ludzi bez wstydu. Ale Michał był tylko mistrzem od rozmowy. Maryna w pewnym sensie zakochała się w nim uszami, ale z wiekiem i doświadczeniem wiedziała – ten człowiek nie jest na życie. Nie do jej wielkiego domu. Drugi kandydat, Igor, był prostym, solidnym facetem. Z tych, co na imprezie wypiją morze, ale wszystko mu się w rękach pali i pięknie robi. Prawdziwy „złote rączki”, spokojny, ale z charakterem. Z żoną będzie cichy jak jagniątko, ale jak będzie potrzeba – góry przeniesie. Tyle iż Marynie mniej się podobał – kobieca logika. Nie mówił pięknych słów. Trzeźwy Igor był małomówny, dopiero po kieliszku potrafił zabawić towarzystwo. Faktycznie, Igor mógł wypić dużo, ale rano był już na nogach. Polewał się zimną wodą i brał się do roboty. Małomówny, ale konkretny. Jego Maryna wybrała. Michał się obraził i odszedł. Maryna wyszła za Igora. On był szczęśliwy jak nigdy. Na weselu wypił za dużo, śpiewał i tańczył do upadłego. — Ale ty masz – śmiała się Ola. – Rok nie minął po śmierci Wadima, a tu już nowy ślub! Kobietki dzisiaj z lupą szukają faceta, a ty tylko wyjdziesz z domu i już masz kogo chcesz. — Jeszcze powiedz, iż „przecież nie jestem żadną pięknością”! — No… nie powiem tak. Ale faktem jest, iż zawsze byłaś podejrzanie rozchwytywana. Maryna puściła do przyjaciółki oko, poszła zatańczyć z nowym mężem. Tańczyła i rozganiała w głowie ostatnie wątpliwości. No i co z tego, iż Igor prostak? Ale za to jaki silny. I złote ręce. I przez cały czas dobrze wygląda. A iż się nie odzywa zbyt wiele – to może i lepiej. Z pięknych słów się nie najesz. Po kilku miesiącach Igor zamienił ogródek Maryny w bajkowy ogród. Drzewa przerzedził, ziemię wyrównał. Zrobił klomby, postawił altankę. W domu też panowała złota męska ręka. Zarabiał pieniądze, kupował upominki. Maryna porównała ten krótki czas z 25 latami pierwszego małżeństwa i żałowała, iż nie spotkała Igora wcześniej. Złoty facet! Latem wieczorami robili grilla i jedli w altanie, gdzie Igor postawił stół i ławy. Maryna najedzona mrużyła oczy jak kot, a Igor patrzył na nią z uśmiechem. — Co się stało, Igorze? — Nic, cieszę się. Jego pierwsza żona była nudziarą. Już nie wierzył, iż spotka jeszcze taką fajną kobietę. Cieszyli się szczęściem cztery lata, aż Igor zaczął czuć się coraz słabiej. gwałtownie się męczył. Chudł bez wyraźnego powodu. Po alkoholu – a lubił czasem wypić – czuł się okropnie. — Musisz iść do lekarza! – alarmowała Maryna. – Co zwlekasz? Wyraźnie coś jest nie tak. — Daj spokój, Maryniu! Samo przejdzie. — Co za średniowiecze? A jak nie przejdzie? Jak większość facetów boisz się lekarzy? — Nie. Igor bał się tylko jednego. jeżeli okaże się ciężko chory – Maryna go zostawi. Nie będzie żyła z chorym facetem. Igor nie był głupi – wiedział, iż Maryna wyszła za niego z rozsądku, nie z wielkiej miłości. Ale on ją kochał! Na przekór wszystkiemu. Zobaczył ją kiedyś zagubioną przy kasie w sklepie i od razu się zakochał w tej bezbronności. Chciał podejść, wziąć na ręce i chronić na zawsze. Chociaż jego mama mówiła: — Synu, twoje życie… Ale co ty w niej widzisz? Nie piękność, nie młoda. Za tobą każda młoda by poleciała! Igor miał gdzieś inne. Maryna była jego jedyną. Ale gdyby zachorował – czy będzie przez cały czas potrzebny Marynie? Nie udało się jej go namówić do lekarza. W sobotę wieczorem mieli gości – Ola z mężem Borysem. Igor z Borysem pili piwo i grillowali. Ola, krojąc sałatkę z Maryną w kuchni, pyta: — Igor się rozchorował, czy co? — Nie wiem! – wybuchła Maryna. – Błagam go, żeby poszedł do lekarza, a on nic! Ty jesteś lekarką, co sądzisz? To coś poważnego? — No… wygląda gorzej. Schudł i chyba ma żółtawy odcień skóry. — O Boże! Ola, namów go, żeby poszedł! Może ciebie posłucha? Ola spojrzała w oczy Maryny. — Maryna… kochasz go? Pamiętam twoje rozterki… Maryna ugryzła się w język i nie odpowiedziała. Nie zdążyła przekonać Igora – zemdlał przy stole. Pogotowie. Maryna pojechała z nim. Nie odzyskał przytomności. Przyjęli go od razu na operację. — Guz wątroby. — Rak?! – przestraszyła się Maryna. — Czekamy na wyniki. Guz był łagodny, ale rósł już bardzo długo. Lekarze zabronili Igorowi prawie wszystkiego i ostrzegli: rekonwalescencja będzie długa, nie musi być pełna. Wieku się nie oszuka. Igor był przygnębiony. W szpitalu odwiedziła go mama. Maryna była w pracy, więc przyszła mama z daniami, które mógł jeść. — Synu, co się z tobą dzieje? Przecież przeżyłeś! Nie masz raka! Powinieneś się cieszyć, a ty tu taki ponury. Jedz parowane kotleciki. — Nie chcę jeść. — A musisz! To co się stało? Maryna tu bywa? — Bywa… na razie – powiedział Igor. — Czego się boisz? Myślisz, iż cię zostawi? Byłaby głupia! — A ja już się do niczego nie nadaję! Nie mogę pracować. Pięćdziesiąt lat będę miał w czerwcu, a już inwalida. Komu potrzebny inwalida? — Co tu się dzieje? – zdziwiła się wchodząc Maryna. — Krzyczycie na całe oddział. Dzień dobry, pani Tatiano! — Pójdę już. Cześć, Maryno. — Co się stało? Mama Igora machnęła ręką i wyszła. Maryna podeszła do męża. — O co ci chodzi, inwalido? Ręce nogi masz. Reszta odrośnie! Wiesz, co przeczytałam o wątrobie? — Co? — Wątroba się regeneruje! Jak zostaje 51%, to się odbuduje. A tobie zostało 60%! Daj czas! — A czy ja ten czas mam? — Co? — Czy mam czas… — Igorze, o co chodzi?! Coś mi lekarze ukrywają? Kazałeś coś zataić? — Nie o to chodzi… Kiedy wypisali Igora – zaczęła się najgorsza część jego życia. Wystarczyło, iż chwilę popracował fizycznie i od razu był zmęczony. To go najbardziej bolało. A przed nim okrągłe urodziny, które teraz napawały go smutkiem. Maryna wydawała się nie widzieć, jak gwałtownie Igor się męczy, jadła z nim dietetyczne dania ze smakiem. — Maryniu… – zebrał się w końcu na odwagę. – Co będzie z nami dalej? — W jakim sensie? — No… bardzo powoli się regeneruję. Zostawisz mnie, tak? Powiedz lepiej teraz. — A czemu mam cię zostawić? Dobrze mi z tobą. — To było wtedy, gdy wszystko robiłem i byłem zdrowy. Teraz co we mnie dobrego? Sam ze sobą mi źle. — Nie przesadzaj. Weź się w garść! — Staram się! Ale dwa machnięcia młotkiem i ledwie żyję. Maryna podeszła, objęła go od tyłu. Przylgnęła policzkiem do karku. — Kocham cię. I nigdy nie zostawię. Nie spieszy Ci się z rekonwalescencją, niech wszystko postępuje, jak ma postępować. — Kochasz? Naprawdę? — Naprawdę. Maryna nie opuszcza Igora. On powoli dochodzi do siebie. Na jego jubileusz Maryna zorganizowała imprezę bez mocnych trunków, by nie cierpiał, iż nie może pić z gośćmi. Przyszło kilku przyjaciół, siedzieli w altanie, grali w planszówki. — Szczęściarz z ciebie, Igor – powiedzieli, wychodząc. — Teraz pewnie napijecie się za moje zdrowie? – żartował Igor. Pośmiali się, rozeszli. Wieczorem Maryna i Igor siedzieli na ganku, patrzyli w gwiazdy. Szczęśliwi. Długo pierwszy raz od miesięcy Igor poczuł się lepiej. Uwierzył, iż wraca do zdrowia. Uwierzył, iż Maryna naprawdę go nie zostawi. Objął ją mocniej. — Co się stało, Igorze? — Wszystko dobrze! – powiedział. — No, nareszcie – szepnęła Maryna i pocałowała go w policzek. Byli szczęśliwi…
Ten drobny brak na płocie przyciągnie strażników. Zapłacisz 250 zł za „niewidzialność”
Koniec roślin doniczkowych? UE szykuje nowe ograniczenia
Bezdomny Nina nie miała już dokąd pójść. Zupełnie nigdzie… „Parę nocy mogę spędzić na dworcu. A potem?” — zastanawiała się zrozpaczona dziewczyna. Nagle przyszła jej do głowy zbawienna myśl: „Działka! Jak mogłam o niej zapomnieć? Chociaż… Działka to dużo powiedziane — raczej zrujnowana altanka. Ale lepsze to, niż dworzec.” Po chwili ruszyła na peron i wsiadła do podmiejskiego pociągu. Oparta o zimne okno, Nina zamknęła oczy, a do jej myśli powróciły ostatnie traumatyczne wydarzenia. Dwa lata temu straciła rodziców, została całkiem sama, bez wsparcia. Nie było ją stać na opłacenie studiów, więc rzuciła politechnikę i poszła do pracy na targ. Kiedy wydawało się, iż szczęście znów się do niej uśmiechnęło, poznała swoją wielką miłość. Tomek okazał się dobrym i uczciwym człowiekiem. Po dwóch miesiącach wzięli skromny ślub. Zdawało się, iż wszystko się układa… Los jednak miał dla Niny nowe wyzwania. Tomek namówił ją na sprzedaż mieszkania po rodzicach w centrum Krakowa i założenie własnego biznesu. Tak pięknie roztaczał przed Niną wizję lepszej przyszłości, iż nie miała wątpliwości — była pewna, iż niedługo uwolnią się od wszystkich problemów finansowych. „Jak już wyjdziemy na prostą, pomyślę o dziecku. Tak bardzo chciałabym zostać mamą!” — marzyła naiwna dziewczyna. Niestety, interes Tomka gwałtownie upadł. Z powodu ciągłych awantur o utopione pieniądze ich małżeństwo się rozpadło. Niedługo potem Tomek przyprowadził do domu inną kobietę i po prostu wyrzucił Ninę za drzwi. Pierwszą myślą Niny była wizyta na policji, ale gwałtownie zrozumiała, iż nie ma na niego żadnych dowodów winy — sama sprzedała mieszkanie i oddała mu pieniądze… *** Po wyjściu na przystanku pod Krakowem dziewczyna szła samotnie wzdłuż pustego peronu. Była wczesna wiosna, sezon na działkach jeszcze się nie zaczął. Przez trzy lata działka całkiem zarosła i popadła w ruinę. „Nic nie szkodzi, uporządkuję wszystko i znów będzie jak dawniej” — pocieszała się, choć wiedziała, iż już nigdy nie będzie jak dawniej. Klucz do altanki leżał, gdzie zawsze, pod schodkiem — ale przegniłe drzwi nie chciały się otworzyć. Nina próbowała ze wszystkich sił, ale w końcu osunęła się na schodek i rozpłakała. W tej chwili na sąsiedniej działce zobaczyła dymek i usłyszała jakieś hałasy. Ucieszona, iż sąsiedzi się pojawili, pobiegła do nich. — Ciociu Reniu, jesteś? — zawołała. W ogrodzie stał nieznajomy, starszy mężczyzna z zarostem. Rozpalił ognisko i gotował wodę w obskurnym kubku. — Kim pan jest? Gdzie ciocia Renia? — cofnęła się przestraszona. — Proszę się nie bać i nie wzywać policji. Ja tylko tu mieszkam, nie wchodzę do domu. Ku jej zdziwieniu, starszy pan miał przyjemny, kulturalny głos — mówił jak człowiek wykształcony. — Czy pan jest bezdomny? — zapytała wprost. — Tak, pani ma rację — odpowiedział cicho, spuszczając wzrok. — Pani tu mieszka w okolicy? Proszę się nie martwić, nie będę przeszkadzał. — Jak pan ma na imię? — Michał. — A nazwisko? — dopytała Nina. — Nazwisko? — zdziwił się. — Fedorowicz. Nina przyjrzała mu się uważnie. Ubrania miał znoszone, ale czyste, a i sam był schludny. — Tak trudno mi znaleźć kogoś do pomocy… — westchnęła ciężko. — Co się stało? — spytał z troską Michał. — Drzwi się zacięły. Nie mogę ich otworzyć. — Mogę pomóc, jeżeli pani pozwoli — zaproponował bezdomny. — Byłabym wdzięczna… — powiedziała z rozpaczą. Kiedy pan Michał walczył z drzwiami, Nina rozmyślała: „Kim ja jestem, żeby go osądzać? Przecież ja też jestem bezdomna, mamy podobny los…” — Nino, gotowe! — powiedział pan Michał, otwierając drzwi. — Poczekaj… zamierzasz tu nocować? — Tak, a gdzie niby mam iść? — zdziwiła się Nina. — Jest tu ogrzewanie? — Jest piec… — zupełnie niepewna, bo się na tym nie znała. — Rozumiem. A masz drewno? — Nie wiem… — załamała się. — Dobra, coś wymyślę. Proszę wejść, za godzinę wrócę — rzekł i wyszedł. Nina sprzątała altankę, ale było w niej zimno i smutno. Myślała z przerażeniem, jak tu wytrzyma. Po chwili pan Michał wrócił z drewnem, rozpalił w piecu i niedługo zrobiło się cieplej. — Piec się pali. Dorzucaj tylko troszkę drewna, a na noc zgaś, powinno wystarczyć do rana — wyjaśnił. — A pan gdzie teraz pójdzie? Do sąsiadów? — spytała. — Tak. Tylko na chwilę się rozlokuję. Do miasta już nie wrócę… Nie chcę wracać do przeszłości. — Proszę, zostańmy jeszcze, napijmy się herbaty, zjedzmy coś — powiedziała Nina. Bez protestów usiadł przy piecu. — Przepraszam, iż się wtrącam, ale… nie wygląda pan na bezdomnego. Czemu pan mieszka na ulicy? Nie ma pan rodziny? Pan Michał opowiedział, iż był wykładowcą na Uniwersytecie Jagiellońskim, oddał się nauce, a starość przyszła nieoczekiwanie. Kiedy został zupełnie sam, zaczęła bywać u niego bratanica. Zaproponowała pomoc w zamian za przepisanie mieszkania. Zgodził się z radością. Bratanica namówiła go do sprzedaży krakowskiego mieszkania i kupna domku pod miastem. Miała już „idealny” dom na oku. Po sprzedaży mieszkania przekonała go, by wszelkie środki trzymać na wspólnym koncie. Razem poszli do banku. Bratanica weszła do środka „z dokumentami” i już nigdy nie wróciła. niedługo pan Michał odkrył, iż zamieszkała z kimś innym na drugim końcu Polski, mieszkanie dawno sprzedała. — Taka to historia… — westchnął pan Michał. — Od tamtej pory błąkam się bez dachu nad głową. — Myślałam, iż tylko ja tak straciłam wszystko… Mnie spotkało coś bardzo podobnego — powiedziała Nina i opowiedziała o swoim losie. — To wszystko trudne, ale jesteś młoda, przed Tobą życie. Uda Ci się — pocieszał ją pan Michał. — Ale dość o smutkach, chodźmy jeść! — uśmiechnął się serdecznie. Nina z żalem patrzyła, jak z apetytem zajada makaron z kiełbasą. Było jej naprawdę przykro, robiło się jej żal samotnego staruszka. „Jak to straszne być samemu, bez dachu nad głową, nikomu niepotrzebnym…” — pomyślała. — Ninuś, mogę Ci pomóc wrócić na uczelnię. Mam jeszcze kilku znajomych z uniwersytetu, może uda się załatwić miejsce na budżecie. Sam tam nie powinienem się pokazać, ale napiszę list do rektora — może mój dawny kolega, Konstanty, pomoże. — To byłoby cudownie! — ucieszyła się Nina. — Dziękuję za kolację i rozmowę — powiedział, wstając. — Pójdę już. — Proszę, niech pan zostanie. Nie chcę być sama… Boję się tego pieca. Nie zostawi mnie pan w potrzebie? — Nie zostawię — odpowiedział poważnie pan Michał. *** Minęły dwa lata… Nina pomyślnie zdała semestr i z euforią wracała na działkę z domu studenckiego, którym tymczasowo mieszkała. — Cześć! — zawołała, rzucając się w ramiona dziadka Michała. — Ninka! Moja kochana wnuczka! Nie zadzwoniłaś, przyjechałbym Cię odebrać. I jak sesja? — Prawie wszystko na piątkę! — chwaliła się. — Mam tort, stawiaj czajnik! Siedzieli przy herbacie, dzieląc się nowościami. — Posadziłem winogrona, tam postawię altanę. Będzie pięknie i przytulnie — opowiadał pan Michał. — Rób co chcesz, Ty tu jesteś gospodarzem. Ja tylko przyjeżdżam na weekendy — śmiała się Nina. Pan Michał całkiem się zmienił. Już nie był samotny — miał dom, wnuczkę Ninę. Dziewczyna też odzyskała euforia życia. Michał Fedorowicz stał się dla niej rodziną. Oboje byli wdzięczni losowi, iż postawił ich na jednej drodze. B E Z D O M N I — Historia Niny i pana Michała: Jak los połączył młodą dziewczynę, która została bez dachu nad głową, z profesorem z Krakowa, oszukanym przez najbliższych. Wzruszająca opowieść o stracie i nowej rodzinie na polskiej działce.
W każdej chwili kontrola przy ogrodzeniu. choćby 10 000 zł kary za jej brak
Uroki zimowego lasu
Nowa zielona enklawa na Ratajach. Skwer między Wiatraczną a Krzywoustego gotowy
Policyjne kontrole altanek – bezpieczeństwo w dzielnicy na pierwszym miejscu
Co 5 lat wymiana. Gigantyczny rachunek za brak legalizacji
Zastąpiłam wodę z kranu tym. Anturium wygląda jak z reklamy
Dobro zawsze wraca do tych, którzy je rozdają…
Pobraliśmy się pół roku temu, a od tamtej chwili coś nie daje mi spokoju – podczas wesela w ogrodzie przyłapałem żonę i mojego najlepszego przyjaciela na kłótni obok toalet i od tego momentu nie mogę przestać się zastanawiać, co naprawdę wtedy zaszło
Było ściernisko, jest boisko. Będzie też wspólne wieszanie prania pośród ziół...
Plastikowe doniczki ma niemal każdy. niedługo będą zakazane
Radni zaakceptowali wysokość dotacji dla Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej
Bezdomny: Porzucona przez męża i okradziona z mieszkania, Nina szuka schronienia na starej, zaniedbanej działce pod Warszawą. Tam poznaje Michała Fedorowicza – bezdomnego byłego profesora oszukanego przez własną rodzinę. Nocując razem w zrujnowanym domku, wspierają się i odnajdują w sobie nową rodzinę, dzięki czemu oboje odzyskują nadzieję i zaczynają życie od nowa.
Salon skandynawski - 5 prostych kroków do zmian
Im ich więcej, tym lepiej. Chronią przed poważnymi chorobami
Drzewa w centrum Białegostoku mogą nie przetrwać zimy. Spór o zasolony śnieg
Zmarł Piotr Marczak, wieloletni samorządowiec związany z Tarnogrodem
Unia Europejska szykuje zakaz plastikowych doniczek. Zmiany już wkrótce
Ten nawóz to "zaproszenie dla gryzoni". Ekspert nie ma wątpliwości
Styczeń w ogrodzie i na działce
Rajskie Piekło / KlaudiaRogowicz
– Eguś, oszalałeś?
Czy to naprawdę wina tej orchidei? – Pola, zabierz tę orchideę, bo inaczej ją wyrzucę – powiedziała Kasia, niedbale biorąc przezroczystą doniczkę z parapetu i podając mi kwiat. – Dzięki, kochana! Tylko co ci ta orchidea zawiniła? – zapytałam zdziwiona, bo na parapecie stały jeszcze trzy zadbane, pięknie kwitnące okazy. – Ten kwiat podarowali mojemu synowi na ślub. A ty wiesz, jak to się skończyło… – westchnęła Kasia ciężko. – Wiem, iż twój Dawid rozwiódł się, ledwie przeżyli razem rok. Powodów nie pytam, domyślam się, iż musiał być poważny. Dawid przecież uwielbiał Tamarę – nie chciałam rozdrapywać świeżej rany przyjaciółki. – Kiedyś ci opowiem, Pola, dlaczego się rozwiedli. Na razie ciężko mi wspominać – zamyśliła się Kasia i otarła łzę. Wzięłam „wygnaną” i „odtrąconą” orchideę do domu. Mąż spojrzał ze współczuciem na „nieszczęsny” kwiatek: – Po co ci ten bidulek? Nie ma w nim życia, choćby ja to widzę. Nie trać na niego czasu. – Chcę go odratować. Dam mu swoją troskę i miłość. Zobaczysz, jeszcze się zachwycisz tą orchideą – uśmiechnęłam się, chcąc „tchnąć” życie w ten marniejący kwiat. Mąż figlarnie mrugnął: – Kto by się oparł miłości? Tydzień później zadzwoniła Kasia: – Pola, mogę do ciebie wpaść? Nie mogę już dłużej dusić tego w sobie. Chcę ci opowiedzieć o nieudanym małżeństwie Dawida. – Kasiu, przyjeżdżaj, czekam – nie mogłam odmówić przyjaciółce. Kasia wspierała mnie, gdy sama przeżywałam bolesne rozwody i zawsze była przy mnie. Kasia przyjechała za godzinę. Usiadła wygodnie w kuchni. Przy kieliszku wytrawnego wina, filiżance kawy i kostce gorzkiej czekolady popłynęła długa opowieść o życiu… – Nigdy bym nie przypuszczała, iż moja, już była, synowa zdolna jest do czegoś takiego. Dawid i Tamara byli razem siedem lat. Dawid długo się jej przyglądał. Dla Tamary zostawił Anię. A tak ją lubiłam – była taka domowa, swojska, wołałam na nią „córeczka”. Nagle pojawiła się piękna Tamara, a Dawid zwariował, biegał za nią, krążył jak trzmiel wokół kwiatu. Miłość do Tamary była spalająca, Anię odsunął natychmiast… Przyznaję, Tamara miała urodę modelki. Dawid był dumny, gdy koledzy nie mogli oderwać od niej wzroku. I nie mogłam się nadziwić, iż przez siedem lat nie mieli dziecka. Myślałam sobie: „Pewnie chce najpierw ślub, a potem rodzina”. Dawid nie lubił się zwierzać, a my z mężem nie wtrącaliśmy się w jego sprawy… Któregoś dnia postawił nas przed faktem: – Mamo, tato, będę się żenił z Tamarą. Złożyliśmy już papiery w USC. Urządzę wesele na całą Polskę, nie pożałuję grosza. Ucieszyliśmy się, wreszcie syn założy rodzinę, a ma już trzydzieści lat… Wyobraź sobie, Pola, termin ślubu przesuwany dwa razy – raz Dawid zachorował, raz ja utknęłam w delegacji. Coś mi wtedy podpowiadało, iż „coś tu nie gra”. Nic jednak synowi nie mówiłam, bo widziałam, iż lśnił ze szczęścia… Chciał się też żenić w cerkwi – chociaż z kościołem to nie tak łatwo… Ksiądz Adam wyjechał wtedy do rodzinnej wsi, a Dawid upierał się właśnie na niego. Nic się nie składało, znaki były wszędzie… Wesele było huczne. Zobacz tu na zdjęciu – widzisz, jaką piękną, kwitnącą orchideę dostali? Liście sztywne, kwiat – cud. A dziś? Zostały tylko zwiędłe listki… Dawid z Tamarą mieli jechać w podróż poślubną do Paryża, ale przy odprawie Tamarę nie wypuścili – ogromny mandat za granicą… Dawid nie zwracał na to uwagi, wciąż marzył o szczęśliwej rodzinie… Nagle Dawid ciężko zachorował. Trafił do szpitala, lekarze nie dawali wielkich nadziei. Tamara odwiedzała go tydzień, potem powiedziała wprost: – Przepraszam, ale nie chcę kalekiego męża. Składam pozew o rozwód. Wyobrażasz sobie, co czuł mój syn, przykuty do łóżka? Ale tylko odparł spokojnie: – Rozumiem cię, Tamaro. Nie będę przeszkadzał. I rozwiedli się. Ale Dawid wyzdrowiał! Znaleźliśmy świetnego lekarza, dr Bogdanowicza. On postawił syna na nogi w pół roku, mówił: młody organizm, da radę. Zaprzyjaźniliśmy się z doktorem, a on miał śliczną, dwudziestoletnią córkę Marysię. Dawid na początku kręcił nosem: – Jakaś taka niziutka, choćby nieładna… – Synku, spójrz na Marysię. Uroda to nie wszystko, już miałeś żonę-modelkę… Lepiej pić wodę w szczęściu niż miód w smutku. …Długo nie mógł zapomnieć Tamary, ale i jej zdrada mocno go zabolała. Marysia zakochała się w nim bez opamiętania, dzwoniła, była wpatrzona jak w obrazek. Postanowiliśmy zbliżyć młodych, pojechać razem na piknik. Dawid był przygnębiony, nic go nie cieszyło. Marysia łapała każde jego spojrzenie, ale niestety – syn ani razu nie spojrzał na zakochaną dziewczynę. Mówię do męża: – Chyba niepotrzebnie się staramy, Dawid wciąż kocha Tamarę, ona tkwi w jego sercu. …Minęły trzy, cztery miesiące. Ktoś dzwoni do drzwi – to Dawid, w ręku ta słynna orchidea: – Mamo, przynoszę ci resztki dawnego szczęścia. Rób, co chcesz z tym kwiatem, już mi niepotrzebny. Przyjęłam orchideę niechętnie i jej nie polubiłam, jakby była winna nieszczęściom syna. Schowałam doniczkę, nie podlewałam. Niedawno spotkałam sąsiadkę: – Kasiu, widziałam twojego Dawida z jakąś drobniutką dziewczyną. Była żona ładniejsza i wynioślejsza… Nie mogłam uwierzyć – czyżby Dawid z Marysią mieli romans? – Przywitaj się: Marysia i ja jesteśmy już małżeństwem – Dawid trzymał czule za rękę swoją kruchą żonę. Spojrzałam pytająco. – A wesele? A goście? – Po co ten hałas i tłum? Już to przerabiałem… Cicho podpisaliśmy w USC, ksiądz Adam nas pobłogosławił. Jesteśmy razem na zawsze. Na osobności pytam syna: – Dawid, naprawdę pokochałeś tę dziewczynę? Nie skrzywdzisz Marysi? Może ożeniłeś się z przekory, żeby zrobić na złość Tamarze? – Nie, mamo, nie jestem małostkowy. Tamary „już nie ma”. A z Marysią… nasze światy po prostu się zgodziły. Taka to historia, Pola… Kasia opowiedziała mi wszystko do końca. …Po tej szczerej rozmowie nie widziałyśmy się dwa lata. Życie, codzienne sprawy, obowiązki. A orchidea… odżyła, obsypała się kwiatami. Kwiaty potrafią dziękować za troskę. Spotkałam się z Kasią w szpitalu położniczym: – Cześć, przyjaciółko, co tu robisz? – Marysia urodziła bliźniaki! Dziś wychodzą do domu – Kasia szeroko się uśmiechała. Niedaleko stali Dawid i mój mąż, Dawid z bukietem czerwonych róż. W drzwiach pojawiła się zmęczona, ale szczęśliwa Marysia. Za nią położna niosła dwa maleństwa. A potem dołączyła moja córka z nowonarodzoną wnuczką… Tamara teraz błaga Dawida, by wybaczył jej chwile słabości i zaczął wszystko od nowa. …Pęknięty kubek można skleić – ale już się z niego nie napijesz…
Najmodniejsze donice do ogrodu - to będzie hit 2026. Koniec z plastikiem i betonem
Mata ogrodnicza z… owczej wełny
Poznań ma nowy skwer. W przeszłości funkcjonował tu cmentarz
Michał znieruchomiał: zza brzozy patrzył na niego smutno pies, którego rozpoznałby spośród tysiąca