Rośliny

Ten nawóz to "zaproszenie dla gryzoni". Ekspert nie ma wątpliwości
Styczeń w ogrodzie i na działce
Rajskie Piekło / KlaudiaRogowicz
– Eguś, oszalałeś?
Czy to naprawdę wina tej orchidei? – Pola, zabierz tę orchideę, bo inaczej ją wyrzucę – powiedziała Kasia, niedbale biorąc przezroczystą doniczkę z parapetu i podając mi kwiat. – Dzięki, kochana! Tylko co ci ta orchidea zawiniła? – zapytałam zdziwiona, bo na parapecie stały jeszcze trzy zadbane, pięknie kwitnące okazy. – Ten kwiat podarowali mojemu synowi na ślub. A ty wiesz, jak to się skończyło… – westchnęła Kasia ciężko. – Wiem, iż twój Dawid rozwiódł się, ledwie przeżyli razem rok. Powodów nie pytam, domyślam się, iż musiał być poważny. Dawid przecież uwielbiał Tamarę – nie chciałam rozdrapywać świeżej rany przyjaciółki. – Kiedyś ci opowiem, Pola, dlaczego się rozwiedli. Na razie ciężko mi wspominać – zamyśliła się Kasia i otarła łzę. Wzięłam „wygnaną” i „odtrąconą” orchideę do domu. Mąż spojrzał ze współczuciem na „nieszczęsny” kwiatek: – Po co ci ten bidulek? Nie ma w nim życia, choćby ja to widzę. Nie trać na niego czasu. – Chcę go odratować. Dam mu swoją troskę i miłość. Zobaczysz, jeszcze się zachwycisz tą orchideą – uśmiechnęłam się, chcąc „tchnąć” życie w ten marniejący kwiat. Mąż figlarnie mrugnął: – Kto by się oparł miłości? Tydzień później zadzwoniła Kasia: – Pola, mogę do ciebie wpaść? Nie mogę już dłużej dusić tego w sobie. Chcę ci opowiedzieć o nieudanym małżeństwie Dawida. – Kasiu, przyjeżdżaj, czekam – nie mogłam odmówić przyjaciółce. Kasia wspierała mnie, gdy sama przeżywałam bolesne rozwody i zawsze była przy mnie. Kasia przyjechała za godzinę. Usiadła wygodnie w kuchni. Przy kieliszku wytrawnego wina, filiżance kawy i kostce gorzkiej czekolady popłynęła długa opowieść o życiu… – Nigdy bym nie przypuszczała, iż moja, już była, synowa zdolna jest do czegoś takiego. Dawid i Tamara byli razem siedem lat. Dawid długo się jej przyglądał. Dla Tamary zostawił Anię. A tak ją lubiłam – była taka domowa, swojska, wołałam na nią „córeczka”. Nagle pojawiła się piękna Tamara, a Dawid zwariował, biegał za nią, krążył jak trzmiel wokół kwiatu. Miłość do Tamary była spalająca, Anię odsunął natychmiast… Przyznaję, Tamara miała urodę modelki. Dawid był dumny, gdy koledzy nie mogli oderwać od niej wzroku. I nie mogłam się nadziwić, iż przez siedem lat nie mieli dziecka. Myślałam sobie: „Pewnie chce najpierw ślub, a potem rodzina”. Dawid nie lubił się zwierzać, a my z mężem nie wtrącaliśmy się w jego sprawy… Któregoś dnia postawił nas przed faktem: – Mamo, tato, będę się żenił z Tamarą. Złożyliśmy już papiery w USC. Urządzę wesele na całą Polskę, nie pożałuję grosza. Ucieszyliśmy się, wreszcie syn założy rodzinę, a ma już trzydzieści lat… Wyobraź sobie, Pola, termin ślubu przesuwany dwa razy – raz Dawid zachorował, raz ja utknęłam w delegacji. Coś mi wtedy podpowiadało, iż „coś tu nie gra”. Nic jednak synowi nie mówiłam, bo widziałam, iż lśnił ze szczęścia… Chciał się też żenić w cerkwi – chociaż z kościołem to nie tak łatwo… Ksiądz Adam wyjechał wtedy do rodzinnej wsi, a Dawid upierał się właśnie na niego. Nic się nie składało, znaki były wszędzie… Wesele było huczne. Zobacz tu na zdjęciu – widzisz, jaką piękną, kwitnącą orchideę dostali? Liście sztywne, kwiat – cud. A dziś? Zostały tylko zwiędłe listki… Dawid z Tamarą mieli jechać w podróż poślubną do Paryża, ale przy odprawie Tamarę nie wypuścili – ogromny mandat za granicą… Dawid nie zwracał na to uwagi, wciąż marzył o szczęśliwej rodzinie… Nagle Dawid ciężko zachorował. Trafił do szpitala, lekarze nie dawali wielkich nadziei. Tamara odwiedzała go tydzień, potem powiedziała wprost: – Przepraszam, ale nie chcę kalekiego męża. Składam pozew o rozwód. Wyobrażasz sobie, co czuł mój syn, przykuty do łóżka? Ale tylko odparł spokojnie: – Rozumiem cię, Tamaro. Nie będę przeszkadzał. I rozwiedli się. Ale Dawid wyzdrowiał! Znaleźliśmy świetnego lekarza, dr Bogdanowicza. On postawił syna na nogi w pół roku, mówił: młody organizm, da radę. Zaprzyjaźniliśmy się z doktorem, a on miał śliczną, dwudziestoletnią córkę Marysię. Dawid na początku kręcił nosem: – Jakaś taka niziutka, choćby nieładna… – Synku, spójrz na Marysię. Uroda to nie wszystko, już miałeś żonę-modelkę… Lepiej pić wodę w szczęściu niż miód w smutku. …Długo nie mógł zapomnieć Tamary, ale i jej zdrada mocno go zabolała. Marysia zakochała się w nim bez opamiętania, dzwoniła, była wpatrzona jak w obrazek. Postanowiliśmy zbliżyć młodych, pojechać razem na piknik. Dawid był przygnębiony, nic go nie cieszyło. Marysia łapała każde jego spojrzenie, ale niestety – syn ani razu nie spojrzał na zakochaną dziewczynę. Mówię do męża: – Chyba niepotrzebnie się staramy, Dawid wciąż kocha Tamarę, ona tkwi w jego sercu. …Minęły trzy, cztery miesiące. Ktoś dzwoni do drzwi – to Dawid, w ręku ta słynna orchidea: – Mamo, przynoszę ci resztki dawnego szczęścia. Rób, co chcesz z tym kwiatem, już mi niepotrzebny. Przyjęłam orchideę niechętnie i jej nie polubiłam, jakby była winna nieszczęściom syna. Schowałam doniczkę, nie podlewałam. Niedawno spotkałam sąsiadkę: – Kasiu, widziałam twojego Dawida z jakąś drobniutką dziewczyną. Była żona ładniejsza i wynioślejsza… Nie mogłam uwierzyć – czyżby Dawid z Marysią mieli romans? – Przywitaj się: Marysia i ja jesteśmy już małżeństwem – Dawid trzymał czule za rękę swoją kruchą żonę. Spojrzałam pytająco. – A wesele? A goście? – Po co ten hałas i tłum? Już to przerabiałem… Cicho podpisaliśmy w USC, ksiądz Adam nas pobłogosławił. Jesteśmy razem na zawsze. Na osobności pytam syna: – Dawid, naprawdę pokochałeś tę dziewczynę? Nie skrzywdzisz Marysi? Może ożeniłeś się z przekory, żeby zrobić na złość Tamarze? – Nie, mamo, nie jestem małostkowy. Tamary „już nie ma”. A z Marysią… nasze światy po prostu się zgodziły. Taka to historia, Pola… Kasia opowiedziała mi wszystko do końca. …Po tej szczerej rozmowie nie widziałyśmy się dwa lata. Życie, codzienne sprawy, obowiązki. A orchidea… odżyła, obsypała się kwiatami. Kwiaty potrafią dziękować za troskę. Spotkałam się z Kasią w szpitalu położniczym: – Cześć, przyjaciółko, co tu robisz? – Marysia urodziła bliźniaki! Dziś wychodzą do domu – Kasia szeroko się uśmiechała. Niedaleko stali Dawid i mój mąż, Dawid z bukietem czerwonych róż. W drzwiach pojawiła się zmęczona, ale szczęśliwa Marysia. Za nią położna niosła dwa maleństwa. A potem dołączyła moja córka z nowonarodzoną wnuczką… Tamara teraz błaga Dawida, by wybaczył jej chwile słabości i zaczął wszystko od nowa. …Pęknięty kubek można skleić – ale już się z niego nie napijesz…
Najmodniejsze donice do ogrodu - to będzie hit 2026. Koniec z plastikiem i betonem
Mata ogrodnicza z… owczej wełny
Poznań ma nowy skwer. W przeszłości funkcjonował tu cmentarz
Michał znieruchomiał: zza brzozy patrzył na niego smutno pies, którego rozpoznałby spośród tysiąca
Jaki tunel foliowy wybrać? Przewodnik po tunelach foliowych
"Eksplodują" i są głośne. To naturalne zjawisko
Park Południowy. Zielone światło dla spacerowiczów z wózkami!
SADZIMY z Przylądkiem Pomerania
Metamorfoza w cieniu Bastionu Sakwowego. Rusza remont podwórka na Starym Mieście
Japonia buduje najszybszy pociąg świata. Ponad 600 km/h na torach
Serdecznie zapraszamy na otwarcie wystawy Izabeli Chamczyk – wernisaż wystawy odbędzie 29 stycznia w godz. 17.00 – 19.00 w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego, przy Alejach Ujazdowskich 4. Wstęp wolny.
SEKRETY PRZETRWANIA OWADÓW PODCZAS MROZÓW I GATUNEK ZERO
Gorzowska ławeczka 27.01.2026
Ekspert: jesteśmy świadkami kształtowania się nowej normy klimatycznej
Problemy z wodą w Kazimierzu Dolnym. Jest apel do mieszkańców |#LPU24.pl
Wsyp do doniczki z zamiokulkasem. gwałtownie pojawią się nowe liście
Reakcja24: Świat roślin w zimie z prof. Krzysztofem Matkowskim
Na Stabłowicach powstanie kwiecisty skwer!
Czy naprawdę winna jest ta orchidea? – Polina, weź tę orchideę, bo inaczej ją wyrzucę – powiedziała Kasia, nonszalancko podając mi przezroczystą doniczkę z kwiatem zdjętą z parapetu. – Och, dzięki, kochana! Ale co takiego ta orchidea ci zawiniła? – dopytywałam, widząc na parapecie jeszcze trzy dorodne, zadbane storczyki. – Ten kwiat podarowali mojemu synowi na ślub. A przecież wiesz, jak to się skończyło… – westchnęła ciężko Kasia. – Wiem, iż twój Darek rozwiódł się, choćby roku nie byli małżeństwem. O powód nie pytam, domyślam się, iż był ważny, bo przecież Darek kochał Zosię nad życie – nie chciałam rozdrapywać rany mojej przyjaciółki. – Kiedyś ci opowiem, Pola, dlaczego się rozstali. Teraz jeszcze za trudno o tym mówić – zadumała się i popłynęła łza po jej policzku. Zabrałam „wygnaną” i „odrzuconą” orchideę do domu. Mój mąż spojrzał ze współczuciem na „nieszczęsny” kwiat: – Po co ci ten bidaczek? Przecież w tej orchidei nie ma życia. Szkoda czasu… – A właśnie chcę go odrodzić. Dam jej miłość i opiekę. Zobaczysz, jeszcze będziesz zachwycony tym storczykiem – chciałam „tchnąć” życie w ten smutny i więdnący kwiat. Mąż mrugnął żartobliwie: – Kto by odmówił miłości? Po tygodniu zadzwoniła Kasia: – Pola, mogę przyjechać? Nie mogę już dłużej trzymać tego w sobie. Chcę ci opowiedzieć o nieudanym małżeństwie Darka. – Kasiu, przyjeżdżaj, czekam – nie umiałam odmówić przyjaciółce. Kasia była przy mnie, kiedy sama ciężko przechodziłam przez rozwód z pierwszym mężem i ciężkie chwile z drugim… W końcu przyjaźnimy się tyle lat. Godzinę później Kasia siedziała już wygodnie w mojej kuchni. Przy kieliszku wytrawnego wina, filiżance parzonej kawy i gorzkiej czekoladzie rozpoczęła się ta długa opowieść… – Nigdy bym nie przypuszczała, iż moja, już była, synowa może na coś takiego się zdobyć. Darek i Zosia byli razem siedem lat. Darek długo się jej przyglądał. Przez Zosię zostawił Anię. A ja Anię tak lubiłam. Była domowa, serdeczna. Córką ją nazywałam. I nagle pojawiła się śliczna Zosia. Darek zwariował, zakochał się bez pamięci. Kręcił się wokół niej jak trzmiel wokół kwiatu. Miłość do Zosi była ognista. Anię natychmiast „odsunął”. Przyznam, iż Zosia miała wygląd modelki. Darek był dumny, gdy koledzy z podziwem na nią spoglądali. choćby przechodnie obracali się za tą niezwykłą urodą. Zaskakiwało mnie tylko, iż przez siedem lat nie mieli dziecka. Myślałam, iż Darek po ślubie wszystko urządzi jak powinien. Darek nie lubił się zwierzać, my z mężem nie wtrącaliśmy się do jego spraw. Aż pewnego dnia stawia nas przed faktem: – Mama, tata, żenię się z Zosią. Zgłosiliśmy się już do USC. Zrobimy wesele jak z bajki, nie pożałuję grosza. Ucieszyliśmy się. Nasz syn w końcu założy rodzinę, w końcu ma już trzydzieści lat! Wyobraź sobie, Pola, datę wesela dwa razy przesuwaliśmy. To Darek zachorował, to ja się spóźniłam z delegacji. Tak jakoś wszystko nie szło po myśli. Nic mu nie mówiłam, bo widać było, iż Darek szczęśliwy, i nie chciałam psuć nastroju. Na dodatek bardzo chciał ślubu kościelnego, koniecznie u ojca Stanisława, który jednak wyjechał na długo w rodzinne strony i nie było szans z nim ustalić daty. Same znaki nam się pokazywały, iż coś nie tak… Ostatecznie weseliliśmy się hucznie! Popatrz choćby na to zdjęcie – widzisz, jak pięknie wyglądała ta podarowana orchidea? Kwitnąca, okazała, liście prosto, jak żołnierzyki. A teraz? Z niej zostały już tylko zwiędłe wspomnienia… Potem Darek z Zosią chcieli wyjechać w podróż poślubną do Paryża. I tu pech – Zosię zatrzymali na lotnisku, bo nie zapłaciła jakiejś gigantycznej grzywny. Darek w ogóle nie zwracał na to uwagi. Unosił się kilka centymetrów nad ziemią, marząc o szczęśliwej rodzinie. Aż nagle Darek poważnie zachorował i trafił do szpitala. Było z nim bardzo źle. Lekarze załamywali ręce. Zosia przychodziła do niego przez tydzień, potem powiedziała wprost: – Przepraszam, ale nie chcę żyć z niepełnosprawnym. Składam pozew o rozwód. Wyobrażasz sobie, co czuł mój syn, leżąc nieruchomo w szpitalu? Ale odpowiedział spokojnie: – Rozumiem cię Zosiu. Nie będę przeszkadzał w rozwodzie. No i się rozwiedli. A mój syn jednak wyzdrowiał. Trafił nam się porządny lekarz, dr Piotr Bogdanowicz. On wyciągnął Darka na nogi w pół roku. Poznała się nasza rodzina z panem Piotrem, a on miał uroczą, dwudziestoletnią córkę Marysię. Na początku Darek kręcił nosem: – Jakaś taka niewysoka, zwyczajna. – Synku, spójrz na Marysię. Z wyglądu wody nie napijesz. Przecież już miałeś żonę jak z okładki… Lepiej pić wodę w szczęściu niż miód w smutku. Długo Darek nie mógł zapomnieć Zosi, ale zdrada bolała bardzo. Marysia tymczasem zakochała się w nim po uszy, dzwoniła bez końca, chodziła za nim jak cień. Postanowiliśmy z mężem zbliżyć młodych do siebie. Pojechaliśmy razem na działkę. Jednak Darek chodził smutny, nic go nie cieszyło, nie zwracał na Marysię uwagi. Mówię mężowi: – Chyba nic z tego nie będzie. Darek wciąż pamięta i kocha Zosię… Minęły trzy, cztery miesiące. Pewnego dnia dzwonek do drzwi. Na progu stoi Darek z tą słynną orchideą: – Mamo, przynoszę ci resztki dawnego szczęścia. Rób z nim co chcesz, mnie już ten kwiat niepotrzebny. Wzięłam niechętnie orchideę. Zośliwiłam ją. Jakby to ona była winna nieszczęściom syna. Schowałam głęboko, nie podlewałam. A niedawno spotkałam sąsiadkę: – Kasiu, widziałam Darka z taką Małą Dziewczynką. Była żona to była dama! – ironizowała. Nie wierzyłam, iż Darek z Marysią może mieć romans. Aż tu nagle syn przychodzi i mówi: – Proszę, przedstawiam: ja i Marysia wzięliśmy ślub. – Darek delikatnie trzymał za rękę kruchą żonę. Spojrzałam na męża: – Ale jak to? Wesela nie było? Gości? – Po co ten zgiełk. Wystarczy, już mieliśmy. Cicho pobraliśmy się w USC, ślub w kościele udzielił nam ojciec Stanisław. Jesteśmy razem na zawsze. Na boku pytam syna: – Darek, pokochałeś ją? Nie zrobisz Marysi krzywdy? Może to zemsta na Zosi? – Nie, mamo, nie mszczę się. Już wyleczyłem się z tamtej kobiety. A z Marysią… nasze światy idealnie się pokrywają. Tak to już bywa, Pola. Kasia wypowiedziała się do końca. …Potem przez dwa lata nie widywałyśmy się. Życie wciągnęło nas w codzienność. A orchidea odżyła, zakwitła na nowo. Kwiaty potrafią odwdzięczyć się za troskę. Spotkałam Kasię w szpitalu: – Cześć, przyjaciółko! Co tu robisz? – Marysia urodziła bliźniaki. Dziś są wypisywane – Kasia promieniała. Nieopodal czekali na szczęśliwych rodziców Darek i mąż Kasi. Darek trzymał w ręku bukiet czerwonych róż. Z porodówki wychodziła zmęczona, ale szczęśliwa Marysia. Za nią pielęgniarka niosła dwa „żywe” śpiące zawiniątka. Niedaleko szła córka z moją nowo narodzoną wnuczką. A Zosia błagała Darka o wybaczenie i nowy początek. …Sklejona filiżanka nadaje się już tylko do patrzenia – ale do picia się nie nada…
Badania starych krzewów winorośli
Zimowe prace porządkowe przy stawie na ul. Św. Jana w Żabnie
Nowe rondo ma upłynnić ruch na Retkini. Ale ucierpieć może zieleń
Zima w świecie przyrody. Dzieci poznają tajemnice ptaków i sów
Zawód ogrodnika – jak zacząć i co trzeba wiedzieć?
Noworoczne spotkanie w ratuszu. O czym dyskutowano?
Czy naprawdę winna jest ta orchidea? — Pola, zabierz tę orchideę, bo inaczej ją wyrzucę — powiedziała Kasia, niedbale zdejmując z parapetu przezroczystą doniczkę z kwiatem i wręczając mi ją do rąk. — Oj, dziękuję, przyjaciółko! Ale czym ta orchidea ci podpadła? — spytałam zdziwiona, bo przecież na parapecie stały jeszcze trzy okazałe, zadbane orchidee. — Ten kwiat dostał mój syn na ślub. A wiesz, jak to się skończyło… — westchnęła ciężko Kasia. — Wiem, iż twój Damian się rozwiódł, choćby roku nie przeżyli razem. O powód nie pytam, domyślam się, iż był bardzo ważny. Damian przecież ubóstwiał Tosię — nie chciałam rozdrapywać jeszcze świeżej rany przyjaciółki. — Kiedyś ci opowiem, Pola, dlaczego się rozstali, ale teraz za ciężko mi o tym mówić… — Kasia przez chwilę milczała i otarła łzę. Przyniosłam wygnaną i odrzuconą orchideę do domu. Mój mąż spojrzał ze współczuciem na „nieszczęśliwy” kwiat: — Po co ci ten biedak? W tej orchidei nie ma już życia, choćby ja to widzę. Nie trać na nią czasu. — A ja chcę ją uratować. Daję jej swoją miłość i opiekę. Zobaczysz, jeszcze będziesz ją podziwiać — bardzo chciałam przywrócić życie temu przygasłemu kwiatowi. Mąż spojrzał z figlarnym uśmiechem: — Kto by się oparł miłości? Tydzień później zadzwoniła Kasia: — Pola, mogę wpaść? Muszę z siebie wyrzucić ten ciężar, chcę ci wszystko opowiedzieć o nieudanym małżeństwie Damiana. — Kasiu, przyjeżdżaj, czekam — nie mogłam jej odmówić. Kasia wspierała mnie przecież podczas mojego trudnego rozwodu, była przy mnie, gdy nie układało mi się z drugim partnerem… A nasza przyjaźń trwa już tyle lat. Kasia była u mnie po godzinie, usiadłyśmy wygodnie w kuchni. Przy lampce wytrawnego wina, filiżance kawy i kostkach gorzkiej czekolady zaczęła się długa rozmowa o życiu… — Nigdy bym nie pomyślała, iż moja, teraz już była, synowa będzie zdolna do czegoś takiego. Damian i Tosia byli razem siedem lat. Damian długo się jej przyglądał. Dla Tosi zostawił Anię. A Anię tak lubiłam — taka ciepła, swojska, mówiłam na nią „córeczka”. I nagle pojawiła się piękność Tosia. Damian oszalał na jej punkcie, kręcił się wokół niej, jak trzmiel wokół nektaru… Miłość do Tosi była wypalająca. Ani natychmiast odsunął na bok. Przyznam, Tosia miała urodę modelki. Damian był dumny, gdy koledzy zazdrośnie spoglądali na jego narzeczoną. Przechodnie też oglądali się za tą niezwykłą urodą. Dziwiłam się tylko, iż przez siedem lat nie doczekali się dziecka. Myślałam: chce być porządnym, więc dopiero po ślubie… A Damian nigdy nie był wylewny, my sami z mężem nie wtrącaliśmy się w jego sprawy. Pewnego dnia stawia nas przed faktem: — Mamo, tato, żenię się z Tosią. Złożyliśmy dokumenty do urzędu. Zrobię wesele na cały świat. Pieniędzy nie będę żałować. Ucieszyliśmy się, w końcu syn założy rodzinę, a ma już trzydzieści lat. Wyobraź sobie, Pola, datę ślubu musieliśmy dwa razy przekładać. Raz Damian zachorował, innym razem ja byłam w delegacji. Pomyślałam wtedy: coś tu nie gra… Ale widzę, iż Damian szczęśliwy, nie psułam mu humoru. Co więcej, Damian chciał się z Tosią jeszcze pobłogosławić w kościele, ale i to się nie udało — proboszcz wyjechał na długie tygodnie. Damian uparł się na księdza Stanisława… No i nic się nie układało. Odbyło się huczne wesele. Zobacz na tych zdjęciach: widzisz tę śliczną, kwitnącą orchideę, którą dostali? Liście jak żołnierzyki! Teraz zostały z niej tylko oklapłe szmatki… Damian z Tosią mieli jechać w podróż poślubną do Paryża. I znowu problem — Tosię zatrzymali na lotnisku, bo rzekomo nie zapłaciła jakiegoś ogromnego mandatu. Odesłali młodych do domu. Damian nie przejmował się tymi przeciwnościami, bujał w obłokach. Nagle poważnie zachorował, trafił do szpitala. Lekarze rozkładali ręce. Tosia przychodziła do niego przez tydzień, po czym powiedziała: — Wiesz, Damian, mąż inwalida mi nie odpowiada. Składam pozew o rozwód. Wyobrażasz sobie, Pola, co Damian czuł, leżąc unieruchomiony w szpitalu? Odpowiedział tylko: — Rozumiem cię, Tosiu. Nie będę przeszkadzać. I rozwiedli się. A syn wyzdrowiał! Znaleźliśmy dobrego lekarza, pana Piotra Bogdanowicza. To on postawił Damiana na nogi w pół roku. Przyjaźnimy się teraz z całą rodziną lekarza, a jego dwudziestoletnia córka, Marysia, spodobała się Damianowi… choć na początku kręcił nosem: — Jakaś taka drobna, choćby nieładna. — Synu, spójrz na Marysię. Z urody się nie pije — skończyłaś już z modelką. Lepiej pić wodę w szczęściu niż miód w smutku, mówiłam mu… Damian długo nie mógł zapomnieć o Tosi, ale i jej zdrada bolała go mocno. A Marysia zakochała się bez pamięci, dzwoniła, chodziła za nim jak cień. Zaproponowaliśmy im wspólny wyjazd za miasto. Damian chodził przybity, nic go nie cieszyło, choćby ognisko czy nasze towarzystwo. Marysia łapała każdy jego wzrok, a on ani razu na nią nie spojrzał. Powiedziałam wtedy do męża: — Chyba niepotrzebnie się wtrącaliśmy, Damian wciąż kocha Tosię. Minęły trzy, cztery miesiące. Pewnego dnia Damian pojawił się znowu z tą znaną orchideą: — Mamo, oddaję ci resztki szczęścia. Zrób z nią, co chcesz. Nie chcę już tego egzota. Niechętnie przyjęłam kwiat — i od razu przestałam go lubić. Jakby to ona była winna nieszczęściom syna. Odstawiłam ją w najdalszy kąt i nie podlewałam… A niedawno spotkałam sąsiadkę: — Kasiu, widziałam twojego Damiana z dziewczyną — taka drobniutka, Dalila jakaś… Tamta, była żona, to i wyższa, i ładniejsza była. Nie uwierzyłam, iż syn faktycznie z Marysią… — Przyjmij nas z radością, mamy nową rodzinę — powiedział Damian, trzymając Marysię za rękę. Spojrzałam pytająco: — Jak to? Gdzie wesele? — Żadnych wielkich wesel, tylko ślub cywilny, a ksiądz Stanisław pobłogosławił nas później. Teraz jesteśmy z Marysią razem… Wzięłam Damiana na bok: — Synu, pokochałeś ją choć trochę? Nie krzywdzisz jej tylko po to, by zemścić się na Tosi? — Nie, mamo, nie mszczę się. Już przechorowałem Tosię… A z Marysią czuję się, jakby nasze światy się nałożyły. Taka to historia, Pola. Kasia się wygadała do końca. Po tej szczerej rozmowie nie widziałyśmy się dwa lata, bo życie nas porwało. Orchidea odżyła, zakwitła pięknie — kwiaty potrafią odwdzięczyć się za opiekę. Spotkałam Kasię w szpitalu położniczym: — Cześć, przyjaciółko, co tu robisz? — Marysia urodziła bliźniaki, dziś ich wypisują! Niedaleko czekali Damian i mąż Kasi. Damian trzymał bukiet czerwonych róż. Na progu pojawiła się zmęczona, ale szczęśliwa Marysia. Za nią pielęgniarka niosła dwa maleńkie zawiniątka. Chwilę później córka ze swoją nowo narodzoną wnuczką… Tosia błagała Damiana, by jej wybaczył i zaczął wszystko od nowa… …Pękniętą filiżankę można skleić, ale już się z niej nie napijesz…
Burza wokół dżungli w ogrodzie botanicznym. Tłum nie dał się przekonać
Déjà vu Czekała na listy. Zawsze. Od dziecka. Przez całe życie. Zmieniały się adresy. Drzewa stawały się niższe, ludzie dalsi, oczekiwania cichły. On nikomu nie wierzył i na nic nie czekał. Zwyczajny z pozoru – postawny facet. Praca, a w domu pies. Samotne podróże lub z czworonogiem. Ona – czarująca dziewczyna o wielkich, smutnych oczach. Ktoś kiedyś ją zapytał: – Bez czego nie wyjdziesz z domu? – Bez uśmiechu! – odpowiedziała, a słodkie dołeczki na jej policzkach potwierdziły to jeszcze bardziej. Zawsze wolała trzymać się z chłopakami. Piękna piratka – tak ją wołali sąsiedzi z kamienicy. Ale miała jedną grę, gdy była sama – bawiła się w mamę z gromadką dzieci i dobrym mężem, w wielkim, przytulnym domu z ogrodem pełnym jabłoni. On nie wyobrażał sobie życia bez sportu. W kartonie w garażu spały po cichu puchary, medale, dyplomy. Nie wiedział, po co je trzyma. Może z szacunku do rodziców, którzy byli tacy dumni!… Odkładał oddanie im tego. Lubił rywalizować nie dla wygranej – sam proces dawał mu satysfakcję. Na maksa, do ostatniej kropli potu, po zmęczeniu jeszcze większy wzlot. Drugi oddech. Jej rodzice zginęli. Miała około siedmiu lat. Ją i młodszego brata rozdzielono do różnych domów dziecka. Tak dorastali. Z własnymi bitwami, smutkami, radościami. Tamta przeszłość była już za nimi. Teraz mieszkali naprzeciw siebie, w spokojnej dzielnicy niskich bloków, ciepłych uliczek, kolorowych podwórek i targowych straganów. Najlepsi, jedyni przyjaciele – to rodzina brata. To był niespokojny dzień… Kończyła dyżur. Przechodziła przez plac warsztatowy. Dogonił ją pan Staszek, po ojcowsku objął, podziękował za szarlotkę. – Prześpij się w domu, dobra?! – Zdążę. – Pomachała, pocałowała go w policzek i pośpieszyła do samochodu. – Ech… – westchnął za nią stary kierowca ambulansu. W święta często pracowali razem – niewielu się wtedy garnęło, choćby lekarzom. W zespole jeszcze dwóch mężczyzn. Koledzy kobiety za nią nie przepadali. Lubiła dbać o siebie, dobrze wyglądać – przecież samopoczucie lekarza potrafi zmienić wszystko. On jechał najszybciej jak mógł. Puchary podskakiwały w bagażniku, pies niecierpliwie popiskiwał na tylnej kanapie. Ojciec zaproponował wspólne przywitanie Nowego Roku. Facet przełożył tego dnia pamiątki do auta. Ucieszył się – wreszcie święta poza pracą, choć zawsze tęskni za dzieciakami z drużyny, a trenerska praca go uskrzydlała. Spotkania z rodzicami miały smak słodyczy i goryczy… Parę dni przed świętami zadzwonił telefon, budząc go bladym świtem. – Mama się źle czuje. – Głos ojca drżał. Twardy człowiek, dawny wojskowy, ledwo powstrzymywał łzy. Rodzice byli ze sobą od liceum. Wciąż, choćby dojrzałymi latami, patrzyli na siebie jak zakochani nastolatkowie. Ten żar w oczach zadziwiał syna – jakby znali jakąś tajemnicę!… Ona zmęczona się uśmiechała. Przed Nowym Rokiem zawsze piekła stos różnych ciast i po dyżurze rozwoziła je po mieście. Dziś choćby udało jej się przespać dwie godzinki w lekarskiej dyżurce; w innym razie pan Staszek nie puściłby jej za kierownicę, sam by ją odwiózł, ciesząc się jak dziecko z jej zawstydzonego uśmiechu. Dziesięć kilometrów do rodzinnego mieszkania. I nagle zaczęła się zamieć. Przypomniała sobie, jak pies opierał się dziś wsiadaniu do auta, brzdęk pucharu w bagażniku, nieustanne wyjazdy, droga, droga… – Mamo, tato, wytrzymajcie… Nikogo nie mam poza wami… Pies polizał go w kark, jakby czytając myśli. – Przepraszam, kumpel, i ciebie oczywiście!… Ona przygasiła silnik. Zawierucha nie w porę. Zostało jeszcze jedno ciasto. Dwa, trzy kilometry i zaczyna się leśna szosa, za zakrętem działki, gdzie mieszkała jej ulubiona pacjentka – dzielna staruszka… choć żal ją tak nazywać, bo iskierki w oczach i jej mąż – świetna, podróżująca para. Nie narzekają. Tacy, jakimi by dziś pewnie byli jej rodzice… Ciemny błysk. Prosto pod koła. Na tle białego śniegu. – Skąd wzięłaś się, psino, las czy ktoś cię porzucił?… Piękne oczy!… Czemu taka mokra szyja!?… Przemoczony sweter… Spać… spać tak bardzo… Jacek, Jacku, przyjacielu… Czemu tak boli!?… Mamo, tato, już jadę… Już blisko… Ciemno… Pan Staszek był nieuchwytny. Pojechał po wnuki. Nie, tu karetka nie przejedzie. Tak zasypało. – Już, chłopie…, wytrzymaj, pomogę. Boże! Jeszcze i pies… Ona już ruszała z miejsca. Kiedy obok przemknęła szara skoda. – Ktoś spieszy się do domu – pomyślała. Kilka minut później przewrócona szara skoda obracała się po ziemi, zjeżdżając do rowu. Czarny pies leżał kilka metrów dalej. Chyba żył. – Która w ogóle godzina? – wrzący prysznic ratował. Drżenie ustępowało. Przysiadła na podłodze łazienki. Zamknęła oczy. Westchnęła. Chociaż chwilkę się zdrzemnąć… – Jak ty go wyciągnęłaś, taki kawał chłopa!? – brzmiał w głowie głos brata. I cały ból wrócił do mięśni. Mężczyznę i dwa psy zawiozła do szpitala w swoim samochodzie. Połowę drogi pomógł brat. Tego dnia wróciła jeszcze raz na działki, by dostarczyć ciasto. Z jakiegoś powodu zabrała ze sobą karton, który wypadł z bagażnika szarego auta. – Może to ważne dla tamtego faceta. Najważniejsze, iż wszyscy żyją. Jak dojdzie do siebie – oddam. Drzwi otworzył zagubiony mąż starszej pani. – Coś się stało? – wypaliła. – Żona w szpitalu. Mam jechać do niej. Syn nie dotarł. Nie mogę się dodzwonić… Zamilkła. Spojrzała w dół. – W porządku u pani? – chwycił ją za rękę. – Może ja pana podwiozę? – zaproponowała. Jechali w milczeniu. Zamieć już ustała. – Karton na tylnej siedzeniu, skąd taki? – nie wytrzymał były pułkownik. – Był wypadek. Facet próbował ominąć psa zbiegłego z lasu, samochód się przewrócił, z bagażnika wypadł pudło… – Szara skoda, białe psisko w środku, a czarny pies z lasu? – zapytał cicho. Zatrzymała auto, spojrzała na niego. Pułkownik zacisnął pięści, patrząc w okno. – On żyje! Żona pańska też wyzdrowieje. – Przytuliła go. – Wiesz, córciu… Mogę ci tak mówić? – Pewnie! – łzy stanęły jej w oczach. – Żona przez ostatnie dni miała dziwny sen o czarnym psie. U syna biały pies. Skąd ta czarna!?… – Piękne oczy. Niesamowite. Smutne… – to pierwsze, o czym pomyślał, przytomniejąc. Na krześle przy łóżku drzemał ojciec. – Mama. Wypadek. – Wszystko sobie przypomniał. I oczy dziewczyny… Nowy Rok świętowali pod koniec stycznia. Mama dochodziła do siebie, ojciec promieniał. Jack kulejąc coraz mniej. Jego czekała praca. Trzeba chłopaków stawiać na nogi po feriach, szykować do zawodów. Został u rodziców dłużej, niż zamierzał. Ale myślał tylko o tej dziewczynie… Już był pod bramą, gdy ojciec zawołał go z okna strychu. – Tato, pomóc coś? Ojciec uśmiechnął się tajemniczo. Syn rozejrzał się i dostrzegł na regale swoje puchary. – No… Skąd, panie pułkowniku?! – uśmiechnął się. – Zgadnij!… Idę wyprowadzić Jacka przed wyjazdem. Ona wcześniej niż zwykle wracała do domu. Czekała na nią Dina. Nie mogła jej nie zabrać od znajomego weterynarza – gdyby nie ona, trafiłaby do schroniska. Dina nie była całkiem czarna – na piersi miała białą łatkę w kształcie serca. Weszła na klatkę, odruchowo otworzyła skrzynkę na listy. Chciała od razu zamknąć, gdy kątem oka zobaczyła biały kopertę. W liście było napisane: Przyjdę dziś wieczorem. Dziękuję ci, kochana! Miłość, jak kompas, pomaga odnaleźć drogę
Liście monstery żółkną? Najpewniej popełniasz ten popularny błąd
NORTHERN CARDINAL - male / KARDYNAŁ SZKARŁATNY - samczyk
Debata o Dżungli 360. Chwilami emocje sięgały zenitu. "Pogarda" kontra "śmiechy i buczenie"
Infrastruktura, kultura, zieleń - co decyduje o prestiżu dzielnicy
Zakaz używania deszczówki do podlewania trawników i roślin. Nie można myć nią tarasu ani auta. Gdzie obowiązują takie ograniczenia?
Czy to naprawdę wina orchidei? — Polina, zabierz tę orchideę, inaczej ją wyrzucę — powiedziała Kasia, niedbale zdejmując przezroczystą doniczkę z kwiatem z parapetu i wręczając ją mnie. — Oj, dzięki, przyjaciółko! Ale czym ta orchidea ci podpadła? — dziwiłam się, bo na parapecie stały jeszcze trzy piękne, zadbane storczyki. — Ten kwiat dostał mój syn na ślub. A przecież wiesz, jak to się skończyło… — westchnęła ciężko Kasia. — Wiem, iż twój Denis rozwiódł się, zanim minął rok małżeństwa. O powód nie pytam. Domyślam się, iż musiała być naprawdę poważna przyczyna. Przecież Denis uwielbiał Tanię — nie chciałam rozdrapywać świeżej rany u przyjaciółki. — Może kiedyś ci opowiem, Pola, co się stało. Teraz jeszcze za ciężko o tym mówić — zamyśliła się Kasia i otarła łzę…
Ożeniłem się pół roku temu i od tamtej pory coś nie daje mi spokoju – tajemnicza kłótnia mojej żony z najlepszym przyjacielem w dniu naszego wesela w ogrodzie, która do dziś nie daje mi o sobie zapomnieć.
Pruszków: Sypią solą w zabytkowym parku
Narodziny handhelda - "Byte" 81/1 [HISTORIA KOMPUTERÓW 57]
To miasto zachwyci fanów motoryzacji. Idealne miejsce na zimowy city break
Obok tego krzewu nie można przejść obojętnie. Liście wyglądają zjawiskowo
W domu ma je niemal każdy. niedługo będą zakazane
Będą remonty chodników przy czterech radomskich ulicach. To Kwiatkowskiego, Wośnicka, Kalińska i Gajowa
Dawny dom dziecka zyska nowe przeznaczenie. Rusza inwestycja za ponad 6 mln zł
Gdy masz 41 lat i jesteś sama…
Wygląda jak z drogerii. "Szminka" w doniczce kusi kolorem i długo kwitnie
Dlaczego nie warto już zapraszać gości do swojego domu? Moje osobiste doświadczenie